Świat

Szczęśliwy los

Losy amerykańskiej loterii wizowej pod znakiem zapytania

Na nowojorskim Greenpoincie i w chicagowskim Jackowie loteria wizowa była ulubionym tematem rozmów. Na nowojorskim Greenpoincie i w chicagowskim Jackowie loteria wizowa była ulubionym tematem rozmów. Bernhard Classen/Vario Images / Forum
Prezydent USA chce zlikwidować loterię wizową, dla Polaków przez lata najkrótszą drogę do amerykańskiego snu.
Dlaczego właściwie, pytają krytycy, Ameryka pozostawia przypadkowi decyzję o tym, komu zezwoli na osiedlenie się na swojej ziemi?Chip Somodevilla/Getty Images Dlaczego właściwie, pytają krytycy, Ameryka pozostawia przypadkowi decyzję o tym, komu zezwoli na osiedlenie się na swojej ziemi?

Artykuł w wersji audio

Donald Trump szybko znalazł przyczynę tragedii w Nowym Jorku, gdzie 31 października imigrant z Uzbekistanu Sajfullo Sajpow zabił, rozjeżdżając półciężarówką, ośmioro przechodniów. Winna jest – według prezydenta – amerykańska loteria wizowa, dzięki której dżihadysta wygrał kilka lat temu zieloną kartę, czyli prawo stałego pobytu w USA. O obchodzącej właśnie 30-lecie loterii niewielu Amerykanów słyszało; trudno też ocenić, jak zwiększa ona ryzyko zamachów terrorystycznych. Pewne jest tylko, że gdyby Trump był prezydentem 25 lat temu i wtedy postanowił loterię zlikwidować, ciężko naraziłby się żyjącym w Ameryce Polakom. Dla nich była obietnicą najszybszego ziszczenia się amerykańskiego snu.

Jerzy Leśniak przyjechał do Nowego Jorku w 1986 r. z wizą turystyczną. W Polsce po stanie wojennym nie widział dla siebie przyszłości. Jak wielu imigrantów, zaczął na budowie. Po trzech miesiącach znalazł dorywczą pracę w wyuczonym zawodzie architekta. Zatrudniająca go firma załatwiła mu wizę pracowniczą, ale do legalizacji stałego pobytu było jeszcze daleko. Przypadkiem, z polonijnego „Nowego Dziennika”, dowiedział się o loterii. Na Polaków czekało 5000 wiz. Wypełnił formularz i wysłał do INS (urzędu imigracyjnego). Po pół roku wylosował zieloną kartę.

– Z radości skakaliśmy pod sufit. To był życiowy przełom. Miałem wreszcie spokojną głowę, mogłem planować długofalowo – wspomina Leśniak. Dostał stałą pracę w New Jersey, u Barbary Piaseckiej-Johnson projektował rezydencję w stylu francuskim w Princeton. Sprowadził do USA żonę i dzieci. Dziś, po 30 latach, pracuje jako architekt-urbanista w ratuszu Nowego Jorku. Czuje się spełniony, właśnie zakłada ze znajomymi międzynarodową szkołę kultury, sztuki i technologii.

Jacek, który prosi, by nie podawać jego nazwiska, wysłał do INS ponad 30 wypełnionych formularzy, z różnych adresów i w różnych terminach – wszystko po to, by zwiększyć prawdopodobieństwo wygranej. Wtedy, w 1990 r., było to jeszcze możliwe, dopiero później wprowadzono regułę: jeden kandydat, jedno zgłoszenie. Dzięki znajomości angielskiego wypełniał druki sam; nie dał się nabrać cwaniakom, którzy za 100 dol. pomagali wielu innym, a nawet obiecywali, że „załatwią” wygranie wizy. Miał szczęście – znalazł się wśród ponad 20 tys. Polaków, którzy wylosowali w tamtym roku zielone karty.

Temat z Greenpointu

Na nowojorskim Greenpoincie i w chicagowskim Jackowie loteria wizowa była ulubionym tematem rozmów. Stwarzała nadzieję setkom tysięcy Polaków – tym, którzy o emigracji do USA marzyli w kraju (bo formularze można było wysyłać z zagranicy), i tym, którzy tam już mieszkali, ale żyli w niepewności, mając status nielegalnego imigranta, w lęku przed deportacją albo nalotem agentów imigrejszyn na firmę, gdzie się pracowało bez permitu (pozwolenia). W latach 80. i 90. Ameryka była dla nas obiektem bezwarunkowej miłości. „Stany Zjednoczone zajmują tak przesadnie honorowe miejsce w umysłach większości Polaków, że przekracza to ramy racjonalnego opisu” – zdumiewał się ówczesny ambasador USA w Warszawie John Davis.

Trump zaatakował loterię wizową jako dzieło demokratycznego legislatora z Nowego Jorku Chucka Schumera i innych liberałów – entuzjastów wielokulturowości. Jednak intencje jej pomysłodawców były odwrotne. Loteria miała zahamować skutki reformy z 1965 r., która zniosła limity na wizy imigracyjne dla krajów Trzeciego Świata i jako główne kryterium ich przyznawania wprowadziła łączenie rodzin, wpuszczając do USA krewnych – nawet nie najbliższych – legalnie przebywających już na stałe cudzoziemców. W efekcie, o ile poprzednio wśród imigrantów dominowali przybysze z Europy, od 1965 r. do Ameryki zaczęli przybywać imigranci głównie z Azji i Ameryki Łacińskiej.

Pod koniec lat 80. kongresmen irlandzkiego pochodzenia Brian Donelly, z pomocą kolegów o takich samych korzeniach, przeforsował ustawę, na mocy której pula zielonych kart byłaby rozlosowywana między obywateli krajów, które zostały poszkodowane przez reformę z 1965 r. – czyli Europejczyków. W wyniku pierwszych loterii, pomyślanych jako tymczasowe, najwięcej, bo aż 40 proc., zielonych kart przypadało Irlandczykom, a po nich właśnie Polakom.

W 1990 r. Kongres uchwalił sponsorowaną przez Schumera ustawę, która ustanowiła loterię jako permanentną, dodatkową ścieżkę do legalizacji stałego pobytu w USA. Od tego czasu co roku 50 tys. wiz jest rozlosowywanych pomiędzy obywateli krajów uznanych przez rząd USA za „niedoreprezentowane”. Większa przejściowo imigracja z Europy wywołała oskarżenia o rasizm, więc Kongres, gdzie działa wielu etnicznych lobbystów, znowu zadbał o etniczno-kulturową różnorodność i w pierwszej stałej loterii najwięcej zielonych kart wygrali mieszkańcy Egiptu, Pakistanu i Bangladeszu.

Departament Stanu corocznie rozdziela kwoty wiz dla krajów o niskich wskaźnikach imigracji do USA w poprzednich pięciu latach, z zastrzeżeniem, że żaden kraj nie może otrzymać więcej niż 7 proc. wiz z wydzielonej puli. W rezultacie Polska dwukrotnie na pewien czas wypadała z loterii, kiedy uznano, że naszych rodaków przybywa za dużo, ale od kilku lat znowu w niej uczestniczy. Od 2003 r. swoje zgłoszenie można rejestrować wyłącznie przez internet na stronie Departamentu Stanu, najczęściej do października lub listopada danego roku. Maszyny losujące zostały już dawno zastąpione przez banalny program komputerowy, który wybiera szczęśliwców. Wyniki losowania pojawiają się zawsze 1 maja.

Zwycięzcy loterii stanowią raptem 5 proc. liczby wszystkich imigrantów – około miliona – legalnie osiedlających się co roku w USA. Od początku budziła ona kontrowersje. Niektórzy poszukiwacze amerykańskiego snu wciąż próbują oszukiwać, wysyłając po kilka tysięcy formularzy. Wiedząc, że część uczestników zrezygnuje z wygranej zielonej karty, a jeszcze inni nie spełniają kryteriów imigracyjnych, Departament Stanu wysyła zawiadomienia do 100 tys. osób jako wylosowanych, ale przyznaje zielone karty tylko połowie z nich.

Dzieło przypadku

Są też bardziej zasadnicze zastrzeżenia do loterii. Dlaczego właściwie, pytają krytycy, Ameryka pozostawia przypadkowi decyzję o tym, komu zezwoli na osiedlenie się na swojej ziemi? „O ile Kanada, Australia, Nowa Zelandia i inne kraje wybierają swoich imigrantów, Stany Zjednoczone pozwalają imigrantom wybierać Amerykę” – pisze w „The Atlantic” konserwatywny komentator David Frum.

Wymogi warunkujące przystąpienie do loterii nie są wygórowane – należy mieć średnie wykształcenie lub dwuletni staż pracy w zawodzie wymagającym minimum dwuletniego przeszkolenia. Nie trzeba nawet znać angielskiego. Zwycięzcy loterii mogą poza tym sprowadzić do USA rodzinę. Tą drogą, dzięki wizie żony, dostał się tam np. Egipcjanin Heszam Mohamed Hadayet, który w 2002 r. zabił w ataku terrorystycznym dwie osoby na lotnisku w Los Angeles.

Przypadek dżihadysty z Uzbekistanu, skąd do USA w ub. roku przybyło z wygranymi na loterii zielonymi kartami 2378 imigrantów, dostarczył jej przeciwnikom dodatkowych argumentów. To jednak jedyni sprawcy ataków terrorystycznych, którzy tą drogą zalegalizowali pobyt w Ameryce. Wygrani loterii, zanim otrzymają wizę imigracyjną, są skrupulatnie sprawdzani pod kątem związków z terroryzmem, karalności, zdrowia, a nawet posiadanych środków utrzymania, czyli jak wszyscy kandydaci do zielonej karty. To znaczy: powinni być sprawdzani. Historia imigracji do USA i terroryzmu w ostatnich 15–20 latach obfituje w przykłady, kiedy służby amerykańskie kogoś przeoczyły.

Wezwania do zniesienia loterii wizowej słychać więc od dłuższego czasu. W 2013 r. Gang Ośmiorga – czyli grupa senatorów z obu partii, w tym senator Schumer – opracował projekt reformy imigracji, która zakładała m.in. likwidację loterii. Ostatecznie zablokowali ją republikanie, którym nie podobało się, że reforma stwarzałaby możliwość uzyskania prawa pobytu w USA milionom nielegalnych imigrantów.

W rękach Kongresu

Prezydent chce także ograniczyć imigrację legalną. Nadal bowiem przytłaczająca większość osiedleńców to przybysze spoza Europy. Stanowią oni też 90 proc. zdobywców zielonych kart w ostatnich loteriach. Największymi ich beneficjentami są teraz obywatele krajów Afryki. Lobby afroamerykańskie w Kongresie naciska więc na utrzymanie kontrowersyjnego programu. Prezydent chce go zlikwidować. Jak powiedział, system przyjmowania imigrantów głównie według kryterium łączenia rodzin, który Trump nazywa „migracją łańcuchową”, należy zastąpić systemem „merytokratycznym”, gdzie pierwszeństwo winni mieć cudzoziemcy wykształceni, z wysokimi kwalifikacjami albo chociażby zamożni.

Projekt takiej zmiany już powstaje pod wodzą senatora Toma Cottona, wschodzącej gwiazdy republikanów. Powołuje się on na przykład liberalnej i wielokulturowej Kanady, gdzie o przyjęciu na stałe imigranta decydują punkty przyznawane za kwalifikacje, wykształcenie i znajomość języka. Więzy rodzinne się liczą, ale w dużo mniejszym stopniu. Amerykańscy legislatorzy chcą z tego tytułu przyznawać jeszcze mniej punktów. I zredukować legalną imigrację do USA o połowę, do ok. 500 tys. rocznie.

Przygotowana ustawa jednak nie ma szans na szybkie uchwalenie, bo przeciwni są jej demokraci. Ewentualne odwołanie loterii wizowej zależy też ostatecznie od Kongresu. Może do tego dojść, gdyż jak wynika z najnowszego sondażu, większość Amerykanów (60 proc.) ocenia ją krytycznie i gotowa jest poprzeć taki krok. Wygląda na to, że ta ścieżka do wymarzonej zielonej karty zostanie niedługo zamknięta.

Dla Polaków nie będzie to już jednak wielki dramat. W miarę bogacenia się kraju i po jego wejściu do Unii Europejskiej, liczba chętnych na emigrację do USA systematycznie malała. Coraz mniej też zgłasza się do loterii i wygrywa. Michał Kaczmarski, rocznik 1986, dziennikarz ekonomiczny z San Francisco, wygrał zieloną kartę na loterii, ale nie wie, czy z niej skorzysta. – Wziąłem w niej udział na zasadzie przygody. Nie wiem, czy tu zostanę. Nikt już nie patrzy na Stany jak na kraj miodem i mlekiem płynący – zauważa.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wypadki kolarzy

Zawodowym peletonem raz po raz wstrząsają wiadomości o ciężkich wypadkach kolarzy. To tylko kumulacja pecha czy coś więcej?

Marcin Piątek
20.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną