Nie był to dobry tydzień dla koalicji zwalczającej jemeńskich rebeliantów. Huti najpierw uderzyli na lotnisko w Rijadzie – trzy pociski przebiły się przez system obrony, zabijając w jednym z terminali 13 osób. Atak zbiegł się z dużą konferencją o przyszłości ropy naftowej zorganizowaną przez Saudyjczyków, którzy chcieli pokazać, że nadal są stabilnym i bezpiecznym państwem. W ostatni piątek Huti uderzyli na pałac prezydencki w Adenie, czyli siedzibę oficjalnych władz Jemenu. Najważniejszych polityków nie było na miejscu, ale straty prestiżowe rządu wspieranego przez Arabię Saudyjską są znaczące. W niedzielę zaś pociski Huti spadły na Nadżran, duże saudyjskie miasto niedaleko Jemenu. Tego samego dnia Saudyjczycy przyznali się, że w ostatniej chwili zestrzelili wystrzelony przez Huti pocisk zmierzający w kierunku kluczowego terminalu naftowego Janbu nad Morzem Czerwonym.
Wojna wznowiona na początku września między szyicką organizacją Huti z gór północno-zachodniego Jemenu a oficjalnym rządem tego państwa wspieranym przez Saudyjczyków nie zakończy się rychłym sukcesem tych drugich. I niewielkie znaczenie ma tu ogromna przewaga militarna i finansowa obozu „anty-Huti”. Przypomnijmy, że obowiązujące od 2022 r. zawieszenie broni załamało się, gdy w lipcu Huti próbowali odblokować lotnisko w kontrolowanej przez siebie Sanie – przy próbie lądowania samolotu z Iranu zostało ono zbombardowane przez Saudyjczyków. W odpowiedzi 9 września ruszyła ofensywa, w trakcie której Huti zajęli całe zachodnie wybrzeże Jemenu z miastem Mokka, aż po brzeg cieśniny Bab al-Mandab, łączącej Morze Czerwone i Ocean Indyjski. Cieśnina ta stała się kluczowa dla eksportu saudyjskiej ropy po zablokowaniu przez Iran cieśniny Ormuz. A teraz jest zamknięta dla saudyjskich towarów.