Nie zanosi się na zakończenie wojny Pakistanu z Afganistanem. Walki na tym froncie są powiązane z Iranem
Nie zanosi się na zakończenie wojny Pakistanu z Afganistanem. Walki na tym froncie wiążą się z Iranem
Pewnie nie utrzyma się pauza w walkach Pakistanu z Afganistanem. Ogłoszono ją jedynie na czas świętowania zakończenia ramadanu. Bezpośrednim powodem wstrzymania ognia był poniedziałkowy ostrzał ośrodka leczenia uzależnień w Kabulu. Działająca w Afganistanie misja ONZ ustaliła, że pod gruzami zginęły co najmniej 143 osoby, 119 zostało rannych. Szpital „Omid” – czyli nadzieja w dari, drugim obok paszto języku urzędowym Afganistanu – jest duży, leczy się w nim ok. 2 tys. pacjentów. Możliwe więc, że akcja poszukiwawcza ujawni jeszcze więcej ofiar. Rząd talibów, sprawujących rządy w Afganistanie, twierdzi, że jest ich już ponad 400.
Wojnę zaczął Pakistan
Misja ONZ atak przypisuje Pakistanowi. Ten nie bierze odpowiedzialności za skutki. Objaśnia, że atakuje precyzyjnie, celowano w obiekty wojskowe, dokładnie magazyn uzbrojenia i sprzętu wspierające działalność terrorystyczną pakistańskich talibów, których przygarnęli talibowie afgańscy. Nalotu nie przeprowadzono z zamiarem zniszczenia cywilnej placówki medycznej. Pakistańczycy wskazują też, że Omid urządzono w dawnej amerykańskiej bazie, a terenem zawiaduje resort spraw wewnętrznych. W kontrze rzecznik afgańskiego ministerstwa zdrowia twierdzi, że w pobliżu żadnych obiektów wojskowych nie było.
Wojnę zaczął Pakistan, który utrzymuje, że afgańscy talibowie dają schronienie oddziałom prowadzącym kampanię częstych samobójczych i krwawych zamachów na terytorium pakistańskim. Kabul oczywiście temu zaprzecza, określa pakistański terroryzm jako problem wewnętrzny wschodniego sąsiada. Od 26 lutego w wojnie zginęły setki osób, a ok. 40 tys. osób opuściło swoje domy. Przewagę na froncie ma znacznie lepiej uzbrojony Pakistan.
Afganistan nie dysponuje zaawansowanymi możliwościami militarnymi i nie jest w stanie odpowiadać na liczne pakistańskie naloty inaczej niż ograniczonymi operacjami na lądzie i przy użyciu dronów. O przerwę w walkach zwróciły się państwa muzułmańskie: Arabia Saudyjska, Katar i Turcja. Pakistan na nią przystał głównie ze względu na reakcje świata przejętego bilansem zbombardowania szpitala. Wcześniej złagodzenie napięć próbowali wynegocjować Chińczycy, mający duże wpływy w obu krajach, ale ich wysiłki nie zdały się na wiele. Co nie dziwi, skoro władze w Islamabadzie mówią, że nie zrealizowały jeszcze swoich celów.
Tym głównym ma być zdekapitowanie afgańskiego reżimu talibów (czyli powtórzenie operacji, którą Stany Zjednoczone próbują w Iranie) oraz tak daleko idące osłabienie talibów pakistańskich, głównie rekrutujących się z organizacji TTP, by nie byli w stanie przeprowadzać zamachów na terenie Pakistanu. Eksperci dopowiadają, że chodzi o wiele więcej. Na długość i intensywność tej wojny wpływ będą miały także rachuby związane ze sporem Pakistanu z Indiami. Pakistan jest zaniepokojony współpracą talibów z Nowym Delhi. Nie jest ona szczególnie intensywna, niemniej sygnalizuje, że wrogie Indie będą próbowały wykorzystać Afganistan do strategicznego zajścia Pakistanu od tyłu, czego ten od zawsze się obawia.
Kwestia pasztuńska
Drugim powodem przedłużania wojny jest tzw. kwestia pasztuńska. Pasztuni są największą grupą etniczną w Afganistanie i największą mniejszością w Pakistanie, stanowią też rdzeń ruchu talibów po obu stronach granicy, wyznaczonej sztucznie przez Brytyjczyków pod koniec XIX w. Talibowie są nie tylko muzułmańskimi fundamentalistami, niesie ich też pasztuński nacjonalizm, w tym idea powołania pasztuńskiego państwa. Z kolei wojowniczość talibów pakistańskich wynika z postawy Islamabadu z epoki wojny z terroryzmem. Pakistan poparł wtedy Stany Zjednoczone, które weszły do Afganistanu po zamachach z 11 września 2001 r. Przeprowadziła je grupa, która schroniła się w Afganistanie, wtedy też rządzili nim talibowie.
Za przymierze z Ameryką Pakistan dostał znaczące wsparcie wojskowe i finansowe. Jednocześnie zwalczał talibów afgańskich, którzy chronili się na jego terytorium. Ataki na nich, za zgodą Islamabadu, prowadzili także Amerykanie. To doprowadziło do radykalizacji pasztuńskich mieszkańców pogranicza. Stąd wzięła się TTP, która zajęła się obroną Pasztunów i z czasem przeniosła się do Afganistanu. Takie wędrówki umożliwia natura długiej na 2,6 tys. km, poprowadzonej przez wysokie góry, nie za bardzo pilnowanej i dość łatwej do przekroczenia granicy, która nie była także w stanie przekreślić pasztuńskiej jedności.
Czytaj też: Afganistan – zmora imperiów
To nie jest przypadek
Wreszcie powód trzeci: ta wojna nie wygląda na przypadkową. Walki toczą się w tle wojny irańskiej i są z nią powiązane. Chyba nie przez przypadek zaledwie o kilkadziesiąt godzin wyprzedziły początek operacji Izraela i Stanów Zjednoczonych przeciwko Iranowi. Co prowadzić może do wniosku, że na postępowanie Pakistanu wpływa także strategia Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza dynamika ich rywalizacji z Chinami.
Waszyngton ze zrozumieniem odnosi się do prawa Pakistanu do obrony. Prezydent Donald Trump w superlatywach opisuje swoje stosunki z pakistańskim premierem i szefem armii, kręcącymi na spółkę tamtejszą polityką. Poprzedni pakistański rząd zacieśniał więzi z Pekinem, wyrazem czego były projekty infrastrukturalne pozwalające skrócić trasy z Europy, Afryki i Bliskiego Wschodu do Chin. Zamiast morzem dookoła Azji można by jechać lądem, także koleją, trasą o blisko 9 tys. km krótszą niż przez Cieśninę Malakka. Jednak dziś były, prochiński premier przebywa w więzieniu (skazano go za korupcję), a obecny rząd z Chińczykami nie zrywa, ale mimo wszystko stawia bardziej na Amerykanów. Na tyle, że nie odmówił Trumpowi wejścia do jego absurdalnej Rady Pokoju.
Sporo więc wskazuje, że pakistańskie ataki są konsultowane z Amerykanami, którym jest na rękę, że ktoś za nich prowadzi działania na północ od Iranu i na obszarze, gdzie znaczne wpływy mają Chiny i Rosja. Zbombardowali m.in. Bagram, byłą sowiecką i amerykańską bazę wojskową. Swego czasu rząd Trumpa robił podchody do talibów, sprawdzając, czy zgodziliby się na powrót Amerykanów. Sam amerykański prezydent narzekał, że jego poprzednik zrezygnował z bazy, która mogłaby być bardzo przydatna. Głównie dlatego, że leży niedaleko Chin, skądinąd powrót sił amerykańskich do Bagram sprawiłby kłopot także rosyjskim i indyjskim strategom. Był jednak fantasmagorią, bo gdyby afgańscy talibowie z jakiegoś powodu – trudno go sobie w ogóle wyobrazić – zgodzili się na amerykańską obecność, weszliby automatycznie na kurs kolizyjny z Iranem, walczącym właśnie ze Stanami Zjednoczonymi. Natomiast Pakistanowi dotychczasowe podejście Trumpa zdaje się sprzyjać. I pewnie będzie miał wolną rękę w Afganistanie tak długo, jak Trump – i świat – będą zaabsorbowani sytuacją w Iranie.