Świat

Lepsi swoi

Nepotyzm po amerykańsku

Ivanka Trump bierze w objęcia Angelę Merkel podczas szczytu G20 w Hamburgu. Ivanka Trump bierze w objęcia Angelę Merkel podczas szczytu G20 w Hamburgu. Michael Ukas/Pool / Getty Images
Nawet jeśli Ivanka Trump zdominuje kolejny szczyt G20, a Jared Kushner rozwiąże konflikt izraelsko-palestyński, nepotyzm pozostanie zarazą na ciele demokracji.
Ivanka Trump i jej mąż Jared KushnerMark Wilson/Getty Images Ivanka Trump i jej mąż Jared Kushner

Kandydat Donald Trump obiecywał „osuszyć bagno w Waszyngtonie”, przywrócić moralność rządów, wprowadzić kodeksy etyczne. Hasła w wyborach sprzedały się dobrze. Ale czy prezydent nie powinien był zacząć dzieła od siebie? Po sześciu miesiącach prezydentury widać, że Trump najważniejsze stanowiska w Białym Domu obsadził nie według kompetencji i osiągnięć, ale nagradzając po prostu najbliższą rodzinę.

Ze swej córki Ivanki i jej męża Jareda Kushnera uczynił głównych doradców. Wygląda na to, że Jared wywiera na prezydenta większy wpływ niż tacy członkowie gabinetu, jak minister obrony, czterogwiazdkowy generał James Mattis z 40-letnią wzorową służbą wojskową. A Ivanka, która cały czas się zarzekała, że nie chce żadnej roli w rządzeniu, na szczycie G20 zasiadała obok Angeli Merkel, która przez lata musiała swoją pozycję wywalczać i potwierdzać w powszechnym głosowaniu.

Nie tak postępujemy w Ameryce – napisał w prasie doradca prezydenta Obamy ds. etyki Norman Eisen. To ocena łagodna, bo kongresmenka Jackie Speier pisze wprost: nepotyzm jest zwykle cechą dyktatur i reżimów marionetkowych, a dziś republikanie reagują na to wszystko wzruszeniem ramion. Speier jest członkinią stałego Komitetu Izby Reprezentantów ds. wywiadu; zabiera głos, bo Trumpowy nepotyzm to również niewyjaśnione stosunki najbliższego otoczenia prezydenta z ludźmi Kremla.

Zarówno Ivanka, jak i jej mąż w przewidywaniu poważnych ról wypełniali formularze SF-86, które pomagają FBI w prześwietlaniu kandydata na wysokie stanowisko przed dopuszczeniem go do tajnych informacji państwowych. W toku takiego prześwietlenia agenci zadają trudne pytania – na przykład, czy w podróży kandydat miał kontakty seksualne z kimś z innego kraju? Nie chodzi przy tym o ocenę moralności, ale o ustalenie, czy obce mocarstwo nie zastawiło na kandydata tzw. honey trap, pułapki miłosnej albo pułapki politycznej.

Jared Kushner w formularzu SF-86 nie napisał o spotkaniu z rosyjską prawniczką, która zapowiadała, że przekaże dokumenty kompromitujące Hillary Clinton. Spotkanie to uprawdopodobniło najgorsze podejrzenia o tzw. Russiagate. Otoczenie prezydenta nie wytłumaczyło się dotąd z treści i znaczenia kontaktów z Rosją, jakie podjęło przed wyborami. Kushner dosyłał potem uzupełnienia do formularzy, ale FBI musi się zastanawiać, czy początkowy brak informacji był zwykłym przeoczeniem czy fałszywym zeznaniem. A czy Ivanka napisała o swoich kontaktach i kontaktach męża? – pyta w liście do FBI 20 deputowanych Izby Reprezentantów.

Postępowanie FBI się toczy. Ale FBI podlega przecież prezydentowi. Oczywiście nikt inny niż Kushnerowie nie byłby tak pobłażliwie potraktowany w podobnych okolicznościach. Zresztą oboje małżonkowie w Białym Domu działają swobodnie, choć bez prześwietlenia FBI. A nawet gdyby wywiad miał o nich opinię negatywną, to ostateczna decyzja o dopuszczeniu do tajemnic należy do ojca i teścia. To dodatkowy aspekt nepotyzmu.

Ivanka obok Angeli

Na tym szczeblu władzy właśnie taka taryfa ulgowa wobec krewnych na posadach dygnitarzy budzi zaniepokojenie. Czy prezydent może ich ukarać albo wyrzucić w razie kiepskiej pracy – tak jakby postąpił z osobami trzecimi? I odwrotnie – czy w razie konfliktu interesów ich lojalność osobista i rodzinna nie weźmie góry nad rygorami prawa, procedur państwowych, a nawet bezpieczeństwa? Kto naprawdę ośmieli się prześwietlić prezydenta?

W 1967 r. Kongres uchwalił federalne przepisy przeciw nepotyzmowi, znane dziś jako sekcja 3110 Kodeksu Stanów Zjednoczonych. Przepisy nie pozwalają amerykańskiemu urzędnikowi mianować, zatrudniać ani popierać czy rekomendować żadnego krewnego w tej części administracji, w której pracuje albo nad którą sprawuje kontrolę. Nominacje osób tak bliskich są więc jasnym złamaniem prawa? Wcale nie! Bowiem niezależnie od sekcji 3110 w kodeksie figuruje też sekcja 105, która stanowiska w Białym Domu zwalnia z takich ograniczeń.

Eksperci prezydenccy tłumaczą poza tym, że Biały Dom to nie jest „administracja”, o której mowa w sekcji 3110 kodeksu. Ale również ci niezależni wskazują, że nie ma właściwie drogi prawnej, by tępić nepotyzm prezydenta USA. Trudno przecież zabronić prezydentowi szukania porady u członków rodziny jako osób prywatnych. A ani Ivanka, ani jej mąż – choć cieszą się tytułami doradców – nie pobierają żadnych pensji rządowych.

Zresztą, co tu rozprawiać o normach prawnych. Sam Trump zapytany, jak rozwiąże oczywiste ryzyko konfliktu interesów między jego decyzjami prezydenckimi a losem ogromnego imperium nieruchomości, których jest właścicielem, odpowiedział, że prezydent „nie może mieć konfliktu interesów”. Jeśli został wybrany na najwyższy urząd, to co do zasady dba wyłącznie o interes publiczny, a nie prywatny. Proste.

Wprowadzenie tak bliskich osób do personelu rządowego w Białym Domu zaogniło ciągnącą się w USA od lat dyskusję o nepotyzmie. Ameryka powstała w buncie wobec brytyjskiej monarchii, nierówności i dziedzicznych przywilejów. Początkowo w konstytucjach stanowych były nawet normy wprost zakazujące dziedziczenia urzędów. Ale nawet ojcowie założyciele nie byli święci. Już w 1797 r. prezydent John Adams mianował swego syna ambasadorem w Królestwie Prus, także inni prezydenci zatrudniali krewnych w Białym Domu, tyle że na stanowiskach podrzędnych.

Najgłośniejsze dwa przykłady nepotyzmu to nominacja Roberta Kennedy’ego, brata prezydenta, na prokuratora generalnego (jednak za zgodą Senatu) w 1961 r. I drugi przypadek, kiedy prezydent Bill Clinton powierzył żonie przygotowanie wielkiej reformy ochrony zdrowia, jednak na stanowisku, które aprobaty Senatu nie wymagało.

Synowie Kościoła

Nepotyzm jest zjawiskiem starym jak świat, choć początek samemu terminowi dały wstydliwe i gorszące incydenty w historii Kościoła. Nepos to po łacinie wnuk albo – jak z przymrużeniem oka przyjmowano dawniej – siostrzeniec. Tak dygnitarze Kościoła, w tym i papieże, określali swoją poczętą wbrew celibatowi progeniturę, której zapewniali pozycję i majątek. Mimo wagi i atrakcyjności tematu trudno znaleźć w literaturze poważne opracowania o nepotyzmie.

W 2003 r. wyszła obszerna książka Adama Bellowa „In Praise of Nepotism: A Natural History”. Autor – uwaga – chwali nepotyzm. „Sam jestem jego przykładem i doskonale znam współczesne zjawisko” – pisze. Jest synem znanego pisarza, noblisty z 1976 r. Saula Bellowa. Ojciec czytał mu teksty w średniowiecznej angielszczyźnie i zabierał na prywatne spotkania z takimi pisarzami jak Philip Roth. Dzięki temu wyrobił w nim namiętność do literatury i języków. 60-letni dziś Bellow syn zna łacinę, grekę, francuski, włoski i hebrajski.

Bellow twierdzi, że Amerykanie oburzają się na nepotyzm, ale ilekroć mogą, sami się go dopuszczają. Synowie takich pomnikowych piosenkarzy jak John Lennon czy noblisty Boba Dylana nagrywają płyty. Dzieci Francisa Coppoli – Sofia i Roman – robią filmy, a są tylko częścią jeszcze większego klanu rodzinnego, podobnie jak Michael Douglas innej sławnej rodziny aktorskiej. Zresztą, gdyby Amerykanie nie akceptowali nepotyzmu w polityce, to ani George W. Bush, ani Hillary Clinton nie byliby tak popularni.

W teorii nepotyzm wyrasta tylko tam, gdzie nie ma wolności – w monarchiach absolutnych, w oligarchiach i dyktaturach, a nie w dojrzałych demokracjach. Ale uwaga. Bellow uważa, że w przeciwieństwie do starego nepotyzmu typu kościelnego mamy współcześnie w Ameryce do czynienia z „nowym nepotyzmem”, jego najsubtelniejszą wersją, bo zdrową, a nawet pożyteczną.

Ojciec nie zabiegał o protekcję dla mnie – tłumaczy Bellow, dziś wiceprezes ogromnego anglosaskiego wydawnictwa. Nie zabiegał, po części dlatego, że nie musiał, bo pracodawcy syna zdawali sobie sprawę z jego wykształcenia, sytuacji społecznej oraz towarzyskiej i uznali, że wszystko to, łącznie ze znanym powszechnie nazwiskiem, przyniesie korzyść firmie.

Nepotyzm ewoluował więc w USA jako zjawisko kulturowe i przekształcił się w nepotyzm merytokratyczny, uwzględniający indywidualną wartość. Krewni i powinowaci awansują w USA, bo dorastają w odpowiednich kręgach zawodowych czy biznesowych, intensywnie się kształcą, więc na stanowiska merytorycznie zasługują. Przynajmniej zdaniem Bellowa.

Oczy i uszy prezydenta

Czy autor podtrzymałby tezy swojej książki w sprawie małżeństwa Kushnerów? Jared jest krytykowany właśnie z przyczyn merytorycznych. Tak jak Trump zajmował się biznesem rodzinnym, bez żadnych funkcji publicznych, a teraz prezydent powierzył mu najszersze obowiązki w Białym Domu: od reform ustrojowych w USA i stosunków z Chinami po negocjacje pokojowe na Bliskim Wschodzie. A jedyną jego kwalifikacją jest to, że dobrze się ożenił – kpi „Washington Post”. Nie mieliśmy jeszcze w Białym Domu członka rodziny prezydenckiej o takiej władzy i wpływach – ocenił Nicholas Burns, były ambasador USA w NATO.

Kolejny argument: tak nie sposób prowadzić profesjonalnej polityki, bo Kushner nie ma w Białym Domu żadnego wydziału ani personelu. W życiu zawodowym prawdziwą siłą jest zespół współpracowników. Bez tego Kushner będzie tylko dyletantem wtrącającym się w sprawy, których nie może ogarnąć z braku wiedzy i środków. Podobnie szeroki portfel spraw ma Ivanka; jej prawnik powiedział, że jest „oczami i uszami prezydenta”, co oznacza niejasny zakres obowiązków, ale za to prawo wglądu w dowolne sprawy.

Na marginesie jest jeszcze sprawa ogromnego majątku prezydenta. Do tej pory zamożni prezydenci oddawali swoje aktywa do zarządu osobom trzecim w tzw. ślepy portfel, by uniknąć podejrzeń, że decyzje państwowe mają związek z pomnażaniem własnego majątku. Trump miliarder zarządzanie majątkiem powierzył synom – Donaldowi juniorowi i Erikowi. Skoro majątkiem zarządzają dzieci, trudno uwierzyć, by Trump biznesmen nie kontrolował, co się dzieje z jego pieniędzmi. Ale w tych sprawach nikt nie zamierza Trumpa niepokoić.

Pomijając już przykład klanu Trumpów, argument Bellowa o dorastaniu w odpowiednich kręgach jest przecież głęboko niedemokratyczny. Czy prawa demokratycznego kraju nie powinny promować równości: równych szans w życiu, równego dostępu do wykształcenia? I konkretniej – konkursów na ważne stanowiska? Czy polityka edukacyjna nie powinna sprzyjać wyrównywaniu szans młodych ludzi ze środowisk mniej szczęśliwych w życiu i mniej zasobnych? Utrzymywanie się nepotyzmu i pogłębianie nierówności musi pobudzać pytania o zdrowie amerykańskiej demokracji. Zresztą nie tylko amerykańskiej.

Problem w tym, że dyskusje o nepotyzmie toczą się w zasadzie tylko w kulturze zachodniej. Chiny, Japonia, obie Koree, nie licząc pomniejszych państw Azji, wyrosły w konfucjanizmie, a to nie tylko kultura, filozofia, ale również doktryna polityczna i prawna. Konfucjusz zalecał, by państwo wzorowało się na wielopokoleniowej, licznej i zhierarchizowanej rodzinie, której ojciec jest głową. Forsowanie synów na stanowiska nie tylko nie jest naganne – jest chwalebne.

Trudno się więc dziwić, że chińska dyplomacja nawiązała nieoficjalne kanały łączności z Kushnerem; skoro docenia znaczenie dynastycznych związków, to marginalizacja Departamentu Stanu i wzrost pozycji Kushnera jest jej na rękę. Szukanie korzyści nie jest tylko praktyką Chin. Europejscy dyplomaci wyrażali na przykład nadzieję, że Ivanka zaokrągli ostre kanty w chaotycznej praktyce politycznej Trumpa.

Natarczywe pytania Trumpa, kierowane do byłego już dyrektora FBI – czy będzie lojalny, wymaganie lojalności, a potem zdymisjonowanie dyrektora w toku śledztwa na temat powiązań ekipy Trumpa z Rosją – to właśnie odsłania sedno problemu. Obsadzanie władzy swoimi, a już najlepiej krewnymi, którzy w razie konfliktu między interesami partii lub rodziny i interesami państwa wybiorą najpierw swoich, jest też wyrazem głębokiej nieufności do instytucji państwa i prawa.

Instytucje te powinny być ślepe, nie widzieć koneksji, powiązań rodzinnych, lojalności partyjnych. Ich symbolem jest Temida z zawiązanymi oczami. Wszelkie starania o ich lojalną wobec doraźnej władzy obsadę muszą od razu budzić najgorsze podejrzenia. Znamy to przecież w Polsce z bieżącej autopsji.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną