Chamenei do Moskwy?
Rewolucja w Iranie. Władza zapewne nie odejdzie bez walki
Po pierwsze, twierdził, że demonstranci są narzędziem obcych potęg. Po drugie, rozgrywał protestujących, uniemożliwiając zjednoczenie opozycji wokół jednego lidera. A po trzecie, przekupywał biednych i zastraszał klasę średnią. Wszystkie te sposoby są już w dużej mierze bezużyteczne. Co nie znaczy, że reżim ajatollahów zaraz upadnie.
Protesty w Iranie właśnie wchodzą w trzeci tydzień. Zaczęło się 28 grudnia od buntu tzw. bazaru, czyli drobnych sklepikarzy, którzy nie byli już w stanie prowadzić handlu z powodu galopującej inflacji. A ta wynika przede wszystkim z sankcji nałożonych na Iran przez administrację Donalda Trumpa (ale też z fatalnego zarządzania gospodarką i z powszechnej korupcji). Do protestów szybko dołączyła młoda klasa średnia, często świetnie wykształceni 20–30-latkowie, którzy nie mają szans na stałą pracę, a już z pewnością na poziom życia porównywalny z tym, jakim cieszyli się ich rodzice. To oni sprawili, że protesty na tle ekonomicznym przerodziły się w bunt polityczny – są przekonani, że w Iranie nic się nie zmieni bez zmiany władzy.
Wtedy odpowiedział reżim. Demonstrantów zaatakowały bojówki związane ze Strażnikami Rewolucji. Według różnych źródeł mogło zginąć nawet ponad tysiąc osób, a do aresztów trafiło już ponad 10 tys. Jednak protesty się rozszerzają, objęły już praktycznie cały kraj, kolejne branże – w tym naftowa – przyłączają się do strajków. W takich okolicznościach zdezaktualizował się sposób numer jeden na utrzymanie władzy. Oskarżanie demonstrujących o bycie „marionetkami obcych mocarstw” przestało działać, choć jeszcze pół roku temu nawet najwięksi przeciwnicy reżimu krytykowali amerykańsko-izraelskie bombardowania. Dziś manifestanci wręcz zachęcają Trumpa do ataku.
Część z nich wzywa też do powrotu do kraju syna ostatniego szacha, Rezę Pahlawiego, jeszcze pół roku temu powszechnie potępianego jako „oderwanego od irańskiej rzeczywistości sługusa Ameryki”.