Rydwany lodu
USA snuje wizję podboju Arktyki. Ma w planach budowę floty lodołamaczy. Jak potoczą się losy bieguna północnego?
Jazda starym pikapem po szutrowej drodze – tak pływanie lodołamaczami opisuje jeden z branżowych ekspertów. Trzeszczą, warczą, podskakują. Poza tym mają prawie same zalety. Przecierają szlaki żeglugi morskiej. Wożą naukowców, niektóre turystów. Mogą szukać i ratować rozbitków. Da się je uzbroić. Teraz też stają się taranami geopolityki, które wraz z lodem miażdżą resztki arktycznej solidarności.
Arktyczna garda
W lutym w norweskim Tromsø wspomnianą arktyczną solidarność symbolicznie żegnała Mary Simon, gubernatorka generalna Kanady, czyli namiestniczka brytyjskiego monarchy, mająca po matce korzenie inuickie. Uczestnikom dorocznej konferencji o stanie regionu opowiadała o swoim dzieciństwie. Łowiła łososie i podróżowała psimi zaprzęgami. Jej babcia przez radio słuchała tradycyjnych pieśni. Simons przypomniała, że zimna wojna omijała Arktykę. Na tyle, że jej kanadyjska wspólnota utrzymywała kontakty z Inuitami z radzieckiej Czukotki. Nostalgia w słowach generalnej gubernatorki jest o tyle zrozumiała, że mit arktycznej wyjątkowości właśnie przemija.
Niewiele zabrakło, żeby ten mit doczekał 40. urodzin. Stworzył go Michaił Gorbaczow, który 1 października 1987 r. pojawił się w Murmańsku. Ogłosił tam, że słabnący Związek Radziecki opuszcza w Arktyce gardę, zaproponował „radykalne obniżenie poziomu konfrontacji militarnej” na Północy i stworzenie „strefy pokoju”: bez broni jądrowej, z mniejszym ruchem okrętów, za to z ochroną środowiska, badaniami, koordynowaną i racjonalną eksploatacją bogactw oraz z otwartą dla zagranicznych statków Północną Drogą Morską, utrzymywaną przez sowieckie lodołamacze.
I faktycznie, przez kolejne dziesięciolecia tak to funkcjonowało. Północną drogą można było pływać, ale tylko na pewnych odcinkach – na więcej nie pozwalały ekstremalne warunki.