Przed zeszłotygodniowymi wyborami lokalnymi liderka szkockich nacjonalistów Nicola Sturgeon (na fot. po lewej razem z Kaukab Stewart) zapowiadała, że jeśli zdobędzie większość w edynburskim parlamencie, to zorganizuje drugie referendum w sprawie niepodległości Szkocji. 6 maja Szkockiej Partii Nacjonalistycznej (SNP) do bezwzględnej większości zabrakło jednego mandatu, ale za referendum opowiedzieli się również szkoccy zieloni, którzy będą mieli ośmiu posłów.
Zgodę na referendum musi wydać Londyn, który nie chce o tym słyszeć. Ale Sturgeon już zapowiedziała szybkie przegłosowanie stosownej ustawy w szkockim parlamencie i ewentualną skargę do brytyjskiego Sądu Najwyższego, jeśli napotka opór premiera Borisa Johnsona. Sam wynik referendum nie jest przesądzony, sondaże dają mniej więcej równe szanse zwolennikom i przeciwnikom niepodległości. Choć szeregi tych pierwszych rosną w związku z kolejnymi, przykrymi dla Szkocji konsekwencjami brexitu (w 2016 r. prawie 70 proc. Szkotów było za pozostaniem w Unii).
Wybory lokalne w tym samym czasie odbyły się również w wielu innych częściach Wielkiej Brytanii. Największym wygranym okazała się rządząca Partia Konserwatywna, dla której był to pierwszy sprawdzian po udanej akcji szczepień i zdejmowaniu lockdownu. Ugrupowanie premiera Borisa Johnsona przejęło kilka biednych, północnych samorządów, które od dekad głosowały na lewicową Partię Pracy. Ta ostatnia utrzymała co prawda duże miasta, m.in. Liverpool, Manchester i Londyn (choć z wielkim trudem), ale torysi systematycznie odbierają jej – wraz z programem socjalnym – kolejne tysiące głosów.