Chiny przed igrzyskami

Obrazki z wystawy
Pekin, w przededniu olimpiady, zdaje się pokazywać, że dynamika chińskiego rozwoju bije Zachód na głowę. Czy zwykli ludzie płacą za to wysoką cenę? Biedni cierpią, bogaci się bogacą, jak wszędzie.

Turystę z Warszawy zwala z nóg konstatacja, że Pekin ma sześć obwodnic, więcej niż kół olimpijskich. Oznacza się tu je na drogowskazach, także po angielsku, jako 2nd, 3rd... Ring Road; każda z nich jest ośmiopasmową autostradą miejską, przeważnie na estakadach z bezkolizyjnymi skrzyżowaniami. I od razu rozczarowanie: niewiele to usprawnia ruch drogowy, bo pączkująca pekińska klasa średnia kupuje około 2 tys. nowych samochodów każdego dnia. W molochu zamieszkiwanym przez 15 mln ludzi samochody – wszystkie nowe, trzy miliony aut nie zdążyły się jeszcze zestarzeć – nie mają się gdzie zmieścić. Pekińskie korki nie ustępują londyńskim czy nowojorskim.

Turysta wyląduje na terminalu trzeciego pekińskiego lotniska, które projektant sir Norman Foster nie bez racji uważa za najwspanialsze na świecie. Światło dnia rozjaśnia każde miejsce gigantycznej ażurowej konstrukcji – z góry przypominającej grzbiet chińskiego smoka. Automatyczna kolejka zawiezie podróżnego z rękawa do budynku głównego, stamtąd łagodnie pochylonym deptakiem wejdzie on wprost na peron nowej linii metra. Jednorazowy bilet kosztuje dwa juany (około 30 gr). Można pojechać wprost na stadion olimpijski, tam też zbudowano nową stację, która lada dzień będzie otwarta. Plan miasta pokazuje aż 13 linii metra, ale trochę na wyrost, bo kilka jest w budowie. Bilety mają postać plastikowych kart, otwierających bramki wejściowe po przytknięciu do czytnika. Tworzy to sytuacje zabawne. W przestronnym, nowoczesnym metrze, gdzie w tunelu za stacją Yonganli migają reklamy wykorzystujące efekt stroboskopowy, widzi się wieśniaków, których niepokoi przejażdżka schodami ruchomymi, a obsługa musi im pomagać przy przejściu przez automatyczne drzwi.

Ale ci sami wieśniacy, nie bez widocznej dumy, podjeżdżają blisko Ptasiego Gniazda – stadionu olimpijskiego – i fotografują się na jego tle. Olimpiada, przynajmniej dziś, nie jest dla cudzoziemców. Może to przypadek i nadinterpretacja, ale szwajcarska firma Herzog&de Meuron trafiła świetnie z nawiązaniem swego projektu stadionu do świata przyrody i luksusu konsumpcji (dobra zupa z ptasiego gniazda nie jest dla biedaków). Starzy, młodzi, dzieci szczerzą zęby i wypinają pierś. Chińczycy biedni? Chyba każdy ma komórkę i aparat fotograficzny. A stadion narodowy to coś niezwykłego – po raz pierwszy trafia na nowe banknoty dziesięciojuanowe zamiast przewodniczącego Mao! Nowych banknotów będzie zaledwie 6 mln sztuk, więc Mao nie ucierpi, tym bardziej iż i tak pozostaje wszechobecny.

Pytanie Needhama

Ale to nowość, taka sama jak ta, że jeszcze tydzień, może dwa i setki, jeśli nie tysiące hektarów z szarobrudnej ziemi przekształci się w gotowy zielony park. Chińczycy masowo sadzą drzewa, i to od razu wielkie. W parkach są nowe rzeki i jeziorka. Tak krytykowani za zaniedbania w ochronie środowiska naturalnego, zmieniają całe kilometry krajobrazu. W mieście krążą plotki o sztucznie wywoływanych deszczach przez eksperymentowanie z jodkiem srebra. Olimpiada wzbudziła niekłamany entuzjazm. Dla obsługi widzów i zawodników trzeba było – poza etatowymi pracownikami – stu tysięcy wolontariuszy. Listę zamknięto w kilka dni, bo chętnych zgłosiło się więcej niż trzeba.

Ale wystarczy wyjechać sto kilometrów poza miasto, by zobaczyć średniowiecze. Pekin to nie Chiny – ostrzega zachodni dyplomata. Na pewno. Na razie jednak Pekin jest nie tylko największym placem budowy na świecie, ale też witryną polityczną Chin. Do jej budowy komunistyczne władze użyły najbardziej kapitalistycznych narzędzi: najlepsi, a w każdym razie najmodniejsi awangardowi architekci z całego świata biją się o zamówienia. Nie tylko wspomniana firma Herzog&de Meuron, która zaprojektowała Ptasie Gniazdo. Wzdłuż Dżanguomen i w okolicach Xiżimen oglądamy dzieła zadziwiające. Ich reprezentacją może być kończony właśnie budynek CCTV (Chinese Central Television) autorstwa Holendra Rema Koolhaasa. Dwie wieże, dwie litery Z, pochylone w dół i w bok, jakby przeczyły prawom grawitacji, zyskały już wiele nieprzychylnych przydomków: człowieka na klęczkach, krótkich gaci, a nawet nieprzyzwoitego określenia męskiego organu. Niemniej można się założyć, że odegrają podobną rolę co wcześniej Centrum Pompidou w Paryżu. Projektanta Renzo Piano obrzucano epitetami, jednak to on trafił do podręczników architektury, a przed Centrum Pompidou tłum gęstnieje każdego dnia.

Ten tłum zachwyconych gapiów kiedyś przeniesie się do Pekinu: Chińczycy, komuniści czy nie, ignorują słynne pytanie Needhama. Szkocki profesor z Cambridge Joseph Needham studiował sinologię i historię wynalazków, mieszkał w Chinach i pytał, jak to możliwe, by kraj, który wynalazł druk, kompas i proch, tak się zapóźnił w rozwoju cywilizacji. Zapóźnił się na pewno, nie sięgając już XIX w., sama rewolucja kulturalna skazała całe pokolenie na cierpienia, ciemnotę i regres. Ale dziś mrowisko chińskie wrze i goni. Prawda, że tę pekińską wystawę potęgi projektują głównie cudzoziemcy. Ale budują Chińczycy. Czy to nie nauki czterech zasad Deng Xiaopinga? Zabrać cudzoziemcom technologię, wykorzystać ich kapitał, kupić najlepszych ludzi, a potem dominować nad nimi.

W architekturze i infrastrukturze Pekinu (z jednym wyjątkiem, o tym za chwilę) sprawdza się to na pewno. Pytanie Needhama przestanie być aktualne. Kto widział kończone właśnie skrzyżowanie autostrad miejskich przy Xiżimen, podzieli też bezradne zaniepokojenie polskiego ambasadora w Chinach Krzysztofa Szumskiego, który pyta, dlaczego my rezygnujemy z chińskiej oferty budowy autostrad? Chińczycy budują taniej i szybciej, o czym laik może się przekonać na miejscu.

Wieśniacy i milionerzy

Czy Pekin buduje tylko potiomkinowską wieś? Nie wygląda na to. Ludzie w mieście też się zmienili. Chyba nikt nie pamięta już czasów bezpłciowych, drelichowych mundurków Mao, kiedy kobiety bandażowały biust, by go nie eksponować. Młode dziewczyny się stroją, buty na wysokich obcasach są obowiązkowe w najbardziej niewygodnych okazjach, we wszechobecnych reklamach napięcie erotyczne nie podlega cenzurze, zresztą mówi się o luzie młodzieży w sferze obyczajów. Tanie domy towarowe przypominają brzęczące wnętrze gigantycznych uli. Z tysięcy kramów kipią miliony drobnych świecidełek, przy wejściu do jednego z nich, za Zakazanym Miastem, są trzy stoiska ze sztucznymi paznokciami, oblegane przez dziewczyny usiłujące przy okazji rozjaśnić jednolitą czerń chińskich fryzur. W kioskach na stacjach metra na pierwszym miejscu leży „Fashion Weekly” na błyszczącym papierze.

Ale nie sama chińska masowa tandeta i podróbka jest wyłożona na ladę. Według Raportu Światowego Bogactwa (WWR) za 2008 r., Chiny zamieszkuje 415 tys. dolarowych milionerów, przy czym nie umieszcza się na tej liście takich, którzy mają rezydencje tej wartości, lecz dysponują takimi sumami na zakupy. Od 2002 r. biznesmeni mogą być członkami partii komunistycznej, Lenin i Mao przewracają się w mauzoleach. Nic dziwnego, że w eleganckim śródmieściu Pekinu można spotkać sklepy tak drogie, jakich mało na świecie, i takie, w których nadspodziewane i szybkie wydatki nikogo nie dziwią.

W każdym przewodniku przeczytamy, że nowoczesny Pekin powstał kosztem wyburzenia tradycyjnej zabudowy chińskiej – malowniczych parterowych hutongów z czerwonymi drzwiami, zanurzonych w zieleni i kwiatach, odwiedzanych przez leniwe koty. Odpowiada na to Zhen Ying, pisująca do przewodników: hutongi są dobre na spacer dla turystów, ale żaden by tam sam nie zamieszkał. Zresztą stary Pekin koegzystuje z nowym, czasem wystarczy skręcić z arterii w boczne uliczki, by zderzyć się z prawdziwą Azją, która żyje pod gołym niebem w podejrzanych warsztacikach, barach, wśród śmieci rozkładających się w wilgotnym tropiku. To jeszcze nie Singapur. Wieśniacy, jadący pierwszy raz w życiu schodami ruchomymi w najnowocześniejszym metrze świata, są symbolem miasta, które lepiej lub gorzej godzi życie chińskiego milionera, który właśnie ofiarował dwa miliony juanów na ofiary powodzi w Syczuanie, i starców zbierających ze śmietników plastikowe butelki na sprzedaż.

Co myślicie o Chinach?

Ton tej relacji może razić jako niepolityczny. Turysta żadnej polityki nie widzi. Wie tylko, iż imponujący rozwój Pekin zawdzięcza ciężkiej i źle płatnej pracy armii koczujących byle gdzie wędrownych robotników, śpiących na budowach, nie mających wiele, oszukiwanych na wynagrodzeniach, nie mających się jak skarżyć. Od lat 90. nie egzekwuje się w Chinach obowiązku meldunkowego. 180 mln osób to wolni najmici ze wsi, więc gra popytu i podaży, najoględniej mówiąc, nie buduje kodeksu pracy. Ludzie uciekają ze wsi, bo 9-proc. wzrost gospodarczy kraju rozkłada się tak: na wsi – 2 proc., a w przemyśle, zwłaszcza w budownictwie – 26 proc.

Niby więc wszystko zapięte jest na ostatni guzik, wielkie zegary na murach odliczają dni. Dla turystów jednak trzy uwagi praktyczne: lepiej mieć dobre mapy i liczyć na własną orientację. Taksówki są wprawdzie tanie, ale co z tego, jeśli trudno przekazać kierowcy swoje życzenia. Na posterunku policji na terminalu trzecim wiszą na ścianie kartki z kilkoma podstawowymi słowami: „proszę”, „lekarz”, „policja”. Nawet w restauracji w tak turystycznym miejscu jak Zakazane Miasto trudno zamówić picie inaczej niż teatralnym gestem. Krąży plotka, że mają ruszyć odwody: studenci z Hongkongu. Na razie ich nie ma. Druga rada: kto planuje zwiedzanie miasta, niech będzie przygotowany na tor przeszkód w szaletach miejskich. Nawet chińskie rekordowe tempo rozwoju nie wystarczy do ich poprawy w ciągu miesiąca. Wreszcie można podziwiać potok nowych samochodów w stolicy, ale na przejściach dla pieszych – ratuj się, kto może! Jednopoziomowe skrzyżowania rozlewają się często w sześć pasm ruchu w jedną stronę, z czego dwa skręcają w prawo na przechodniów przechodzących na zielonym świetle. Pieszy żadnego pierwszeństwa na pasach nie ma.

Olimpiada jako wehikuł wolności i swobody? Trudno chyba na to liczyć. Gołym okiem wszędzie widać umundurowaną policję. – Policja i wojsko będą stanowić gros publiczności otwierającej igrzyska – twierdzi anonimowy dyplomata. Mówi się, że władze chcą na czas igrzysk oczyścić Pekin i wypchnąć z niego na lato trzy miliony ludzi. Nie wszystkich dobrowolnie. Nakazy eksmisji dostali handlarze na ulicznych, pokątnych stoiskach, nawet właściciele podniebnych restauracyjek mają wracać w rodzinne strony. A jak ktoś zajmie ich miejsce? A jak stracą? Nie bardzo jest się komu poskarżyć.

Prawa człowieka? Niedawno sędzia Gao Jinghong powiedział anglojęzycznemu dziennikowi „China Daily”, że Najwyższy Sąd Ludowy uchylił 15 proc. wyroków śmierci, wydanych przez wyższe sądy w pierwszej połowie tego roku. Uchylono je dlatego, że były „niewłaściwe albo nieoparte na dostatecznych dowodach”. Co więcej, Najwyższy Sąd – po 26 latach – przywrócił sobie prawo rewizji wyroków śmierci, by zapobiec „nieprawidłowościom w wymiarze sprawiedliwości”, co dziennik uważa za najważniejszą reformę w chińskim prawie karnym.

„China Daily” jest raczej witryną dla obcokrajowców, niemniej wiadomości nie można zlekceważyć. Na pewno w „China Daily” nie można przeczytać tego, co sygnalizował prof. Perry Link („Blogi zamiast blagi”, POLITYKA 27). Działają – głównie w Internecie – grupy odważnych dziennikarzy, którzy pomagają ofiarom represji, korzystają z prawa do skargi, interweniują, zbierają opinie innych. Ci dzielni ludzie balansują na krawędzi wolności. Jednym z problemów na prowincji jest rugowanie chłopów z ziemi, gdzie poszkodowani stają bezbronni wobec lokalnych, skorumpowanych kacyków. Słyszy się opowieści o biciu, zastraszaniu rodzin.

Rzecz jasna olimpiada nie będzie czasem sprzyjającym takim dociekaniom. Niemniej Chińczycy, dumni z imprezy, bardzo się interesują opinią obcokrajowców. Nieliczni, radzący sobie po angielsku, wręcz obsesyjnie zadają pytanie: „Co myślicie o Chinach?”.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj