Buddyzm zaangażowany

Dary dharmy
Złoty Medal Kongresu USA dla dalajlamy i szafranowa rewolucja w Birmie przypomniały, że buddyzm angażuje się w zmienianie świata na lepsze. Tymczasem wciąż pokutuje mit, że buddyzm jest ucieczką od świata i ludzi.
magical-world/Flickr CC by SA

Nawet Jan Paweł II uległ złudzeniu, że buddyzm nie dba o sprawy społeczne. Mit o buddyjskiej pasywności żyje do dziś na Zachodzie. Budda przed dwoma i pół tysiącami lat głosił ludziom, jak uwolnić się od udręk egzystencji. Jego nauki zwane dharmą są propozycją harmonijnego życia jednostki i zbiorowości. Budda, podobnie jak Jezus, nie wzywał do rewolucji politycznej. Ale jego przesłanie było rewolucyjne, kiedy podkreślał, że głoszone przez niego prawdy o człowieku mogą służyć wszystkim i nie trzeba do tego pośrednictwa kapłanów spędzających czas na odprawianiu coraz bardziej pustych i niezrozumiałych obrzędów. Gestem społecznie rewolucyjnym było też, że Budda zgodził się, by również kobiety mogły być mniszkami.

Budda przełamywał w ten sposób bariery klasowe i kastowe. Sangha, to znaczy buddyjska wspólnota mnichów i mniszek, miała być demokratyczna. Mnisi żyli z darów społeczeństwa. Nie mogli się ponad nie wynosić ani odeń izolować. W epoce Buddy w Indiach północnych, gdzie nauczał, małe niezależne państewka republiki ustępowały miejsca wielkim scentralizowanym monarchiom. Pojedynczy obywatel miał w nich mniejsze znaczenie niż w małym samorządnym księstwie, takim jak to na pograniczu dzisiejszego Nepalu i Indii, gdzie urodził się Budda. Choć bliska mu była, mówiąc językiem dzisiejszym, demokracja bezpośrednia, zastanawiał się, jaki powinien być idealny monarcha. Buddyzm wyrzeka się przemocy, więc ideałem jest król rządzący nie siłą, lecz dharmą – prawością i humanitaryzmem.

Takim idealnym buddyjskim władcą okazał się cesarz Asioka (III w. p.n.e.). Nic nie zapowiadało, że zostanie „największym i najszlachetniejszym władcą, jakiego kiedykolwiek miały Indie, i jednym z wielkich królów w dziejach świata”.

Przemiana serca

Nim nawrócił się na buddyzm, wojował jak inni wodzowie, siejąc śmierć i zniszczenie. Aż poruszony ogromem strat, jakie spowodował, przeszedł przemianę serca. Przestał zadawać cierpienie ludziom i zwierzętom, zakazał tortur, polowania zastąpił pielgrzymkami, sadził drzewa owocowe przy drogach, kopał studnie, był wegetarianinem, wspierał buddyzm, ale nie zabraniał głoszenia i praktykowania innych poglądów.

Prawda, że buddyzm legitymizował w ten sposób monarchię absolutną, czyli ustrój autorytarny, a nie żadną demokrację. Nieco podobnie było z chrześcijaństwem, które za czasów cesarza rzymskiego Konstantyna stało się religią państwową, jak wcześniej buddyzm w państwie Asioki. Dzięki temu jednak i buddyzm, i chrześcijaństwo zyskały możliwości rozwoju i ekspansji, stając się ostatecznie religiami uniwersalnymi. I tak jak chrześcijaństwo wydało z siebie idee, którymi karmiły się i karmią różne ruchy polityczne, od lewicy przez centrum do prawicy, podobnie buddyzm był i jest pożywką dla różnych wizji społeczeństwa.

Buddyzm, który nie uważa Buddy za Boga, lecz za Nauczyciela, nie zna pojęcia władzy pochodzącej od Boga. W krajach Azji Południowo-Wschodniej, gdzie do dziś buddyzm jest religią dominującą – w Birmie, Tajlandii, Laosie, Kambodży – władzę króla uzasadniano tym, że ma imponującą genealogię sięgającą początków państwa lub tym, że nagromadził tyle zasług w poprzednim życiu, iż mógł się reinkarnować w rodzinie królewskiej. Ale status zobowiązuje. Poddani oczekują od króla, że będzie żył i panował godnie i sprawiedliwie.

Łańcuch wcieleń

Kto się wysoko urodził, powinien wykorzystać pozycję i majątek do pomnażania zasług, bo inaczej po śmierci odrodzi się w niskiej warstwie społecznej lub w świecie zwierząt. Zasada rządząca łańcuchem wcieleń jest niewzruszona jak siła ciążenia. Przypomina to nieco pogląd protestantów uważających, że wysoki status społeczny jest oznaką podobania się Bogu. W praktyce wyglądało to podobnie jak w dawnej chrześcijańskiej Europie: Kościół buddyjski przenikał się z władzą świecką i współkształtował system państwowy, edukacyjny i społeczny.

Ten splot jest tak silny, że i dziś świeccy władcy tych krajów zachowują się, jakby byli takimi zasłużonymi buddyjskimi królami, nawet gdy są komunistycznymi tyranami, jak zdarzało się w Laosie i Kambodży. Obecnie tylko Tajlandia – jedyny kraj w regionie, który nigdy nie był poddany rządom kolonialnym – jest monarchią. Król miliarder Bhumibol święcił niedawno wraz z całym narodem 60-lecie panowania. Cieszy się ogromną sympatią i szacunkiem poddanych, co zapewnia mu mir także u wojskowych. W początku lat 90. pomógł w demokratycznej transformacji kraju, kiedy wezwał armię, by nie występowała przeciwko pokojowym demonstracjom. Wezwani na dywanik generałowie zbliżyli się do króla, traktowanego przez Tajów jak istota półboska, na kolanach, co pokazano w telewizji.

W Birmie jeden z polityków obiecywał przed laty, że uczyni buddyzm religią państwową i pogodzi go z birmańską drogą do socjalizmu, inny wybudował dwie wielkie świątynie i usiłował podporządkować sobie sanghę. W Birmie mnisi są wielką siłą społeczną i rządząca junta musi się z nimi liczyć. Tamtejszy Kościół buddyjski ma podobne środki nacisku na rządzących jak Kościół katolicki: sangha może ekskomunikować reżim. Mnisi odmawiają wtedy przyjmowania jałmużny od funkcjonariuszy państwowych i urządzania buddyjskich ceremoniałów z ich udziałem. Junta, podobnie jak w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego, obawia się, że Kościół stanie się ośrodkiem opozycji politycznej i dlatego stara się go zneutralizować represjami, przekupstwem i wywoływaniem wewnętrznych konfliktów.

Ząb pilnie strzeżony

Tak jest teraz, kiedy z Birmy napływają wieści o tysiącach aresztowanych i przetrzymywanych w nieznanym miejscu mnichów, tak było po krwawej rozprawie z ruchem demokratycznym po 1988 r. Po represjach przyszedł jednak czas odwilży, kiedy junta usiłowała odbudować swój autorytet w społeczeństwie, sięgając po buddyzm. Generałowie sprowadzili wówczas z zaprzyjaźnionego Pekinu relikwię – ząb Buddy – i kazali obwozić ją po kraju. W oczach birmańskich buddystów miało im to zapewnić wdzięczność i uznanie: patrzcie, jak pilnie, my władza, staramy się gromadzić zasługi karmiczne (takie, które zapewniają godną reinkarnację), a tym samym dajemy wam okazję do zgromadzenia waszych zasług dzięki oddaniu czci relikwii. Oto dowód, że słusznie rządzimy krajem.

Polakowi sytuacja ta może się kojarzyć z peregrynacją po kraju kopii słynnej ikony częstochowskiej. Zarządził ją prymas Wyszyński w ramach obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Wędrówka Czarnej Madonny bardzo nie podobała się władzom PRL, bo wzmacniała wpływ Kościoła na społeczeństwo. Próbowano jej przeszkodzić aresztowaniem obrazu przez milicję. Inaczej w Birmie: ząb Buddy zabezpieczało wojsko, junta publicznie oddawała cześć relikwii. W Polsce ikona posłużyła do pokazania antyklerykalnym rządzącym, że Kościół ma głębszą niż oni legitymizację duchową i moralną. Sama władza świecka o taką legitymizację nie zabiegała. W Birmie junta była bardziej przewidująca. W społeczeństwach silnie religijnych, rządzący ostentacyjnie antyreligijni na dłuższą metę mają marne szanse utrzymania się u władzy.

Ale tak z ręką na sercu, z kim w polityce buddyzmowi najbardziej po drodze? Trochę straszno to powiedzieć w kraju postkomunistycznym, jednak dalajlama przyznaje, że z komunizmem. Rozmawiał o tym przed 9 laty z Adamem Michnikiem. Ten przypomniał dalajlamie, że fascynował się ideologią chińskiego komunizmu i pisał wiersze dedykowane Mao. Przywódca Tybetańczyków, od prawie pół wieku domagający się poszanowania praw swego narodu deptanych przez chińskie władze komunistyczne, zaznaczył, że wiersz był wymuszony, ale przyznał, iż porywa go wizja sprawiedliwego systemu społecznego i że czasem określa się jako pół marksista pół buddysta.

Pomoc wszystkim żywym istotom i ich wyzwolenie z jarzma niewiedzy i cierpienia to droga buddyzmu i trudno ją uznać za postawę bierną społecznie, podkreśla dalajlama. Komunizmu totalitarnego rzecz jasna nie popiera, nie potępia też przeciwstawiania się systemom opresyjnym, ale drogą pokojową. W tych dniach w Waszyngtonie powiedział, że nie wyklucza, iż jego następca zostanie wybrany na zasadzie konklawe. Byłby to krok w stronę demokracji.

Starszy o pokolenie od dalajlamy Hindus Bhimrao Ramji Ambedkar (1891–1956), współtwórca konstytucji niepodległych demokratycznych Indii, gorący orędownik rewolucji społecznej, odwoływał się do buddyzmu. Pamiętajmy, że w Indiach buddyzm prawie zanikł, przeniósł się do innych krajów, a religią dominującą stał się hinduizm. I oto pierwszy indyjski minister sprawiedliwości na znak protestu przeciwko dyskryminacji tak zwanych niedotykalnych, najniższej warstwy skostniałego kastowego społeczeństwa, staje na czele masowej publicznej konwersji pół miliona pariasów. Tu buddyzm okazał się ewangelią równości.

Budda i Marks

Ambedkar nie chciał narzucać sprawiedliwości społecznej siłą, lecz raczej drogą rozwijania ludzkiej świadomości. Wzorem mogła być sangha: prototyp wspólnoty wolnej, demokratycznej, a wyrzekającej się własności prywatnej. Podobne idee krążą dziś nie tylko w Dharamsali, stolicy dalajlamy, i w Indiach, ojczyźnie Buddy, lecz także w krajach Azji Południowo-Wschodniej i na Sri Lance (Cejlonie). Tajski filozof i polityk Pridi Phanomyong już w latach 30. marzył o zbudowaniu społeczeństwa bez trosk życiowych, godnego mającej nadejść epoki Buddy Majtreji, wyczekiwanego mesjasza buddyzmu. Ludzie mieli się czuć bezpieczni we wspólnocie zapewniającej im pracę, godziwe zarobki, pensje i emerytury, ziemia miała być wspólna, ryż miano sprzedawać bez pośredników. Swoją doktrynę Pridi nazwał dharmą materii i podkreślał zgodność zasad buddyjskich z teoriami Marksa. Niemiecki filozof głosił, że byt określa świadomość, Budda – że świadomość kształtują postrzeżenia.

Buddyjskim myślicielom chodzi więc nie tyle o komunizm, ile o inspirowany buddyzmem socjalizm połączony ze wzmacnianiem tożsamości narodowej. Już George Orwell, wielki pisarz polityczny, który w młodości w latach 20. służył Imperium Brytyjskiemu w Birmie, zauważył, iż opoką ruchu niepodległościowo-narodowego byli tam mnisi buddyjscy. Dobrze zapamiętał, jak okładali oni kijami Birmańczyków wyłamujących się z antybrytyjskiego bojkotu i jak patrzyli z ironią i pogardą na takich jak on funkcjonariuszy kolonialnych. Buddyzm i nacjonalizm może być mieszanką wybuchową. Tak było w Japonii w XX w., kiedy buddyści poparli imperialne ambicje japońskich militarystów prących do podbojów i wojny. Tak jest na dotkniętej krwawą wojną domową Sri Lance, gdzie sangha poparła wyznających buddyzm Syngalezów przeciwko nastawionej separatystycznie mniejszości Tamilów wyznających hinduizm i gdzie powstał buddyjski fundamentalizm podobny ideologicznie do fundamentalizmu islamskiego czy chrześcijańskiego.

W niektórych kołach prawicy modne jest dyskredytowanie buddyzmu jako piątej kolumny marksizmu i lewackiego oszołomstwa. Tym zarzutom przeczą fakty.

Mnisi buddyjscy angażują się w politykę i sprawy społeczne nie tylko z inspiracji lewicowej. I nie z miłości do ideologicznych abstrakcji, lecz pod wpływem tragedii, jakich widownią stały się ich ojczyzny, np. Wietnam. W Tajlandii sangha była nastawiona antykomunistycznie; jeszcze w latach 70. jeden z wpływowych mnichów głosił, że zabijanie komunistów będzie zasługą. A w Kambodży pod rządami totalitarnej lewicy mnichów mordowano tysiącami, a buddyzm tępiono. Jeśli buddyzm jest lewicowy, to chyba tak jak Ewangelia.

 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj