Świat

Ostatni marksiści

Marksizm na cenzurowanym na chińskich uniwersytetach

Młodzi Chińczycy z Xi'anu – co dla nich znaczy czerwona flaga? Młodzi Chińczycy z Xi'anu – co dla nich znaczy czerwona flaga? Tim Graham/Robert Harding / EAST NEWS
Komunistyczna Partia Chin ściga studentów, którzy zbyt dosłownie zabrali się do czytania Karola Marksa. Bo wychodzi im, że Chiny nie zmierzają ku komunizmowi.
Zagrożeniem jest to, że zdolni i zaradni studenci czytają Karola Marksa dosłownie, dostrzegając niekonsekwencje między tym, co partia komunistyczna robi i mówi, a postulatami niemieckiego filozofa.John Jabez Edwin Mayal/Wikipedia Zagrożeniem jest to, że zdolni i zaradni studenci czytają Karola Marksa dosłownie, dostrzegając niekonsekwencje między tym, co partia komunistyczna robi i mówi, a postulatami niemieckiego filozofa.

Artykuł w wersji audio

Studenckie koła zainteresowań na Uniwersytecie Pekińskim muszą wnioskować o zgodę na działalność. Procedura jest biurokratycznie żmudna, do rejestracji potrzebny opiekun naukowy – i tu młodzi marksiści napotkali problem. Zgłosił się jeden odważny, a że nie był wykładowcą marksizmu, nie spełniał wymagań. Podobne trudności spotkały tej jesieni co najmniej dwa marksistowskie koła na innych uczelniach.

Gdy sprawa zyskała rozgłos, z końcem września stołecznym studentom udało się znaleźć opiekuna. Niemniej czynione wstręty pokazują, że partii komunistycznej nie jest z lewicującymi studentami po drodze. W tym przypadku znaczenie ma nie ilość, ale jakość. Uniwersytet Pekiński to najbardziej prestiżowa uczelnia w kraju. Zagrożeniem jest to, że zdolni i zaradni studenci czytają Karola Marksa dosłownie, dostrzegając niekonsekwencje między tym, co partia komunistyczna robi i mówi, a postulatami niemieckiego filozofa. Jakkolwiek by było, twórcy komunistycznej utopii.

Członkowie kół marksistowskich ze zderzenia teorii z praktyką wyciągają nieprawidłowe wnioski. Zamiast używać marksizmu do walki z wrogami partii, wstawiają się za najsłabszymi, np. sprawdzają, jak się żyje i pracuje niższemu personelowi uczelni, dozorcom czy kucharzom w stołówkach. Idą dalej, domagają się poprawy sytuacji poszkodowanych. Tego lata lewicujący studenci zrobili już rzecz karygodną: w otwartej manifestacji przeciw władzy wstawili się za robotnikami próbującymi założyć związek zawodowy.

Złe związki

Firma Jasic Technology produkuje sprzęt spawalniczy. Używano go m.in. przy budowie Jaskółczego Gniazda, stadionu olimpijskiego w Pekinie. Dziś branże związane z budownictwem i stalą zmagają się z nadprodukcją, szukają oszczędności, także kosztem robotników. Pracownicy fabryki Jasic w mieście Szenzen narzekali na nakładane przez kierownictwo drakońskie kary finansowe, nieodprowadzanie składek ubezpieczeniowych i na warunki pracy zbliżone do niewolnictwa. Uznali, że pora się uzwiązkowić i to w niezależnej organizacji.

Ale związek nie mógł być niezależny, potrzebne było zielone światło z Ogólnochińskiej Federacji Związków Zawodowych, pozostającej pod pełną kontrolą partii. Szefostwo fabryki dość szybko straciło cierpliwość. Próby utworzenia związku zablokowało. Najbardziej aktywni robotnicy zostali pobici przez nieznanych sprawców lub zwolnieni z pracy. Protestujących aresztowano.

Wtedy do Szenzenu przyjechali studenci, których przywitali policjanci w pełnym rynsztunku i wszystkich aresztowali. Taki scenariusz powtarzał się w kilku miastach. Od sierpnia nieznany jest m.in. los Shen Mengyu, absolwentki matematyki i działaczki organizacji walczącej o prawa robotników. Na kilkunastu uniwersytetach zbierano podpisy w obronie robotników i aktywistów. Próba przełamania protestu szybko stała się sprawą ogólnokrajową.

Zbiegają się tu dwa trendy. Pierwszy to narastające zniecierpliwienie robotników odczuwających w portfelu hamowanie wzrostu gospodarczego. Z danych China Labour Bulletin wynika, że co roku w całym kraju dochodzi do setek robotniczych wystąpień. Takie protesty są dopuszczalne, bo służą za wentyl, którym uchodzi społeczne niezadowolenie. Rzadko się zdarza, by robotnicy trafiali do aresztów, stąd sytuacja w Szenzenie jest wyjątkowa.

I trend drugi, chyba poważniejszy. Przez rozgadane marksistowskie fora w internecie powędrowała energia młodzieży, pokoleń urodzonych po 1989 r., czyli po krwawych wydarzeniach na placu Tiananmen. Chińscy socjolodzy uważają, że kto Tiananmen nie pamięta, nie boi się władzy tak jak starsi. W związku z tym młodzi mają normalny dla swego wieku odruch kwestionowania zastanego porządku, testowania zakresu swobód obywatelskich, skłonność do eksperymentów, nadstawiania karku i potrzebę grupowych przeżyć.

Ot, pokoleniowy bunt. Tyle że w marksistowskim lub maoistowskim opakowaniu, bo takie akurat są dostępne. To nie przypadek, że właśnie młodzi marksiści uczestniczą w ruchu #MeToo, piętnującym molestowanie seksualne, także na uczelniach. A fakt, że buntują się studenci, oznacza dla władzy kiepskie wspomnienia. Zwłaszcza Uniwersytet Pekiński był kolebką nieprawomyślnych idei. Pod koniec lat 80. studiowała tam część organizatorów protestów na placu Tiananmen. A gdy w drugiej dekadzie XX w. marksizm stał się przedmiotem zainteresowania intelektualistów, wśród pierwszych studiujących go osób znalazł się pracownik uczelnianej biblioteki Mao Zedong.

Twierdze ideologiczne

Od czasów Mao Chiny nie miały przywódcy, który w swoich rękach skupił tyle władzy, ile rządzący od sześciu lat Xi Jinping. Nic dziwnego, że to właśnie on przykręcił śrubę uniwersytetom, tak jak wcześniej m.in. dziennikarzom i prawnikom. W grudniu 2016 r. dał jasny rozkaz, że uniwersytety mają być twierdzami komunizmu, stosować się do instrukcji partii. Robota ideologiczna ma być gorliwa i atrakcyjna, kontrola nad kadrą i studentami pełniejsza. Partia ma być bliżej intelektualistów, zaprzyjaźniać się z nimi, życzliwie słuchać ich opinii, by stali się inżynierami ludzkich dusz, co było zamierzonym nawiązaniem do pomysłów Stalina z lat 30.

W odpowiedzi padła zapowiedź budowy bazy danych o przekonaniach politycznych 2 mln studentów w prowincji Guangdong. A np. politechnika w Pekinie obiecała gry komputerowe zawierające przyciągające treści ideologiczne. Sypanie szańców polega też na wycofaniu z podręczników tzw. zachodnich wartości. Na celowniku są treści idealizujące zachodnie porządki, konstytucjonalizm, społeczeństwo obywatelskie, demokrację. Kurs historii pozostaje domeną partii, dla równowagi dołożono jeszcze więcej zajęć ideologicznych, w tym marksizmu.

Przy czym Chiny są państwem komunistycznym tylko z nazwy, szyld rządzącej partii wprowadza w błąd. Owszem, był czas po drugiej wojnie, gdy komunizmu spróbowano. Z braku dużego przemysłu, a co za tym idzie robotników, którzy w teorii Marksa mieli być nośnikiem rewolucji, Mao zainteresował się wsią. Po kolektywizacji powstało dwadzieścia kilka tysięcy komun ludowych, gdzie uwspólniano cały majątek. Ponieważ utopia się nie udała – spadek zbiorów doprowadził do głodu i śmierci milionów – powiosłowano w stronę rozwiązań bardziej efektywnych.

Irlandzki filozof prof. Brendan Sweetman tak podsumowuje dyskusję z kolegami po fachu z szanghajskiego Uniwersytetu Fudan, ile z komunizmu i marksizmu pozostało we współczesnych Chinach: nie trzeba wprowadzać społeczności komunistycznej, walka klas już tego nie uzasadnia. Pełne zniesienie własności też odpada, jako nieosiągalne w gospodarce opartej na osobistej zamożności i wolnym rynku. Natomiast pozostaje w mocy założenie o dystrybucji dóbr, mającej przynieść korzyści jak największej liczbie osób. Marksiści zagadnięci przez Sweetmana luzują też nieakceptowalny dla Marksa pogląd na religię, widzą jej społeczną użyteczność, choć podejrzliwie traktują kult zorganizowany.

W tym roku partia hucznie obchodziła 200. urodziny Marksa. „Jego teoria wciąż świeci jasnym światłem prawdy”, podkreślił w okolicznościowym przemówieniu Xi. Obserwatorzy pamiętają jednak inne jego wystąpienie: raport o stanie partii, przedstawiony poprzedniej jesieni. Czytanie trwało trzy i pół godziny, angielskie tłumaczenie ma 66 stron. Marksizm wspomniany jest w nim 18 razy, socjalizm 73, przy czym w aż 53 miejscach mowa o „socjalizmie o chińskiej charakterystyce”. Kluczowa jest owa „charakterystyka”, która podpowiada, na jakie bieguny ideologiczne orientują się partyjne kompasy.

Czy w takim razie Chiny są państwem socjalistycznym? Wszak socjalizm miał być drogą do komunizmu. Chińscy komuniści, zainspirowani Leninem, wbijają obywatelom do głowy przekonanie – na tym polega ideologiczna praca u podstaw – że to partia musi mieć kierowniczą rolę w państwie, bo tylko ona zna drogę do komunizmu i orientuje się w tak skomplikowanych dziedzinach, jak polityka i sprawy gospodarcze. Przy czym komunistom do komunizmu niespieszno, traktują go jak fasadę, narzędzie potrzebne do kontroli społeczeństwa.

Przymiarki kostiumu

W praktyce zbudowali system antysocjalistyczny, z wolnym rynkiem, gdzie prawa pracownicze są ignorowane głównie przez prywatne podmioty, które wytwarzają już 60 proc. PKB i zatrudniają 80 proc. robotników. Państwo ma monopol w szeregu kluczowych branż, jest właścicielem ogromnej porcji środków produkcji, w tym ziemi i infrastruktury, steruje także rynkiem finansowym. Jednocześnie nawalają usługi publiczne, stąd np. rodzinne zbiórki na operacje. Miliony dzieci, zwłaszcza na prowincji, nie chodzą do szkoły, bo muszą pracować, by pomóc utrzymać rodziny.

Jak przypomina internetowy serwis Inkstone z Hongkongu, w Chinach 10 proc. rodzin trzyma 75 proc. majątku. Kto chce żyć na jakim takim poziomie, próbuje się dorobić, by mieć dostęp do prywatnej opieki medycznej, wykształcić dzieci i odłożyć na emeryturę. Ale nierówności stają się kosmiczne i rosną, bogacze płacą podatki niższe niż w wielu państwach europejskich. Ambicją Chińczyków stała się konsumpcja, zgodnie z przywoływanym przez Inkstone wpisem użytkowniczki któregoś z forów randkowych: „wolę płakać w BMW, niż cieszyć się na bagażniku roweru”.

Oczywiście partia zdaje sobie sprawę ze swojej hipokryzji, widzi, że po latach reform wyszedł im drapieżny kapitalizm, z którego nie wszyscy korzystają jednakowo. Co rodzi kłopotliwe napięcia, jak w prywatnej fabryce spawarek w Szenzenie czy na Uniwersytecie Pekińskim. Z tego powodu trwają przymiarki nowej nadbudowy: jej najważniejszą częścią ma być nacjonalizm. Baza na razie jest cierpliwa.

Polityka 42.2018 (3182) z dnia 16.10.2018; Świat; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Ostatni marksiści"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną