Raport o think tankach

Myślą i rządzą
Dzięki nim politycy wiedzą, co mówią. Think tanki patrzą rządom na ręce, przewidują, debatują, szukają recept, podsuwają rozwiązania. To brakujące ogniwo polskiej polityki.

Gdy 13 listopada 2006 r. Polska zgłaszała weto do rozmów gospodarczych Unia-Rosja, była najsamotniejszym krajem Europy. Warszawy nie poparło nawet zaprzyjaźnione Wilno, w Berlinie zaległa złowroga cisza, w Brukseli unijni urzędnicy przepowiadali nam największy błąd w polityce zagranicznej od odzyskania wolności. Ale przewiną Polski nie było storpedowanie umowy z Rosją, która na ówczesnych warunkach i tak nie zostałaby zawarta. Polska podpadła, bo zburzyła iluzję jednomyślności w Unii i mimowolnie pokazała, że Europa nie ma wspólnej polityki wobec Rosji.

 

Dlatego tak ważny był dokument, który rok później zaczął krążyć po europejskich stolicach. „Przegląd sił Unia-Rosja”, 70-stronicowy raport Marka Leonarda i Nicu Popescu, po raz pierwszy pokazał, jak różne, często sprzeczne, są interesy państw Europy w stosunkach ze wschodnim sąsiadem i jak umiejętnie Kreml wykorzystuje te różnice, stosując wobec Unii zasadę „dziel i rządź”. Z tego dokumentu zachodni politycy dowiedzieli się, że w Europie są kraje traktowane przez Rosję po partnersku, i takie, które duszą się w jej uścisku, a embargo na polskie mięso to jedna z 11 potyczek, jakie Rosja toczyła z różnymi państwami Unii.

Oddźwięk był natychmiastowy. – W przemówieniach Javiera Solany i wielu ministrów spraw zagranicznych można było usłyszeć cytaty z naszego raportu, zwłaszcza postulat, by rozmawiać z Rosją językiem rządów prawa – mówi Leonard. Podczas francuskiej prezydencji poproszono go, by przedstawił koncepcję wspólnego interesu Unii w stosunkach z Rosją na posiedzeniu ambasadorów państw członkowskich. – Nie chcę przeceniać naszego wpływu, ale pomogliśmy ukierunkować debatę na temat relacji Unia-Rosja – dodaje autor raportu.

Pucułowaty Anglik po trzydziestce jest dyrektorem Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych (ECFR). Pięć lat temu wydał książkę „Dlaczego Europa będzie rządzić w XXI wieku”. Rok po fali entuzjastycznych recenzji, Unia wpadła w najpoważniejszy kryzys – Francuzi i Holendrzy obalili traktat konstytucyjny. Ale Leonard się nie zraził. Uzbrojony w grant od finansisty George’a Sorosa założył ECFR, dziś najbardziej wpływowy think tank badający politykę zagraniczną Unii. „Przegląd sił Unia-Rosja” był jego pierwszym raportem.

Trzy piętra polityki

Współczesna polityka rozgrywa się na trzech poziomach. Na samym dole toczy się gra interesów. W Polsce błędnie utożsamiana z całą polityką i sprowadzana do partyjno-personalnego „kto, kogo, komu”, w dojrzałych demokracjach jest bardziej subtelną rozgrywką, po prawdzie istotą reprezentacji demokratycznej pomiędzy wyborami. To taktyczna gra o poparcie dla konkretnych zamierzeń, której stawką są głosy w następnych wyborach.

Jeśli na samym dole polityki leżą interesy, to na samej górze mieszkają idee. W sporze ideowym ścierają się systemy wartości, ale też konkretne wizje przyszłości – organizacji życia publicznego, społeczeństwa i gospodarki. W oderwaniu od reszty polityki nie mają one specjalnego znaczenia, ale bez nich traci ona celowość, wymiar etyczny i orientację strategiczną. Dlatego wartości są głównym tematem kampanii wyborczych, a wizje stanowią treść partyjnych programów.

Ale najważniejsza, a zarazem najmniej uchwytna część polityki znajduje się pomiędzy taktyką a strategią. Poniżej sporu ideowego, ale ponad grą interesów odbywa się to, co Anglosasi nazywają policymaking – wymyślanie rozwiązań, czyli przekładanie postulatów na działania, godzenie wartości i wizji z interesami i realiami. To najbardziej rzeczowy poziom polityki, a zarazem twórczy wymiar rządzenia, coś zupełnie innego niż bierne administrowanie państwem, do którego przywykliśmy w Polsce.

Materią tego procesu są policies, po polsku polityki w liczbie mnogiej, w odróżnieniu od tej jednej i całościowej. Mogą to być recepty na konkretne problemy (np. niską dzietność), plany działania w obliczu doraźnych wydarzeń (np. kryzysu), doktryny (np. w obronności), wreszcie reformy, czyli kompleksowe zmiany systemów lub instytucji (np. służby zdrowia). Narzędziem polityk są najczęściej ustawy, ale mogą nim być także wytyczne dla urzędników, a nawet wystąpienia publiczne, jeśli mają moc zmieniania rzeczywistości.

Żaden polityk nie potrafi poruszać się na wszystkich trzech poziomach naraz. Większość, skupiona na śledzeniu partyjnej piłeczki, zajmuje się grą interesów – to parlamentarzyści. Nieliczni umieją powiązać je z wizjami – ci wyrastają na przywódców. Rozwiązania to w europejskiej tradycji politycznej domena urzędników i ministerstw. W Ameryce, z jej małym i wymiennym aparatem rządowym, należą one do polityki tak samo jak interesy i wizje, ale ich wymyślaniem zajmuje się głównie sektor pozarządowy, choć blisko z rządem związany. Czyli think tanki.

Jak uniknęliśmy Wielkiej Depresji

Na całym świecie działa dziś 5465 takich instytucji. Jak sama nazwa wskazuje, zajmują się myśleniem (think) i gromadzeniem (tank) wiedzy na użytek polityki. Analizują działania rządów, oceniają wykonalność i koszty reform, wymyślają rozwiązania, na które nie wpadli decydenci, wytyczają ramy kluczowych debat. – Ich zadaniem jest pilnowanie, by polityka była oparta na wiedzy – mówi prof. James McGann z Uniwersytetu Pensylwanii. A ponieważ pensum wiedzy potrzebnej do rządzenia stale rośnie, wzrasta też wpływ think tanków na politykę.

Pół roku temu niewielki waszyngtoński instytut udaremnił globalną wojnę handlową. Krótko po inauguracji Baracka Obamy Biały Dom przesłał do Kongresu 700-stronicowy pakiet ustaw wspierających koniunkturę. Eksperci z Peterson Institute for International Economics nie tylko przeczytali cały dokument, ale wytropili w nim zapis „Buy American”, nakazujący odbiorcom zamówień publicznych stosować wyłącznie amerykańskie żelazo, stal i produkty przemysłowe. Protekcjonistyczny zapis miał zapewnić, by Ameryka nie dotowała cudzych gospodarek.

Szkopuł w tym, że w latach 30. XX w. podobne przepisy wywołały wojnę celną, która doprowadziła do załamania handlu światowego i zamieniła amerykańską recesję w globalną depresję gospodarczą. Peterson Institute wyliczył, że „Buy American” ochroni w najlepszym razie 9 tys. amerykańskich miejsc pracy, natomiast wskutek odwetowej polityki innych państw cała gospodarka USA może stracić ich wielokrotnie więcej. Pod presją Białego Domu Kongres dopisał do ustawy deklarację, że Stany Zjednoczone dotrzymają zobowiązań w ramach WTO.

Ale wpływ think tanków wykracza daleko poza pilnowanie rządów i podrzucanie władzy dobrych pomysłów. Zwłaszcza w USA, gdzie w ubiegłym roku naliczono aż 1777 takich instytucji, ich obecność jest widoczna na każdym kroku: od codziennych debat telewizyjnych, poprzez proces legislacyjny aż po obsadę najwyższych stanowisk w państwie. Wypowiadają się w sprawach polityki gospodarczej, społecznej i zagranicznej, a nawet prowadzenia wojen. Jedne tylko dzielą się wiedzą, inne piszą wielkie rozdziały polityki.

RAND Corporation ma na koncie doktrynę wzajemnego zniszczenia, na której opierał się zimnowojenny rozejm atomowy. Heritage Foundation położyła fundament pod politykę Ronalda Reagana wobec Związku Radzieckiego, a Brookings Institution rozplanowała reformę amerykańskiej opieki socjalnej za Billa Clintona. American Enterprise Institute wymyślił rok temu skokowe zwiększenie kontyngentu wojskowego w Iraku, które położyło kres wojnie domowej w tym kraju. Dziś wszystkie biorą udział w batalii o reformę ubezpieczeń zdrowotnych.

Kto rysował granice II RP

Think tanki to amerykański wynalazek z początku XX w. Na fali fordyzmu zrodził się pomysł, by zasady naukowego zarządzania przeszczepić z gospodarki do polityki, na początek tej zagranicznej. W 1910 r. magnat stalowy Andrew Carnegie, jeden z najbogatszych ludzi swoich czasów i gorący zwolennik przyjaźni między narodami, ustanawia Fundację Carnegiego na rzecz Międzynarodowego Pokoju. W liście do powierników stawia im jasne zadanie: „by przyspieszyli zniesienie wojen między narodami, najohydniejszej z plam na naszej cywilizacji”.

 

W 1917 r. przy Woodrowie Wilsonie powstaje nieformalna grupa naukowców, głównie prawników, którzy mają zebrać dla prezydenta USA wiedzę o sytuacji w Europie przed konferencją pokojową w Paryżu. Do historii przejdą jako The Inquiry, po polsku „dochodzenie”, zalążek Rady Stosunków Międzynarodowych (CFR), dziś czołowego think tanku w dziedzinie polityki globalnej. Jak chwali się CFR, „nad herbatą przy Quai d’Orsay (siedziba francuskiego MSZ – przyp. red.) ci badacze pomogli wytyczyć granice Europy Środkowej”.

Jeszcze w 1916 r. biznesmen i filantrop Robert S. Brookings zakłada w Waszyngtonie instytucję, stawiającą sobie za cel „oparte na faktach badanie zagadnień polityki krajowej”. Inaczej niż Fundacja Carnegiego i Rada Stosunków Międzynarodowych, Brookings Institution skupi się na gospodarce i administracji publicznej. Jej znaczenie wzrośnie niepomiernie w latach 30., gdy Amerykę ogarnie Wielki Kryzys. Po II wojnie światowej wielką czwórkę akademickich think tanków dopełni RAND Corporation, myśląca głównie na zlecenie Pentagonu.

Ich wpływy pozostają ogromne, ale to nie one przez ostatnie dwie dekady zapładniały amerykańską politykę. W latach 70. na fali protestów przeciw wojnie w Wietnamie liberałowie zdobywają amerykańskie uniwersytety. Konserwatyści, osłabieni przez przegrane batalie światopoglądowe i aferę Watergate, postanawiają się bronić. Jak? Wzorem Carnegiego inwestując w konserwatywną myśl polityczną. Przez 20 lat wpompują w nią ponad 2 mld dol., a na datkach i spadkach po prawicowych milionerach wyrosną dwie potężne instytucje: Heritage Foundation i American Enterprise Institute (AEI).

Pierwsza wyda plon jeszcze w latach 80., stając się zapleczem intelektualnym Ronalda Reagana. To w Heritage powstaje plan zwalczania wpływów ZSRR w krajach trzecich, nazywany dziś doktryną Reagana, a także koncepcja ograniczonego państwa. AEI rozbłyśnie w kolejnej dekadzie, stając się rozsadnikiem neokonserwatyzmu i kuźnią kadr przyszłej ekipy George’a W. Busha. Radykalne, przedkładające skuteczność ponad bezstronność, ideologiczne think tanki prawicy na 20 lat zawładną amerykańską debatą publiczną.

Rezydent Sikorski

W samym Waszyngtonie działa dziś 350 think tanków, w tym kilka o większym wpływie na politykę światową niż niejeden europejski rząd. Te największe gnieżdżą się w okolicy Dupont Circle, dzielnicy władzy nieopodal Białego Domu. Tak jak firmy lobbingowe upodobały sobie K Street, tak instytuty polityczne zajmują biurowce przy cichszej Massachusetts Avenue, niekiedy – jak Carnegie i Brookings – tuż obok siebie.

W środku urzędują fellows, po polsku eksperci. Są wśród nich zawodowi analitycy z uniwersyteckim rodowodem, ale także politycy, zarówno emerytowani, jak i czekający na powrót do władzy. Bo amerykańskie fabryki myśli pełnią jeszcze jedną kluczową funkcję: przechowalni polityków. Z każdym prezydentem rząd federalny opuszcza ok. 6 tys. urzędników, a tym z najwyższego szczebla trzeba coś zaproponować, by nie uciekli na intratne posady w sektorze prywatnym. – Między think tankami a polityką działają drzwi obrotowe – mówi McGann.

Zatrudniając byłych decydentów, instytuty podnoszą swoją renomę, a oni sami mogą pozostać w politycznym obiegu, a przy okazji zregenerować się intelektualnie po trudach rządzenia. W think tankach urzęduje do dziś wielu luminarzy ekipy Billa Clintona, trafili do nich także najbliżsi współpracownicy Busha: sekretarz stanu Condoleezza Rice jest ekspertem Hoover Institution, ambasador przy ONZ John Bolton zimuje w AEI, podobnie jak zastępca sekretarza obrony Paul Wolfowitz i autor przemówień Busha David Frum.

W AEI dojrzewał też inny polityczny talent – Radosław Sikorski był resident fellow w latach 2002–2005, zanim został ministrem obrony w rządzie PiS. W AEI kierował Nową Inicjatywą Atlantycką, mającą ożywić stosunki z Europą i promować rozszerzenie NATO na wschód. Do dziś dba o kontakty w konserwatywnych think tankach – w styczniu 2008 r. przemawiał w AEI jako szef polskiej dyplomacji, a w sierpniu tego roku odwiedził Hoover Institution, by odznaczyć jej dyrektora Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP za wkład w szkolenie polskich dyplomatów po upadku komunizmu.

Co dokładnie robią think tanki? Te akademickie, jak Brookings czy Carnegie, studiują różne obszary polityki, wskazują najpilniejsze wyzwania i przedstawiają sposoby, na jakie państwo może sobie z nimi poradzić. Zajmują się tak różnymi kwestiami, jak wzrost demograficzny, finansowanie systemów socjalnych i zmiany klimatyczne. Z badań powstają książki i raporty, przedkładane następnie urzędom i społeczności eksperckiej, która o nich dyskutuje. Niektóre, jak RAND, realizują zamówienia badawcze rządu, których wyniki pozostają często tajne.

Te ideologiczne, jak Heritage i AEI, próbują przede wszystkim zaznaczyć swoją obecność w bieżącej debacie. Ich eksperci piszą doraźne rekomendacje dla rządu, komentują wydarzenia w mediach i uczestniczą w spotkaniach z decydentami. Codziennie w całym Waszyngtonie odbywa się kilkadziesiąt paneli dyskusyjnych, konferencji i wystąpień, na których politycy przedstawiają swoje poglądy. Na te z najwyższej półki trzeba nierzadko mieć zaproszenie lub opłacone członkostwo w klubie.

Ale najcenniejsze są spotkania w cztery oczy na wysokim szczeblu – śniadania z czołowymi senatorami, a nawet nieoficjalne kolacje z prezydentem. Politycy wykorzystują te tęte-ŕ-tęte, by zasięgnąć opinii spoza własnego kręgu doradców, eksperci – by dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki i podsunąć decydentom własne rozwiązania. To samo dotyczy zagranicznych przywódców z wizytą w Waszyngtonie.

Czy mówią im, co mają robić? – Think tanki nie mają bezpośredniego wpływu na decyzje. Wprowadzają swoje pomysły do obiegu, z czasem niektóre z nich przenikają do procesu politycznego – uspokaja Charles Kupchan z CFR. Jeśli wywierają wpływ, to na opinię publiczną, kształtując jej poglądy poprzez media. W demokracji medialnej to większa i potencjalnie groźniejsza władza niż szeptanie na ucho decydentom. Zwłaszcza gdy pod płaszczykiem naukowej bezstronności wtłacza się opinii publicznej ideologiczne stanowiska.

Projekt na rzecz wojny

Pod koniec lat 90. wschodzącą gwiazdą wśród waszyngtońskich intelektualistów był William Kristol. Syn twórcy neokonserwatyzmu Irvinga Kristola i redaktor naczelny wpływowego „Weekly Standard” w 1997 r. założył z Robertem Kaganem Projekt na rzecz Nowego Amerykańskiego Stulecia, w skrócie PNAC. Za pompatyczną nazwą kryło się kilkuosobowe przedsięwzięcie z siedzibą w tym samym budynku co AEI. Niewielkie jak na rolę, jaka przypadła mu w kształtowaniu polityki zagranicznej USA.

 

Jeszcze w 1998 r. PNAC wystosował list otwarty do Billa Clintona, wzywając do obalenia Saddama Husajna. Dwa lata później, na finiszu kampanii prezydenckiej Gore-Bush, opublikował raport zatytułowany „Odbudowa obronności Ameryki”. Jego autorzy wzywali przyszłego prezydenta do przeobrażenia armii USA, zaznaczając, że będzie to proces długotrwały, „chyba że dojdzie do katastrofalnego wydarzenia w rodzaju Pearl Harbor”. Zalecali budowę tarczy antyrakietowej, militaryzację kosmosu i modernizację sił lądowych.

Raport PNAC wykarmił całe pokolenie zwolenników teorii spiskowych. Zamachy z 11 września 2001 r. istotnie okazały się dla Ameryki nowym Pearl Harbor, George Bush obalił Saddama i zrealizował wiele postulatów raportu. Ale stało się tak nie za sprawą spisku, tylko dlatego, że większość sygnatariuszy listu PNAC do Clintona trafiła do rządu Busha – Donald Rumsfeld został sekretarzem obrony, Paul Wolfowitz i Richard Armitage jego zastępcami, John Bolton ambasadorem przy ONZ, a Zalmay Khalilzad ambasadorem w Iraku.

Jeszcze ważniejsze od nominacji były artykuły i wystąpienia telewizyjne Kristola, przekonujące o konieczności obalenia Saddama. Z kolei Kagan na kilka tygodni przed wkroczeniem do Iraku wydał książkę-pamflet o tym, że Ameryka powinna wziąć strategiczny rozwód z Europą. To w „Potędze i raju” pojawiło się słynne porównanie USA do szeryfa zaprowadzającego porządek, a Unii do właściciela saloonu, który przy pierwszym strzale rzuca się za ladę.

kto myśli w europie

W całej Unii Europejskiej są 1473 think tanki, czyli mniej niż w Ameryce. Mimo to Europa pozostaje potęgą na tle innych regionów świata: Azja ma tylko 653 fabryki myśli, w Ameryka Łacińska – 538, Afryka – 424, a Bliski Wchód – zaledwie 218. Największe skupiska think tanków na Starym Kontynencie to Wielka Brytania (283), Niemcy (186) i Francja (165). Własne instytuty polityczne mają nawet Luksemburg (3), Liechtenstein (2) i Watykan (1). Ale pod względem wpływu na politykę i obecności w debacie publicznej europejskie think tanki pozostają daleko w tyle za amerykańskimi.

Niemal wszystkie kraje Unii mają po kilka instytutów od polityki zagranicznej – jak brytyjski Chatham House, francuski IFRI czy niemiecki SWP. W Niemczech stosunkowo silne są think tanki partyjne, które mają nawet swoje oddziały w Warszawie, i gospodarcze, choć badania tych ostatnich pozostają bardzo akademickie. We Francji władza polega wciąż bardziej na rozbudowanej administracji i uniwersytetach niż na niezależnych instytutach politycznych. Tylko w Wielkiej Brytanii wyrosły w ostatniej dekadzie prężne think tanki na wzór amerykański.

W skali kontynentu prawdziwą eksplozję instytutów politycznych przyniosła Unia – to w Brukseli powstało od początku lat 90. najwięcej nowych think tanków. W polityce gospodarczej prym wiedzie Bruegel, którego radzie przewodniczy od niedawna Leszek Balcerowicz. Think tankiem o największym wachlarzu dziedzin badawczych jest Center for European Policy Studies. Wpływowe, choć bez porównania mniejsze, są Centre for European Reform w Londynie i Notre Europe w Paryżu.

Większość żyje z zamówień badawczych Komisji Europejskiej, bo na Starym Kontynencie nie ma filantropów gotowych łożyć na przyszłość zjednoczonej Europy. Jak na ironię trzeba było amerykańskich pieniędzy, by powstał pierwszy think tank badający politykę zagraniczną Unii, która narodzi się po wejściu w życie traktatu z Lizbony. Sponsorowany przez Sorosa ECFR jest pierwszym paneuropejskim think tankiem i bodaj jedynym, który nie rozróżnia już między starą a nową Europą.

Jak przyjdzie minister

Gdy w maju po raz pierwszy przyjechał do Polski szef brytyjskiej dyplomacji David Miliband, swoje najważniejsze przemówienie wygłosił z mównicy think tanku demosEuropa. Centrum strategii europejskiej Pawła Świebody skupia się na urządzaniu konferencji i debat z udziałem decydentów, ale kilka tygodni temu we współpracy z „Polityką” opublikowało swój pierwszy raport, nową agendę dla Unii Europejskiej. Na zlecenie MSZ koordynuje też grupę zagranicznych doradców, którzy pomagają w przygotowaniach do polskiej prezydencji w UE.

DemosEuropa to jednak wyjątek. Polska, podobnie jak inne kraje postkomunistyczne, cierpi na podwójną słabość: administracji i instytutów politycznych. Aparat państwowy nie zapewnia rządzącym wiedzy i analizy na poziomie, jakiego wymaga dzisiejsza polityka, a think tanki nie są w stanie zapełnić tej luki, bo cierpią na chroniczny brak pieniędzy i kadr. Skutkiem jest deficyt intelektualny polskiej polityki, który przejawia się jałową debatą publiczną, niską jakością proponowanych rozwiązań i ciągłymi kłopotami z obsadą wysokich stanowisk.

Z 40 think tankami Polska zajmuje dopiero czwarte miejsce w Europie Środkowo-Wschodniej – za Rosją, Rumunią i Ukrainą. W latach 90. duży wpływ na debatę i kształt ówczesnych reform miało neoliberalne Centrum im. Adama Smitha i gdański Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, ale ich znaczenie zmalało wraz z końcem transformacji. Dziś wpływ na politykę mają co najwyżej think tanki od spraw zagranicznych, jak Centrum Stosunków Międzynarodowych, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych i Ośrodek Studiów Wschodnich.

 

Dwa ostatnie to jedyne instytuty polityczne, mogące liczyć na stały dopływ rządowych zleceń, czego skutkiem jest to, że ich najciekawsze raporty pozostają niedostępne dla opinii publicznej. Niszę znalazło sobie też Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, które na zlecenie Komisji Europejskiej, Banku Światowego i ONZ bada gospodarki państw postkomunistycznych. Polską polityką społeczną zajmuje się Instytut Spraw Publicznych, ale słynie raczej z rzetelności niż z nowatorskiego myślenia.

Niska podaż think tanków wynika także z tego, że w administracji rządowej nie ma nawyku zamawiania badań ani słuchania ekspertów z zewnątrz. Sami urzędnicy rzadko przychodzą na prezentacje raportów, chyba że w fabryce myśli ma przemawiać ich minister lub premier – wówczas zjawiają się tłumnie i wychodzą zaraz po przemówieniu. Mimo zapowiedzi własnego think tanku nie założyła dotychczas żadna z polskich partii, co wyjaśnia ich słabość programową i nieporadność, z jaką każdy kolejny rząd przystępuje do pracy.

Myślą czy walczą?

Gdy na początku sierpnia Bill Clinton wysiadał z prywatnego Boeinga na płycie lotniska w Phenianie, tuż za nim po schodach zszedł chudy, łysawy mężczyzna o ostrych rysach twarzy. John Podesta, były szef gabinetu Clintona, jest dziś prezesem Centrum na rzecz Amerykańskiego Postępu (CAP), think tanku cieszącego się dziś największymi wpływami w Białym Domu. W Phenianie asystował przy wszystkich rozmowach byłego prezydenta USA z Kim Dzong Ilem, podobno reprezentował też amerykańskie dziennikarki na ostatniej rozprawie przed północnokoreańskim sądem.

Pół roku wcześniej ten sam człowiek kierował procesem przekazania władzy w Waszyngtonie i kompletował dla Baracka Obamy nowy rząd Stanów Zjednoczonych. Jeszcze podczas kampanii think tank dostarczał mu amunicji do walki z Johnem McCainem, a dziennikarzom podrzucał zagadnienia, o których mówił później Obama. Po wyborach specjaliści z CAP obsadzili szereg ważnych stanowisk w Białym Domu. Sam Podesta wolał pozostać w cieniu, dzięki temu w sierpniu mógł polecieć do Korei Płn., a później zdać prezydentowi relację z prywatnej misji Clintona.

Demokraci potrzebowali 20 lat, by zrozumieć, że nie wygrają wyborów, dopóki nie stworzą własnego Heritage. Z tą myślą w 2003 r. powstał CAP. Obama wygrał, prawicowe think tanki są dziś w odwrocie, ale ich styl działania pozostał. – W 24-godzinnym cyklu informacyjnym badania zamieniły się w publicystykę, pisanie komentarzy i występowanie w telewizji – skarży się Kupchan. Nie chodzi tylko o spłycanie myśli. – Kiedyś think tanki były bezstronne, dostarczały obiektywnej analizy, która wzbogacała debatę publiczną. Dziś są rzecznikami określonych opcji politycznych, dotyczy to także CAP – mówi Kupchan.

Im bliżej stoją władzy, tym bardziej przypominają przedsiębiorstwa polityczne, powołane do wymyślania nowych ideologii, przejmowania partii, gromadzenia przyszłych rządów, a następnie obrony ich polityki w mediach. To prywatyzacja polityki, tym bardziej niepokojąca, że daje nieproporcjonalny wpływ na władzę ludziom z wielkimi pieniędzmi. Dlatego w Waszyngtonie mówi się dziś o potrzebie uregulowania think tanków, tak jak wcześniej uczyniono to z firmami lobbingowymi.

Jeden instytut polityczny starej daty podąża zupełnie inną drogą. Fundacja Carnegiego na rzecz Międzynarodowego Pokoju nie tylko pozostała przy myśleniu, ale otworzyła oddziały w Brukseli, Moskwie, Pekinie i Bejrucie. Jak sama mówi, chce zostać pierwszym globalnym think tankiem, bo polityka już dawno wyszła poza granice państw i wpływy pojedynczych stolic, nawet tak ważnych jak Waszyngton. Poza tym zadanie, które Andrew Carnegie pozostawił swoim powiernikom, wciąż pozostaje nieukończone.

Poczet Ekspertów

Z tłumu ekspertów zaludniających think tanki polityczne wybraliśmy kilku, którzy często mają coś ciekawego do powiedzenia

Katinka Barysch
Wicedyrektor Centrum na rzecz Reformy Europejskiej w Londynie. Zajmuje się Europą Środkową, Rosją i Turcją z perspektywy Unii Europejskiej, pisze o rozszerzeniu UE, energetyce i skutkach kryzysu finansowego.

Zbigniew Brzeziński Radca i powiernik Ośrodka Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jimmy'ego Cartera, wybitny znawca geopolityki, jeden z najlepszych analityków polityki zagranicznej USA.

C. Fred Bergsten Dyrektor Peterson Institute for International Economics w Waszyngtonie. Jeden z najlepszych specjalistów od gospodarki światowej, a także od współczesnych Chin.

Ivan Krastev Prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii. Zajmuje się przemianami demokratycznymi w Europie Środkowej, ostatnio także Rosją.

Aleksander Smolar
Prezes zarządu Fundacji im. Stefana Batorego w Warszawie. Najlepszy analityk polskiej polityki z perspektywy długofalowych przemian.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj