Wystąpienie amerykańskiego sekretarza stanu Marco Rubio zgromadzeni przyjęli owacją na stojąco. Jego słowa o tym, że Ameryka jest i pozostanie „dzieckiem Europy”, z którą łączy ją wspólna przeszłość i cywilizacja, były jak balsam na pokiereszowany ostatnimi ciosami – wojną handlową, zakusami Donalda Trumpa na Grenlandię czy słownymi atakami na europejskich sojuszników – korpus relacji transatlantyckich.
Rubio spełnił swoje zadanie, aby wysłać pojednawczy sygnał do Europy. Zwłaszcza że rok temu wiceprezydent J.D. Vance wstrząsnął zgromadzoną w Monachium elitą europejską atakiem wymierzonym wprost w reprezentowane przez nią liberalne wartości. Jeśli jednak sobotnia przemowa Rubio miałaby zostać potraktowana przez Europejczyków jako pierwszy krok do odbudowy jedności Zachodu, byłoby to fatalne nieporozumienie.
Rubio wytyka nam błędy
O tym, że Europa musi – i to szybko – przejąć główny ciężar odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo, mówił w Monachium nie tylko Rubio. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz potwierdził plany budowy najsilniejszej armii na kontynencie. Wsparła go szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która zaapelowała o skonkretyzowanie unijnego odpowiednika art. 5 traktatu północnoatlantyckiego. Z kolei prezydent Emmanuel Macron ogłosił, że prowadzi z kilkoma państwami (Wielka Brytania, Szwecja) rozmowy w sprawie budowy wspólnego systemu odstraszania nuklearnego.
Europejczykom spływa czasem zimny pot po plecach na myśl o ryzykach, jakie się za tym kryją, oraz kosztach, jakie muszą w związku z tym ponosić. Ale obie strony chyba rozumieją skalę wyzwań, szczególnie wobec zmiany amerykańskich priorytetów. Teraz pytaniem nie jest już, czy ten trend można by odwrócić, lecz czy proces redukcji wojskowej i politycznej obecności Stanów Zjednoczonych w Europie odbywać się będzie w sposób uporządkowany i w przyjaznej atmosferze.