Dzieci z Sierra Leone

Pamiętnik znad krawędzi
Sierota, dziecko, żołnierz. Historia 12-letniego małego mordercy Ishmaela Beaha z Sierra Leone to dowód na to, że istnieje piekło na ziemi.

 

Ishmael Beah napisał książkę. Wszystko w niej jest nie z tego świata, choć dzieje się obok nas. Tego się nie da wymyślić. To jest przedszkole afrykańskich dzieci. Dzieci z Sierra Leone (Lwich Gór).

Zanim poszedł strzelać, wybrał się do dyskoteki posłuchać rapu, potańczyć. Szedł na te tańce szesnaście mil. Nie był to spacer, to była pielgrzymka. Kiedy dotarł do dyskoteki, dogoniła go wieść, że rebelianci zaatakowali wioskę, w której mieszkał. Jak to się dzieje, że wiadomość jest szybsza od piechura? Zrezygnował z tańca i zawrócił do domu, żeby zobaczyć, czy komuś z rodziny nic się nie stało.

Szedł z oddziałem chłopców w jego wieku do wioski, gdzie była amunicja i jedzenie. Wioski bronił oddział innych chłopców. Rozstrzelali ich, usiedli na trupach i zjedli posiłek. Przyszedł posłaniec od Frontu Rewolucyjnego. Miał wypalone na ciele litery FR i obcięte wszystkie palce u rąk z wyjątkiem kciuków. Bo kciukiem pokazuje się, że wszystko jest OK. W Sierra Leone mówili o tym kciuku „jedyna miłość”.

Posłaniec powiedział: przyjdziemy dziś w nocy i oczekujemy serdecznego powitania. Wtedy zostawili gotowane jedzenie i uciekli. Choć to była dla niech wielka uczta, bo zazwyczaj Ishmael z kolegami jedli liście ziemniaków. Same ziemniaki były luksusem. W swojej książce Beah pisał: „byliśmy tak głodni, że picie wody sprawiało ból”.

Ten chłopiec nie był dobrym dzieckiem. Matka odeszła, sąsiedzi litowali się nad nim, a on bił w szkole dzieci sąsiadów. Bił bez przerwy. Wychowywał go muzułmański duchowny, imam. Ishmael to zresztą muzułmańskie imię. Islam dotarł do Sierra Leone zupełnie niedawno, wraz z handlarzami niewolników w XVIII w. Religia ta jest potężna w Afryce, ale potężniejsze są wojny polityczne i plemienne. Imamowie milczą. Czarownik jest ważniejszy. Do wioski Ishmaela przyszli rebelianci – pisze malec – i zapytali imama, gdzie są ludzie, skoro nie ma ich w meczecie. Imam nic im nie powiedział. Przywiązali go do drzewa i podpalili. Pisze, że było to miejsce przeklęte. Nawet jaszczurki omijały wioskę. Psy jadły usmażonego w ogniu imama. A chłopiec uciekał po piasku i zamiatał za sobą ślady stóp, żeby rebelianci nie wiedzieli, dokąd poszedł. Zabrał ze sobą wszystko, co miał – dwie kwaśne pomarańcze i podróbkę adidasów. Maszerował pięć dni. Umierając z głodu, doszedł do wioski, w której do jedzenia były tylko kokosy. Nie miał siły wejść na palmę, ale głód mu pomógł. Zaspokoił łaknienie.

Miał 12 lat, kiedy żołnierze wcielili go do wojska, żeby zabijał rebeliantów, bo oni zmuszali synów do współżycia z matkami, przecinali niemowlęta na pół i rozpruwali brzuchy ciężarnych kobiet. Z ich karabinów kapała krew. Rebelianci potrafili ze śmiechem siadać do gry w karty po spaleniu trzech wiosek i trzymając w dłoniach obcięte głowy mężczyzn.

Dowódca dawał Ishmaelowi jakieś białe pastylki, od których się uzależnił. Kokainę mieszał z prochem strzelniczym. Męczyły go migreny. Dopóki mieli benzynę do generatora – oglądali „Rambo” na ekranie przenośnego telewizora, a porucznik czytał „Juliusza Cezara” Szekspira. Kiedy benzyna się kończyła, łykali kilka tabletek i napadali na rebeliantów, żeby ich ograbić. Jak nie było rebeliantów, napadali na wioski i zabierali, co się dało. Zabijanie przychodziło mu tak łatwo jak picie wody. Przestał bać się śmierci, trupami pogardzał. Podcinali jeńcom gardła na komendę. Czyj jeniec umarł pierwszy – kat wygrywał. Kapral mierzył stoperem czas egzekucji. Za dobrze poderżnięte gardło dostawało się stopień podporucznika. Po paru miesiącach takiego życia przyjechała do ich obozu ciężarówka, z której wysiadło kilku cudzoziemców w czystych dżinsach i t-shirtach z napisem UNICEF. Nie mieli niczego wspólnego z wojną, bo byli czyści i świeży. Porucznik zebrał oddział i najmłodszych wsadził na ciężarówkę. „Wasza misja dobiegła końca – powiedział – teraz jedziecie do szkoły”.

W ośrodku resocjalizacyjnym w stolicy, Freetown, zetknęli się z grupą rebeliantów, którzy też zostali przywiezieni do szkoły. Zaczęła się bitwa. Sześć trupów. Jednemu z rebeliantów żołnierze z armii wyłupili oko bagnetem. Wywieźli go za granicę, gdzie, jak opowiadali później chłopcy – chirurdzy wstawili mu podobno oko... kota.

Podczas resocjalizacji brakowało Beahowi broni i narkotyków. Irytowali go kucharze, wychowawcy, pielęgniarki, żandarmi i lekarze. Potrzebował kokainy i przemocy. Bili się cały czas między posiłkami i niszczyli wszystko dookoła.

Odwyk trwał długo i był bardzo przykry. Kiedy szedł się myć, widział krew lejącą się z rury. Przypominały mu się sceny z dżungli, kiedy, żeby nie tracić nabojów, zakopywali jeńców żywcem i patrzyli ze śmiechem, jak rusza się nad nimi ziemia.

Resocjalizacja szła opornie, rodzina zastępcza dała mu wszystko, ale chłopiec żył myślami, którymi nie chciał się dzielić. Wytypowano go na wyjazd do Nowego Jorku, do ONZ, żeby opowiadał o dzieciach-żołnierzach. Rozmowę kwalifikacyjną przeprowadził z nim prezydent kraju – Tejan Kabbah. Jedyne, co przynosiło mu ulgę, to muzyka rap. W Nowym Jorku po raz pierwszy zobaczył śnieg. Nawet nie znał tego słowa. Dostał w hotelu pokój tylko dla siebie. Rano podali mu śniadanie. Było wiele dzieci z różnych krajów, w tym z Norwegii, w której od dawna o wojnie tylko słyszano. Zapisał się do białej kobiety na warsztaty z opowiadania, żeby lepiej móc opisać swoje doświadczenia. „Wstąpiłem do armii, bo byłem głodny i straciłem rodziców” – powiedział z trybuny ONZ. „Ale nie jestem już żołnierzem, dlatego nie bójcie się mnie”. Ishmael Beah skończył właśnie 16 lat. Po powrocie do Sierra Leone chciał opowiedzieć o wszystkim, co widział w Ameryce. Najtrudniej było opisać śnieg.

Wojna zaczęła się na nowo w 1997 r., wkrótce po jego powrocie. Gdyby nie uciekł do Gwinei, wojna wciągnęłaby go raz jeszcze. Znowu udało mu się dotrzeć do Nowego Jorku, gdzie przygarnęła go kobieta prowadząca wcześniej warsztaty z opowiadania. Do dziś nie opisał śniegu. W książce „Było minęło” (wydawnictwo Znak) opisał wojnę. To przerażająca opowieść.

Kto spędza wakacje po sąsiedzku, na Wyspach Zielonego Przylądka, nawet się nie domyśla, że obok tego raju dla turystów gotuje się smoła w prawdziwym piekle Sierra Leone.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj