Konserwatyści z ludzką twarzą

Prawica dryfuje na lewo
Od Waszyngtonu po Berlin, w całym zachodnim świecie, prawica dryfuje na lewo. Być może jednak to nie lewica na tym skorzysta.

 

Długo na tę zmianę czekano, pisze Gabor Steingart, korespondent Der Spiegel z Waszyngtonu. Prawicowi politycy odpinają zbroje, porzucają wojenną retorykę i pracują nad przyjaznym wizerunkiem publicznym. Prezydent G.W. Bush, który odejdzie jako prezydent od „osi zła", „ataku prewencyjnego" i Guantanamo, w czasie kampanii w 2000 roku przedstawiał się jednak jako „współczujący konserwatysta". Senator John McCain podjął zarzuconą przez niego retorykę i maluje się teraz jako „republikanin z ludzką twarzą". Nawet jeśli nadal obiecuje stabilizację Iraku, przysięga też zamknąć Guantanamo i zakazać stosowania tortur przez CIA.

McCain nie jest sam. Młody David Cameron, lider brytyjskich torysów, ma tyle samo wspólnego z byłą premier Margaret Thatcher, co obecna armia niemiecka z Wehrmachtem. Gdyby żelazna dama ciągle działała w polityce, na pewno wyparłaby się politycznego powinowactwa z Cameronem. Motywem przewodnim jej batalii było przecież uelastycznienie, deregulacja i prywatyzacja. Powiedziała kiedyś: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo". Tymczasem Cameron wierzy dzisiaj, że brytyjskie społeczeństwo zubożało, a świat się wzbogacił. Trzeba pomóc biedakom dorobić się czegoś - to nowoczesny program polityczny, mówi. „Jeśli nam się to nie uda, to powiadam wam, wszyscy będziemy biedniejsi. Ubóstwo jest dziś nie do zaakceptowania w naszym kraju".

Podobnie jak w Wielkiej Brytanii, ikony konserwatyzmu takie jak Franz-Josef Strauss w Niemczech, były republikański kandydat na prezydenta Barry Goldwater i były republikański senator Joseph McCarthy w Stanach Zjednoczonych zostały usunięte z kolektywnej pamięci swoich partii. W Szwecji konserwatyści zaczęli się mianować „Nowymi Umiarkowanymi". Kiedy kanclerz Angela Merkel przewodziła opozycji w parlamencie, uważała bolesne cięcia socjalne i reformy probiznesowe, przeforsowane przez socjaldemokratów pod przywództwem Gerharda Schrödera, za niewystarczające. Teraz jej rząd okazuje się chętny do ich rozmiękczania. Jej mantrą były cięcia wydatków - dzisiaj znajduje więcej pieniędzy na emerytury, dodatki mieszkaniowe i zasiłki dla bezrobotnych. Kiedyś demonstrowała twardość - dziś woli pokazywać swoją miękką stronę.

Żelazna pięść państwa

Nie trzeba długo szukać, by znaleźć wyjaśnienie tej globalnej przemiany. Trzy miasta mogą posłużyć za symbol: Bagdad, Pekin i Nowy Jork.

Stratedzy wojskowi przeżyli w Bagdadzie swoje własne Waterloo: pięć lat po inwazji na Irak, najbardziej technologicznie zaawansowana i najdroższa armia świata nadal ma kłopoty ze spacyfikowaniem kraju. Przesłanie jest jasne: wojsko jest ważne, ale nie może zstąpić dyplomacji. Amerykańscy wyborcy chcą dziś przywódcy, który poradzi sobie z oboma zadaniami.

Drapieżny wczesny kapitalizm, którego symbolem jest Pekin, zmusza połowę świata do dostosowania się do jego zasad. Stojąc w obliczu kraju, gdzie głodowe pensje, dzikie zatruwanie środowiska, piractwo intelektualne i nierówności społeczne są normą, zachód zmuszony jest do ścigania się z własną przeszłością. Klasa średnia już zaczyna czuć to na własnej skórze - i szuka ochrony.

Kryzys subprime i boom funduszy hedgingowych jeszcze raz udowodniły, że Nowy Jork to siedlisko spekulacji. Tym razem jednak miliony osób przekonały się na własną rękę, że inwestycje na Wall Street nie są wcale takie pewne: mogą lśnić jak diament, mogą też zacząć wydzielać odór zdechłego kota. Nic dziwnego, że wyborcy liczą na polityków, którzy wiedzą jak połączyć niewidzialną rękę rynku z żelazną pięścią państwa.

Lewicowcy ze zmartwienia

Czy lewica bardziej skorzysta na zmianie politycznych wiatrów niż prawica? Niekoniecznie. W rzeczywistości to konserwatyści mogą być lepiej przygotowani do sprostania zmianom.

Wyborcy nie stali się lewicowcami z przekonania - raczej ze zmartwienia. Boją się konkurencji, która ich przeciąży. Boją się, że nie uda im się wygrać. Boją się zniszczonego środowiska, które może obrócić się przeciwko nim. Nie oczekują kontrrewolucji i oporu przeciwko nieuniknionemu, ale raczej zrównoważonej głowy, która będzie kontrolowała skutki globalnych perturbacji. Odrzucają, może nawet bardziej zdecydowanie niż kiedykolwiek przedtem, wszystko co pachnie radykalizmem. Zmiana, której oczekują, to nie zmiana w ich własnym życiu, ale zmiana sił, które powodują zawieruchę. Od polityków oczekują asekuracji, a nie radykalizmu.

Czy to oznacza, że przesunięcie w kierunku umiarkowanego i do pewnego stopnia oportunistycznego konserwatyzmu jest nieodwracalne? Z pewnością nie. Wśród członków partii prawicowych w Berlinie, Londynie i Waszyngtonie nie wszyscy są zadowoleni z kursu na lewo. Jeśli te dośrodkowe tendencje nie zostaną nagrodzone w wyborach, to to, co dziś wydaje się sprytną taktyką, jutro zyska miano zdrady.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj