Piotr Osęka
19 stycznia 2011

Bitwa o wileńską wieżę telewizyjną

Krzyk z wieży

Jednym ze strategicznych punktów w mieście była położona na jego obrzeżach wieża nadawcza. Stąd emitowano sygnał litewskiego radia i telewizji, stanowiących w tych dniach jedyny środek komunikowania się rządu ze społeczeństwem. Przewidując, że sowieckie jednostki będą chciały opanować nadajnik, władze zaapelowały do społeczeństwa o pomoc. Ludzie, trzymając się pod ręce, utworzyli gęsty szpaler wokół stacji. Dziennikarze pisali, że w tłumie zewsząd słychać było patriotyczne pieśni. „Nie chodzi nam o to, by obronić budynek przez żołnierzami – mówił reporterowi dyrektor stacji. – Wiemy, że to niemożliwe. Chodzi nam o to, żeby przez symboliczny opór pokazać światu, że nie poddajemy się dobrowolnie”.

Po południu, na wieść o zbliżającej się w stronę nadajnika kolumnie pancernej, w całym Wilnie uruchomiono syreny obrony przeciwlotniczej.

Atak rzeczywiście nastąpił, ale kilka godzin później, gdy czujność obrońców była już nieco uśpiona. 13 stycznia, o 1.30 w nocy, oddziały desantowe, wsparte przez komandosów, rozpoczęły szturm na stację. Czołgi staranowały najpierw barykadę z samochodów, a następnie skierowały się w stronę manifestantów. Major litewskiej milicji podbiegł do żołnierzy, próbując negocjacji, ale uderzony karabinem w twarz osunął się na ziemię.

Pierwsza seria z broni maszynowej przeleciała nad głowami tłumu i strzaskała szyby w budynku stacji. Kolejne salwy były już wymierzone w ludzi. Zapanowała panika, część obrońców rozbiegła się, pozostali przenosili rannych do samochodów i nadjeżdżających karetek. Żołnierze wbiegli między manifestantów, rozdając ciosy kolbami, a niekiedy strzelając do uciekających. Zdaniem świadków, niektórzy z napastników wpadli w taką furię, że wywlekali rannych z karetek. Czołgi miażdżyły też żywy mur utworzony przez obrońców.

Jeszcze żyjemy, jeszcze mówimy

Dramat rozgrywający się u stóp wieży oraz w samej stacji mogli też śledzić widzowie i słuchacze. „Przez radio słyszymy głosy: »W naszym budynku znajdują się już wojska desantowe, ale jeszcze żyjemy, jeszcze mówimy. Z pewnością zwyciężymy…«.

Po krótkich informacjach, że wokół budynku radia i telewizji strzelają czołgi, w korytarzach rozbrzmiewają strzały, spikerka wciąż powtarza: »Jeszcze żyjemy, mówimy do Litwy«. O 2.10 Radio Wileńskie zamilkło. Na ekranie telewizyjnym widać jeszcze spikerkę. Poprosiła kolegów o zamknięcie drzwi do studia i powiedziała: »Będziemy nadal nadawać, aż nas stąd wyrzucą siłą«. O 2.20 także ona zamilkła. Na ekranie telewizyjnym widać było, jak na korytarze budynku wdzierają się uzbrojeni desantowcy. Po chwili ekran zgasł. Wieża telewizyjna została zajęta” – wspominał świadek. W ataku zginęło 14 osób (w tym jeden oficer KGB), a ponad 700 zostało rannych – głównie od postrzałów.

Nazajutrz rano władze wojskowe ogłosiły, że kontrolę nad miastem przejmuje dowódca garnizonu wileńskiego. Zarządzono godzinę policyjną i zakazano publicznych zgromadzeń.

Pewien wileński student wspominał: „Wszyscy myśleliśmy, że teraz uderzą na parlament. Obawiałem się tego, podobnie jak inni, ale ogólnie nastrój był bardzo bojowy. To się nie zmieniło, nawet kiedy przyszli ludzie spod wieży telewizyjnej i opowiedzieli nam, co się tam wydarzyło. Byli wśród nich moi przyjaciele o zmienionych, bladych twarzach. Landsbergis przemówił przez głośniki prosząc, byśmy wycofali się na boki, tak by nie znaleźć się w strefie ostrzału w razie ataku na parlament. Powiedział coś w rodzaju »potrzebujemy żywych świadków, a nie więcej ofiar«, ale my ani drgnęliśmy”.

Gmach Rady Najwyższej przypominał tego dnia twierdzę. Wszystkie wejścia z wyjątkiem jednego zostały zabarykadowane stosami mebli. Wokół budynku wzniesiono ogrodzenie z zespawanych prętów zbrojeniowych, ustawiono też barykady z ciężarówek i autobusów. Wewnątrz, obok władz i parlamentarzystów, znajdowało się ponad tysiąc obrońców, mających do dyspozycji jedynie hydranty i myśliwskie dubeltówki. W każdej chwili spodziewano się szturmu sił specjalnych.

Wstrzemięźliwe reakcje Zachodu

Dowiedziawszy się o masakrze, zachodni przywódcy nie szczędzili słów potępienia. „Nie ma usprawiedliwienia dla użycia przemocy wobec pokojowego i demokratycznie wybranego rządu. Ten akt może pogorszyć nasze stosunki” – oświadczył prezydent George Bush. Ministrowie Wspólnoty Europejskiej zagrozili cofnięciem pomocy gospodarczej.

Polski minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski słusznie określił postawę Zachodu w sprawie Litwy jako niebywale wstrzemięźliwą. W ślad za dyplomatycznymi notami nie nastąpiły żadne decyzje polityczne. USA i Wielka Brytania znajdowały się w trudnym położeniu, potrzebowały bowiem poparcia Moskwy dla przygotowywanej właśnie wojny przeciw Irakowi. Trwały też negocjacje w sprawie radzieckiej zgody na zjednoczenie Niemiec oraz ich członkostwo w NATO. W tej sytuacji najbardziej widoczną reakcją zachodnich społeczeństw okazały się demonstracje pod radzieckimi ambasadami.

Z pewnością Gorbaczow musiał liczyć się z opinią publiczną na Zachodzie. Brutalna akcja wojska i sił specjalnych oznaczała dla niego propagandową porażkę, a świat obiegły zdjęcia ludzi rozjeżdżanych przez czołgi i konduktów żałobnych na ulicach Wilna. Jednak w ostatecznym rozrachunku utrata wizerunku liberalnego reformatora była najpoważniejszą konsekwencją, jaka mogła go spotkać na arenie międzynarodowej. Nawet jeśli prezydent ZSRR nie planował tragicznego finału wojskowej interwencji na Litwie, musiał zdawać sobie sprawę, że demonstracja siły i powrót do imperialnej retoryki wywoła w Europie falę oburzenia. Decydując się na umocnienie swojej władzy przez sojusz z KGB, wojskiem i partyjnym betonem, zapewne uwzględnił to ryzyko w kalkulacjach. Jednak to nie protesty zachodnich stolic pokrzyżowały Gorbaczowowi szyki.

Jeszcze w przeddzień ataku na wieżę telewizyjną Prezydium Rosyjskiej Federacji – od maja 1990 r. coraz wyraźniej akcentującej swoją autonomię w ramach ZSRR – stanowczo potępiło decyzje Kremla i uznało „użycie siły w republikach bałtyckich za niedopuszczalne”. Rosyjski prezydent Borys Jelcyn, gdy tylko dowiedział się o ataku, udał się z wizytą do Tallina, gdzie wspólnie z przedstawicielami Litwy, Łotwy i Estonii wystosował apel do ONZ, domagając się pilnego zwołania konferencji międzynarodowej. Zwrócił się też z odezwą do żołnierzy rosyjskich służących w armii radzieckiej: „Wielu z was myśli, że jesteście jak Rambo, który strzeże prawa i porządku. Nie! Jesteście tylko trybikami w brudnej grze, ziarnkami piasku, z których Kreml buduje swój imperialny zamek. W tym roku zrzucicie mundur, pójdziecie do cywila i powiecie swojej dziewczynie: »Ale przywaliliśmy tym Litwinom«. Ale oprócz tego wspomnienia nie będziecie jej mogli ofiarować niczego więcej – ani wolności, ani lepszego życia, bo i jedno, i drugie rozjechaliście swoimi czołgami”.

Komandosi wracają do domu

Przytłaczająca większość rosyjskich mediów poparła litewską walkę o niepodległość, obszernie relacjonując przebieg wypadków i wskazując, że odpowiedzialność za przelew krwi spada wyłącznie na Kreml. W Moskwie zorganizowano szereg wieców protestacyjnych; 20 stycznia, mimo silnego mrozu, 100 tys. ludzi zebrało się, by żądać dymisji Gorbaczowa.

Kreml zaczął powoli zmieniać kurs. 15 stycznia minister Jazow zapowiedział, że rozlokowane na ulicach Wilna oddziały wrócą do koszar, uchylono też godzinę policyjną. Komitet Ocalenia Narodowego zaprzestał wszelkiej aktywności, a wkrótce po prostu zniknął.

Litewski scenariusz próbowano jeszcze powtórzyć tydzień później w Rydze, gdzie 20 stycznia specjalne oddziały MSW (OMON) zabiły cztery osoby podczas szturmu na gmach łotewskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. I tu sięgnięcie po rozwiązania siłowe umocniło tylko nastroje niepodległościowe. Tym razem Gorbaczow szybko zdystansował się jednak od działalności podległych sobie wojsk, twierdząc, że „nie odzwierciedla ona jego polityki”. 31 stycznia sowiecka prasa, powołując się na wypowiedź ministra spraw wewnętrznych, oświadczyła, iż z republik bałtyckich zostali już wycofani wszyscy komandosi i dwie trzecie oddziałów MSW.

Styczniowy kryzys nie przyniósł rozstrzygnięcia w kwestii niepodległości państw bałtyckich, ale krył w sobie zapowiedź politycznej rewolucji. Decydując się na przyjęcie twardego kursu, a następnie w pośpiechu go porzucając, Gorbaczow osłabił własną pozycję kosztem dwóch przeciwstawnych stronnictw: partyjnych konserwatystów, pragnących przywrócenia ZSRR w dawnej postaci, oraz skupionego wokół Jelcyna obozu reformatorskiego. Pół roku później twardogłowi rzucą wszystko na jedną szalę i podczas sierpniowego puczu Janajewa poniosą ostateczną klęskę. Gdy uwolniony z domowego aresztu Gorbaczow wracać będzie do Moskwy, państwa bałtyckie ponownie proklamują niepodległość. W następnych tygodniach ich śladem podążą kolejne republiki ZSRR.

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną