W tym tygodniu Amerykanie mieli zacząć „przeprowadzać” (ang. to guide) jednostki handlowe przez cieśninę Ormuz w ramach „Projektu Wolność”. Prezydent Donald Trump nazywa to akcją humanitarną – pomocą dla ponad 20 tys. marynarzy na 900 statkach, które od dwóch miesięcy nie mogą wypłynąć z Zatoki Perskiej, co powoduje zwyżkę światowych cen ropy naftowej, gazu skroplonego LNG oraz nawozów sztucznych. Waszyngton unika słowa „eskorta”, choć w akcji mają brać udział amerykańskie niszczyciele i lotnictwo, ale Irańczycy już uznali to za prowokację i zagrozili kolejnymi atakami w Ormuzie. Jednocześnie nie zrywają rozmów z Waszyngtonem, które toczą się – na razie bezowocnie – od zawieszenia broni 7 kwietnia.
Ormuz był dotychczas podwójnie zablokowany. Najpierw ruch w cieśninie, przez którą w czasach pokoju przepływa co piąta baryłka transportowanej na świecie ropy, zastraszyli Irańczycy – w odwecie za ame rykańsko-izraelską agresję rozpoczętą 28 lutego. Kilka statków ostrzelali, kilka zajęli. Ruch ustał również dlatego, że towarzystwa ubezpieczające statki wywindowały ceny polis. Przez Ormuz mogły przepływać tylko jednostki „przyjazne Iranowi”, czyli głównie te przewożące irańską ropę do Chin. Trump zapowiedział, że w takim razie żaden statek nie przepłynie przez Ormuz, licząc na to, że Iran – pozbawiony źródeł dochodu, z zapełnionymi „pod korek” magazynami ropy – ugnie się i zawrze z USA coś w rodzaju porozumienia pokojowego, obejmującego nie tylko Ormuz, ale też m.in. irańskie programy: nuklearny i balistyczny. Najlepiej jeszcze przed wizytą prezydenta USA w Chinach (14–15 maja).
Gdy zamykaliśmy ten numer POLITYKI, negocjacje, w których pośredniczy Pakistan, wciąż trwały.