Sybilla Bidwell
11 listopada 2011

Szorstka przyjaźń aliantów

Razem, ale osobno

Alianci, sprzymierzeńcy... Książka Lynne Olson „Citizens of London” łamie wiele stereotypów dotyczących wyśmienitych jakoby relacji brytyjsko-amerykańskich w czasie drugiej wojny światowej.

W latach trzydziestych Kongres dał wyraz silnemu izolacjonizmowi Amerykanów, uchwalając kilka ustaw o neutralności, aby ochronić kraj przed wciągnięciem w kolejną europejską wojnę. Uniemożliwiono tym samym m.in. udzielanie pożyczek walczącym stronom. W konsekwencji Wielka Brytania nie tylko walczyła sama do końca 1941 r., ale za surowce i żywność importowaną z USA musiała płacić żywą gotówką. Jak to później ujęła znakomita brytyjska ekonomistka Barbara Ward: „Amerykanie w czasie Bitwy o Anglię uprawiali cash and carry”.

Ed Murrow (polskiemu odbiorcy znany choćby jako główny bohater filmu „Good Night and Good Luck”) był jednym z tych Amerykanów, którzy uważali, że ich ojczyzna powinna więcej pomagać i wcześniej wypowiedzieć wojnę. Ten dziennikarz radia CBS przyjechał do Londynu w 1937 r. Przez całą wojnę nadawał program „This is London”, starając się pokazać Amerykanom codzienne życie bombardowanego miasta. „Londyn płonął w naszych domach, czuliśmy ogień i swąd. Murrow położył zabitych londyńczyków na naszych progach. Wiedzieliśmy, że zmarli są naszymi zmarłymi” – odnotował słuchacz z USA.

W książce „Citizens of London” Olson (współautorka wydanej także po polsku „Sprawy honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski” i innych książek historycznych) wiele pisze o wpływie ambasadora USA w Londynie Johna Gilberta Winanta na relacje między dwoma narodami i ich przywódcami. Do Anglii przybył w marcu 1941 r. i objął urząd po Josephie Kennedym, który uważał, że Brytyjczycy nie mają w tej wojnie szans i powinni dogadać się z Hitlerem. Natomiast Winant wierzył, że celem wojny jest obrona demokracji i praw narodów do samostanowienia. Jego zadanie było trudne, gdyż prezydent Franklin D. Roosevelt uważał, że Brytyjczycy chcą pomocy USA tylko po to, by wzmocnić swoje Imperium. Jednak pod koniec 1940 r. nawet on musiał przyznać, że Wielkiej Brytanii kończyły się rezerwy złota i pieniędzy. Amerykański Kongres (niechętnie) uchwalił więc w marcu 1941 r. ustawę nazwaną Lend-Lease. Umożliwiała ona zaciąganie pożyczek na zakup amerykańskich towarów i surowców, ale była powiązana z wieloma niekorzystnymi warunkami. Pełnomocnikiem do spraw Lend-Lease był Averell Harriman, którego autorka zalicza do przychylnych Brytyjczykom.

Jednym z warunków otrzymywania towarów pod zastaw pożyczki było ograniczenie wszelkich własnych wymian handlowych, który to wymóg w konsekwencji umożliwił Stanom Zjednoczonym przejęcie palmy pierwszeństwa w handlu światowym. Gdy Anglicy wprowadzali system kartkowy, Amerykanie zwiększali konsumpcję. Wielu naukowców uważa, że Winston Churchill, pragnąc pozyskać poparcie Stanów Zjednoczonych, za często zgadzał się na upokarzające warunki.

Mimo ciągłych wysiłków premiera jego relacje z FDR były trudne. Córka Churchilla, Mary, zapisała: „Przebywanie w ich towarzystwie było jak siedzenie między dwoma lwami, które ryczą w tym samym czasie”. Natomiast z Harrym Hopkinsem, najbliższym współpracownikiem prezydenta, od pierwszej jego wizyty zawiązała się prawdziwa przyjaźń.

Po przystąpieniu USA do wojny Churchill zapisał: „Tej nocy spałem snem uratowanych i wdzięcznych. Anglia będzie żyła”. Jednak większość żołnierzy amerykańskich przybywających do Wielkiej Brytanii między 1942 a 1944 r. nic nie wiedziała o kraju, w którym stacjonowali. Uważali, że sam fakt, iż Brytyjczycy nie umieli pokonać Hitlera, jest dowodem ich ślamazarności. Dwight Eisenhower znalazł się w Anglii w czerwcu 1942 r. Odegrał zdaniem autorki bardzo pozytywną rolę, starając się wymusić na oficerach i żołnierzach traktowanie z szacunkiem swoich gospodarzy. Korespondent wojenny „New York Herald Tribune”, doceniając wysiłki głównodowodzącego, napisał o nim: „Nigdy nie stracił amerykańskiego patriotyzmu, tylko dodał do niego jeszcze jeden patriotyzm”.

Mimo wysiłku ludzi takich jak Eisenhower, Winant i Murrow, niechęć Brytyjczyków rosła wraz z liczbą przybywających amerykańskich żołnierzy. Nikt ich nie uprzedził, że dziesiątki malowniczych wiosek i małych miasteczek, a także setki hektarów ziemi ornej zostanie zalanych betonem, a liczące sobie setki lat drzewa i żywopłoty będą ścięte pod budowę lotnisk, koszar i terenów na ćwiczenia desantu.

Te wojskowe bazy umożliwiały odcięcie się od brytyjskiego społeczeństwa. Amerykanie mieli w nich własne radio, gazety, filmy. Mieli dostęp do świetnie zaopatrzonych sklepów, swoje kluby, kantyny, restauracje, gdzie serwowano obfite posiłki. Brytyjskim żołnierzom wolno tam było wejść tylko w towarzystwie żołnierza USA. Część Londynu wokół Grosvenor Square nazywano wówczas Małą Ameryką albo Eisenhowerplatz. Ale to brytyjski rząd zapłacił za zakup tych lokali, ich odnowienie i wyposażenie. Dla Anglików amerykańscy żołnierze byli aroganckimi, rozpuszczonymi, przechwalającymi się dzieciakami.

Niechęć wzbudzała też dyskryminacja rasowa w armii amerykańskiej. Eisenhower próbował jej przeciwdziałać, ale bez skutku. Pisał do swych zwierzchników w Waszyngtonie: „Dla większości Anglików Murzyn jest po prostu człowiekiem”. Tymczasem amerykańscy żołnierze bojkotowali puby, które wpuszczały czarnoskórych i dziewczęta, które z nimi tańczyły. George Orwell napisał: „Wydaje się, że jedyni amerykańscy żołnierze o dobrych manierach to Murzyni”. Nic dziwnego, że na niektórych pubach można było przeczytać: „Tylko dla Brytyjczyków i kolorowych Amerykanów”.

W kilka tygodni po przystąpieniu USA do wojny Roosevelt i Churchill podjęli precedensową decyzję o połączeniu armii pod wspólnym dowództwem. Nie zlikwidowało to różnicy zdań. Churchill był przeciwny koncepcji szybkiej inwazji na Francję, na co stawiali Amerykanie. Uważał, że należy najpierw pokonać Niemców w Afryce Północnej, następnie przeprowadzić desant na Sycylię, Włochy, a później Grecję i Bałkany. Amerykanie ulegli, gdyż na tym etapie wojny nie zdążyli przetransportować do Europy wystarczająco dużej armii.

Marshall, bardzo wówczas przeciwny brytyjskim planom, napisał po wojnie: „Za dużo było wrogości w stosunku do Brytyjczyków po naszej stronie”. Natomiast źródłem niechęci ze strony generałów brytyjskich był brak doświadczenia ich amerykańskich kolegów na polu walki. Złe przygotowanie i problemy początkowej fazy operacji desantowej w Afryce Północnej ujawniły wrogość między brytyjskimi i amerykańskimi dowódcami. Eisenhower musiał przyznać, że Anglicy mieli rację, sprzeciwiając się tak wczesnej inwazji na Francję.

Konflikt, tym razem między dowódcami wojsk powietrznych obu armii, dotyczył także sposobu bombardowania Niemiec. Anglicy uważali, że aby ograniczyć straty, należy wykonywać je nocą; Amerykanie, że w dzień i bez ochrony myśliwców. Henry Hap Arnold, głównodowodzący amerykańskich sił powietrznych, był przekonany, że wojnę można wygrać wielką powietrzną ofensywą. Uważał, że jego formacje dadzą sobie radę z precyzyjnym bombardowaniem pod warunkiem, że będą latać wysoko. On i jego sztab zapomnieli, że pogoda w Europie Północnej jest inna niż w Arizonie, gdzie ćwiczyli. Lekceważyli także naziemną obronę przeciwlotniczą. W konsekwencji „latać w 8 Armii Lotniczej, to jak otrzymać bilet na własny pogrzeb” – stwierdził jeden z amerykańskich dziennikarzy. Dopiero na początku 1944 r. myśliwce zaczęły eskortować bombowce.

Konsekwencją wrogości

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną