Yoweri Museveni wygrał właśnie siódme wybory z rzędu, co oznacza, że 40-letnie rządy przedłuża o kolejną pięcioletnią kadencję. Przeciw niemu stanął przywódca opozycji, poseł i popularny muzyk 43-letni Bobi Wine. Miał za sobą poparcie młodych i największych miast. To jednak nie mogło wystarczyć, skoro za Musevenim stanęły starsze generacje, prowincja i przede wszystkim starannie zmobilizowane zasoby państwa.
Do pewnego stopnia tegoroczne wybory były powtórką tych z 2021 r. I tym razem Wine zniknął i nie odnalazł się do zamknięcia tego numeru „Polityki”. O ile poprzednim razem zamknięto go w areszcie domowym, o tyle teraz albo wymknął się obławie służb (na co wskazywałoby nagranie opublikowane w jego serwisach społecznościowych), albo został uprowadzony, co sugerowali jego współpracownicy. Znów na wiele dni wyłączono internet. Oficjalnie po to, by powstrzymać „szerzenie dezinformacji”. Nie we wszystkich punktach wyborczych prawidłowo działały biometryczne urządzenia mające potwierdzać tożsamość wyborców. Ulic m.in. stołecznej Kampali pilnowały tysiące żołnierzy i policjantów. Co miało zniechęcić zwolenników Wine’a do ewentualnych protestów – pięć lat temu w okołowyborczych starciach z policją zginęło co najmniej kilkadziesiąt osób.
Wine, który w kampanii występował w kamizelce kuloodpornej i hełmie, oskarżył reżim o szachrajstwa przy urnach. Oficjalnie dostał niecałe 25 proc. głosów, Museveniemu przypadło 72 proc. Reżimy takie jak ugandyjski politolodzy nazywają „autorytaryzmem adaptacyjnym”. To system, w którym demokracja jest ściśle kontrolowana przez państwo. Jest więc parlament, działa opozycja, są też sądy, ale władza nie zostawia niczego przypadkowi i utrzymuje swoją przewagę za pomocą selektywnej represji i procedur administracyjnych, w tym ustawiania wyborów.