Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Wierni i niewierni w jednej szkole

Damaszek zaprasza obcokrajowców na kursy prawdziwej Syrii

Wieczór w jednej z damasceńskich kawiarni. Fot. iphilipp, Flickr (CC BY SA) Wieczór w jednej z damasceńskich kawiarni. Fot. iphilipp, Flickr (CC BY SA)
Stolica Syrii, Damaszek, od dawna jest celem podróży dla obcokrajowców, którzy chcą się uczyć arabskiego.

 

Tysiące studentów z zagranicy zapisują się do tutejszych instytutów językowych każdego roku, pisze Thanassis Cambanis w dzienniku „International Herald Tribune", zwabione dobrze zachowaną uroczą starówką, łatwym do zrozumienia dialektem arabskim i niezwykle tanim czesnym, subsydiowanym przez rząd.

Dwie krańcowo różne grupy studentów krzyżują się w świeckim Instytucie Nauki Arabskiego dla Obcojęzycznych, ukrytym w bocznej uliczce za rzędem ambasad w nowoczesnej dzielnicy Mezze.

Niektórzy studenci nie są w ogóle muzułmanami, inni są bardzo pobożni i zdeterminowani, żeby pogłębić swoją wiarę w ciągu roku lub dwóch pobytu w Syrii. Kobiety w nikabie, który zakrywa wszystko oprócz oczu, mieszają się w korytarzach z Europejkami w obcisłych T-shirtach i spódnicach. Instytut jest jednym z niewielu, który sponsoruje pobyt obcokrajowców w Syrii, więc nawet studenci, którzy woleliby bardziej religijnie nastawione środowisko, takie jak znana konserwatywna szkoła przy meczecie Abu Noor, zapisują się na zajęcia w otwarcie świeckim instytucie.

W ściśle kontrolowanym społeczeństwie, którego rząd limituje wizyty obcokrajowców, studia językowe stały się wartym uwagi wyjątkiem, oazą względnej otwartości. Podczas gdy rząd ma napięte stosunki z USA, jest również wrogi islamistom. Tutaj lista studentów zagranicznych zawiera zarówno Amerykanów, jak i islamistów.

"Jesteśmy pewnego rodzaju ambasadorami", mówi dyrektor instytutu Ahmad Haji Safar. „Studenci, którzy tu przyjeżdżają, zabierają do domu prawdziwy obraz Syrii, nie karykaturę, którą oglądają w mediach".

Szczupły i zadbany 40-latek w stylowo skrojonym białym garniturze i czarnej koszuli, równie dobrze czuje się we francuskiej kawiarni, jak i za imponującym biurkiem, z którym przyjmuje studentów. Dyrektor przywiózł z Francji zdecydowanie nowoczesne poglądy i entuzjastycznie zaangażował się w projekt ministra edukacji, który ma zrewidować i zmodernizować szkolnictwo wyższe w Syrii.

Pusta klasa z widokiem na dziedziniec. Najbardziej nowoczesnym elementem w zasięgu wzroku jest portret prezydenta Bashara al-Assada, który objął władzę w 2000 roku. Safar jednak nadzoruje prace renowacyjne, które wprowadzą instytut w nowoczesność: bezprzewodowy dostęp do Internetu w całym kampusie, laboratoria językowe wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt komputerowy i wideokonferencyjny, zestaw płyt CD z instrukcjami językowymi, by studenci mogli kontynuować naukę arabskiego po wyjeździe.

Jego studenci nadal muszą się zmagać z syryjską zawikłaną biurokracją, która żąda, by spełnili szereg wymagań zanim zapiszą się na kurs, takich jak badanie lekarskie i rejestracja w banku. "To jakby powrót do czasów komunizmu, chociaż komunizm w moim kraju działał sprawniej", mówi Jana Breska, 27 lat, studentka z Czech. Jej koleżanka z Polski, 23-letnia Asma Chehade dodaje: „Marnuje się mnóstwo czasu w kolejkach".

W przerwach studenci grupują się według narodowości albo religii. Zdeklarowani islamiści w czapkach i zawoalowane kobiety nie mieszają się ze świeckimi studentami. Amerykanie i Europejczycy palą przed wejściem. Koreańczycy, Japończycy i Chińczycy rozmawiają w holu. Zawoalowana Amerykanka z Kalifornii przemierza dziedziniec.

Dużą część atrakcyjności instytutu stanowi jego cena: gratis, według dyrektora, dla większości 300 przyjętych studentów, którzy otrzymują ulgi lub stypendia od rządu syryjskiego. Pełna opłata wynosi tylko 200 dolarów za trzymiesięczny kurs.

Safar wierzy, że mieszanka wierzących i niewierzących studentów jest siłą szkoły. „Religijni studenci, którzy tu przyjechali mają uczyć się Arabskiego, a nie religii", mówi. „Język nie jest tutaj narzędziem religii i imamów".




Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Za jakie grzechy? O co proboszcz procesuje się z parafianami

Ki diabeł?! – pomyślała pani sołtyska, gdy dostała wezwanie na komisariat. Wnet się jednak okazało, że żaden diabeł, tylko ksiądz postanowił ścigać parafian na drodze prawnej.

Zbigniew Borek
04.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną