Syria: najkrwawsza wojna tego stulecia

Sześć lekcji z Syrii
W Syrii kończy się najkrwawsza wojna tego stulecia. Czego nas uczy o świecie?
Lech Mazurczyk/Polityka

Zniszczone miasto Maaret al-Numan w prowincji Idlib, Syria.
Khalil Ashawi/Reuters/Forum

Zniszczone miasto Maaret al-Numan w prowincji Idlib, Syria.

Asad zajmuje Idlib. To ostatni ważny region pod kontrolą opozycji w trwającej siedem i pół roku wojnie w Syrii. Zajęcie tej 2,5-milionowej prowincji dopełni militarne zwycięstwo „rzeźnika z Damaszku”. I ma to charakter wielkiego symbolu.

Na terenie dzisiejszej Idlib cztery tysiące lat temu rozkwitła Ebla – pierwsze państwo syryjskie. Już w nazwach słychać powinowactwo tych miejsc. W szczycie rozkwitu Eblę porównywano z Mezopotamią i starożytnym Egiptem. Była jedną z najstarszych i największych cywilizacji ludzkich, a padła banalnie: pod naporem czystej siły. Spaliły ją wojska Naram-Sin, akadyjskiego imperatora.

Mimo że Asadowi daleko do Naram-Sina, a dzisiejsze na wpół dżihadystyczne Idlib to ledwo cień wspaniałej starożytnej Ebli, ofensywa syryjskiej armii kończy ważny etap historii Syrii i świata: pierwszą wojnę w nowym międzynarodowym porządku. Oto, co o nim wiemy:

1. Zachód przestał dyktować warunki.

Już w drugim miesiącu wojny rozległo się unisono: „Asad musi odejść”, choć nikt dobrze nie wiedział, czy to realne. Zbiorowe oszołomienie polityków po nagłym upadku Ben Alego w Tunezji i Mubaraka w Egipcie skołowało nawet Rosję i Chiny. Nie zawetowały one rezolucji ONZ, zezwalającej w istocie na interwencję NATO w Libii. Ta szła opornie, mimo że Libia to kraj zamieszkany tylko przez 7 mln ludzi, praktycznie bez armii.

Wojna w Libii postawiła NATO w roli niekompetentnych pomagierów ekstremistycznych bojówek, niewiele lepszych od Muammara Kaddafiego. Im bardziej stawało się to jasne, tym bardziej malał apetyt na kolejną interwencję w Syrii – kraju z o wiele bardziej skomplikowaną mozaiką etniczno-religijno-społeczną i silniejszą armią.

Zaklęcie „Asad musi odejść” wykorzystali przeciwnicy demokracji. Z monarchii Zatoki Perskiej, wrogich Asadowi, ruszyła fala pieniędzy i broni dla syryjskiej opozycji, najczęściej ekstremistycznej. USA, Francja i Wielka Brytania też chciały zaklęciu dopomóc: włączono tajne programy wsparcia walczącej opozycji, a z diaspory zorganizowano „prawowitą” reprezentację Syryjczyków. Inni – Indie, Chiny, wiele państw Ameryki Łacińskiej – przyglądali się. Rosja czekała.

Dziś – siedem lat później – jest dokładnie na odwrót. Europa i USA czekają i przyglądają się, jak Rosja, Iran i Turcja (która jedną nogą wyszła z zachodniego obozu) dyktują warunki zakończenia tej wojny. Od 2016 r. to głównie one mediują między walczącymi stronami. Już nikt nie mówi, że „Asad musi odejść”, bo Asad tę wojnę wygrał. Żadne jedno państwo nie jest temu winne ani nie chodzi o pojedynczy błąd.

Konflikt w Syrii to laboratorium zmieniającego się globalnego układu sił. Relatywna siła Stanów Zjednoczonych maleje, a z nimi wszystko, co firmowały: instytucje międzynarodowe (WTO, ONZ), alianse (NATO), sojusznicy (Europa), niestety też system polityczny (demokracja). Kiedyś prezydent Ameryki przemówił, a rzeczywistość musiała się dostosować: tak upadł Irak za broń masowego rażenia, której nie miał. Dziś słowa amerykańskiego prezydenta są co najwyżej tyle samo warte co rosyjskiego.

2. Cokolwiek zrobią Amerykanie – będzie złe. I po myśli Izraela.

Nie ma regionu, gdzie Stany Zjednoczone mają gorszą opinię niż na Bliskim Wschodzie. Dla przykładu w Jordanii i Turcji 80 proc. obywateli źle myśli o Ameryce. Wyniki swej ankiety sprzed roku sondażownia Pew opatrzyła tytułem: „Zniszczona marka Ameryki”. Nikt nie był zadowolony, że opozycja syryjska dostaje broń i pieniądze od Amerykanów: oponenci Asada uważali, że USA robią za mało, a jego zwolennicy – że napędzają konflikt.

Czy Ameryka zainterweniuje, jak w Libii w 2011 r., czy powstrzyma się od interwencji, jak w Syrii w 2013 r. – ocena jej polityki będzie taka sama: negatywna. Dla kreowania polityki ma to fundamentalne znaczenie. Wychodzi na to, że czasem zamiast coś robić – lepiej nie robić nic. Tym bardziej jeśli rzecz dotyczy konfliktu, w którym udział bierze dziesięć państw, walczą cztery strony i nie widać jego końca. Do tego wniosku doszły obie administracje: Obamy i Trumpa.

W Syrii jest tylko 2 tys. amerykańskich żołnierzy. Dla porównania: przez ostatnie trzy lata przez Syrię przewinęło się ponad 60 tys. Rosjan. Amerykanie pomagają koalicji Kurdów i Arabów walczyć z tzw. Państwem Islamskim na wschód od Eufratu. Mimo że działają na terenach nieobjętych kontrolą władz z Damaszku, główny interes Amerykanów nie ma z Asadem nic wspólnego: chcą rozbić dżihadystów. I tyle by się Syrią zajmowali, gdyby nie mała, ale istotna zmiana w polityce Białego Domu wobec Izraela.

Trump doprowadził do pełnej symbiozy amerykańskiej i izraelskiej polityki wobec Bliskiego Wschodu. Zatrzymał pomoc dla Palestyńczyków, przeniósł ambasadę do Jerozolimy, wyprowadził USA z UNESCO, Rady Praw Człowieka i – przede wszystkim – z porozumienia nuklearnego z Iranem. Izrael, przy wtórowaniu Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, przekonał USA, że irańska obecność w Syrii jest egzystencjalnym zagrożeniem dla wszystkich. Trzeba więc Iran z Syrii wyrzucić.

3. Izrael pogodził USA z Rosją.

Plan Amerykanów był diabelski: przekupić sojuszników Iranu, czyli Rosję i Asada, tak by sami się Irańczyków pozbyli. Można się domyślać, że Asad dostał od Izraela i Ameryki zgodę na zajęcie południa Syrii w zamian za zapewnienie, że siły irańskie tam nogi nie postawią. Stawka tego porozumienia może być większa: USA przystaną na rządy Asada w zamian za rosyjską współpracę w hamowaniu Iranu.

A że irańskiej piechoty już rząd syryjski i tak nie potrzebuje, i ani on, ani Rosja nie chcą zbyt silnych wpływów Teheranu w Syrii, to zwycięstwo Rosji i Asada okazało się pełne. Osłabiony nowymi sankcjami Iran nie chce konfliktu z Izraelem ani Rosją – potrzebne mu teraz pieniądze, a te może zbić na lukratywnej rekonstrukcji Syrii. I tak Izrael, w świetnych stosunkach z Rosją i Ameryką, zeswatał wrogów.

4. Wojna się nie skończy.

Nie byłoby nic złego w rosyjsko-amerykańskim porozumieniu, gdyby nie strategiczny plan Rosji i niemal pewna bezkarność Asada. Przy pomocy Syrii Putin buduje argumentację na rzecz porzucenia sankcji nałożonych na Rosję. Pokazuje się jako niezbędny mediator i podwykonawca: Amerykanom i Izraelowi załatwi problem Iranu, a Europie – problem uchodźców.

Francja już testuje współpracę z Rosją. Kilka tygodni temu rosyjski Antonow An-124 wylądował na lotnisku w Châteauroux, w centralnej Francji, gdzie załadowano 44 tony sprzętu medycznego, koców i namiotów o wartości 500 tys. euro. Potem odleciał do rosyjskiej bazy wojskowej w syryjskim Hmejmim. To stamtąd startowały rosyjskie samoloty bombardujące cywilów w Aleppo. Nie to jest najgorsze, że złoczyńca chce dostarczać europejską pomoc humanitarną. W końcu komisja śledcza ONZ wykazała, że i Rosja mordowała syryjskich cywilów, i koalicja pod wodzą USA. Ale jak pozwolić na to, by pieniądze europejskiego podatnika finalnie trafiły nie do biednych Syryjczyków, tylko do kieszeni Asadów?

Działania wojenne się kończą, ale zaczyna się inna walka: o kontrakty i pieniądze. Zbudować na nowo infrastrukturę dla 15 mln ludzi za kilkaset miliardów dolarów – takiej oferty na globalnym rynku dawno nie było. By uszczknąć kawałek z tego tortu, Brazylia już od pół roku negocjuje otwarcie ambasady w Damaszku. Wiadomo, że przetargi rozstrzygnie reżim, który od dwóch lat zbiera pod zagraniczną deweloperkę ziemię i nieruchomości, wywłaszczając prawowitych posiadaczy za symboliczne odszkodowania.

W kwietniu syryjski rząd przyjął dekret nr 10, nakazujący właścicielom nieruchomości w odbudowywanych miastach udokumentowanie własności. W większości przypadków jest to niemożliwe. Ponad 10 mln Syryjczyków opuściło ojczyznę, a akty własności przed wojną miała tylko połowa gospodarstw w Syrii (wiele z nich zostało zniszczonych). Tym sposobem rządzący wywłaszczyli lwią część miejskich nieruchomości. Najstarsze na świecie miasta, z kilkutysięczną historią, wpadną teraz w ręce budujących pseudoluksusowe osiedla, niedostępne dla biedniejszych mieszkańców.

5. Zapowiada się starcie Rosji z Chinami.

W tej nowej odsłonie wojna może ukazać jeszcze inną rywalizację: Rosji i Chin. Żeby dostać najlepsze kontrakty, Chińczycy są nawet gotowi pomóc Asadowi odbić Idlib. Wygląda to na nieudolne naśladowanie Rosji, ale pokazuje determinację: Chiny potrzebują Syrii w Inicjatywie Pasa i Szlaku. Chcą drogami, koleją i rurociągami połączyć Morze Śródziemne z Iranem, a ten z Azją Centralną, która już z Chinami jest nieźle skomunikowana. Robert D. Kaplan, autor świeżutkiej książki „Powrót świata Marco Polo”, uważa, że chińsko-irańskie stosunki stają się „głęboko organiczne”, a Rosja straci na tym sojuszu najwięcej.

Chiny geograficznie okraczą Rosję swoimi sieciami, by ją w długim okresie zmarginalizować. Asad może wiele zawdzięczać Putinowi, ale teraz potrzebuje pieniędzy, których Chiny mają znacznie więcej. To dlatego Putin z Ławrowem przekonują kogo mogą w Europie, że tylko Rosja wie, jak odbudować Syrię, żeby uchodźcy wrócili do domu. Uderzając w najczulszy politycznie punkt, liczą na europejskie pieniądze dla siebie i Asada.

6. Cierpienie Syrii zaraża Europę.

Żadne liczby ani obrazy nie robią już wrażenia, ale dla porządku podsumujmy: w Syrii zmarło pół miliona ludzi, kilka milionów zostało rannych, 6 mln jest wewnętrznie przemieszczonych, 4 mln to uchodźcy poza granicami kraju. Syryjskie rodziny są duże. Jeśli połączyć te fakty, wyjdzie, że prawie każdy Syryjczyk doznał nieszczęścia wojny. A Syria leży 300 km od granic UE. Doświadczenie tego konfliktu uczy, że cierpienie milionów wcześniej czy później zarazi otoczenie. Kryzys migracyjny i uchodźczy z 2015 r. oraz ciągle odczuwalne jego skutki w Europie to potwierdzają. Kontaminacyjnych efektów tej wojny będzie więcej, bo zostawiła ona setki tysięcy osieroconych, straumatyzowanych dzieci.

Ścierają się dwie perspektywy: nadziei i zemsty. Syryjczycy są pełni nadziei. Aż trudno uwierzyć, ale tuż przed ofensywą wojsk rządowych muzeum archeologiczne w Idlib, zamknięte od 2012 r., otwarło swoje podwoje. Jakby kurator, na przekór nieuchronnej dominacji czystej, wojskowej siły, chciał rodakom powiedzieć: nie martwcie się, patrzcie, co tu było tysiące lat przed nami – żadna siła nie zniszczy dobra, piękna i prawdy.

Takiej nadziei nie podziela Salam Kawakibi – Syryjczyk, dyrektor Arabskiego Centrum Badań i Studiów Politycznych w Paryżu: – Syria jest naszą [europejską – przyp. red.] wojną domową w Hiszpanii. Europa, która – pod naciskiem Putina i Izraela – myśli o zrehabilitowaniu Asada, wcześniej czy później drogo zapłaci za pogardę, jaką ten wyraża wobec europejskich wartości, tak beztrosko łamanych na naszych sennych oczach.

Salam pochodzi z rodziny o długich tradycjach mówienia władzy prawdy w oczy. Jest wnukiem słynnego syryjskiego filozofa Abd ar-Rahmana al-Kawakibiego, autora traktatu o despocji, który za poglądy musiał pod koniec XIX w. opuścić rodzimą Syrię i osiadł w Egipcie. Jak dziad, Salam też wyemigrował – do Francji. Syria będzie cmentarzem arabskich nadziei reformistycznych? Salam uważa, że tak, że wojna w Syrii będzie też cmentarzem wszelkiej moralności w polityce. A cmentarze rodzą wspomnienia albo zemstę.

***

Autorka jest analityczką Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną