Roman Frister
3 stycznia 2012

Tajemnica procesu Adolfa Eichmanna

Za plecami sędziów

Za co obrońca Adolfa Eichmanna dostał 20 tys. dol. od rządu izraelskiego? Jakich zeznań obawiał się kanclerz Konrad Adenauer? Archiwum Państwowe w Jerozolimie udostępniło dokumenty, które przez 50 lat pokrywał kurz tajemnicy.

W październiku 1961 r. mecenas Robert Servatius już wiedział, że pętla coraz mocniej zaciska się wokół szyi jego klienta Adolfa Eichmanna i że najwyższy wymiar kary dosłownie wisi w powietrzu. Setki zeznań świadków, byłych więźniów obozów koncentracyjnych, stworzyły w jerozolimskiej sali sądowej atmosferę tak gęstą, że trudno było oddychać. Od pierwszego dnia procesu Servatius i jego pomocnik, 29-letni adwokat Dieter Wechtenbruch, ustalili, iż nie będą tych zeznań kontestować. Każda próba podważenia prawdomówności ludzi osmalonych dymem krematoriów wywołałaby powszechne oburzenie. Tylko jakaś magiczna karta, wyciągnięta z rękawa w ostatniej chwili, mogłaby zmienić wyrok. Niemiecki obrońca obersturmführera SS, odpowiedzialnego za zagładę setek tysięcy Żydów, sądził, że kartę taką posiada.

Servatius był prawnikiem doświadczonym w tej materii: już w procesie norymberskim, w 1946 r., próbował uchronić od stryczka Fritza Sauckla, pełnomocnika Trzeciej Rzeszy ds. zatrudnienia przymusowych robotników. Udało mu się udowodnić, że wbrew niektórym świadectwom Sauckel nie był osobiście odpowiedzialny za tragiczny los 5 mln hitlerowskich niewolników. Historycy, którzy analizowali później przebieg procesów norymberskich, twierdzili jednak, że nawet najlepiej udokumentowana argumentacja prawna nie przemawiała do opinii publicznej i że choćby z tego powodu los oskarżonego był z góry przesądzony.

Opinia publiczna w Jerozolimie skazała Eichmanna na śmierć jeszcze przed rozpoczęciem procesu. W gruncie rzeczy ogromna większość społeczeństwa – w przeciwieństwie do kilku intelektualistów, a nawet członków gabinetu rządowego – pragnęła zobaczyć go na szubienicy od dnia, w którym premier Dawid Ben Gurion ogłosił w Knesecie dramatyczny komunikat o jego porwaniu przez agentów Mosadu w Buenos Aires, gdzie ukrywał się pod nazwiskiem Ricardo Clement. Na sali Domu Ludowego, w którym toczyła się rozprawa, siedziało ponad 500 sprawozdawców prasowych z kraju i ze świata. Żaden z nich nie napisał jednego przychylnego słowa o oskarżonym. Robert Servatius pamiętał norymberskie doświadczenie: nie wolno mu antagonizować opinii publicznej. Odtajnione po 50 latach państwowe dokumenty archiwalne zdają się wskazywać, że postawił na kartę zakulisowej gry politycznej, opartej na skomplikowanych stosunkach zachodnich Niemiec z państwem żydowskim.

Do czasu otwarcia archiwum nikt postronny nie wiedział, że Ben Gurion osobiście ingerował w przebieg procesu Eichmanna. Przed rozpoczęciem postępowania sądowego wielokrotnie wzywał do siebie prokuratora generalnego Gideona Hausnera, aby przedyskutować z nim treść aktu oskarżenia. W gruncie rzeczy była to nie tyle dyskusja, ile raczej cenzura tego dokumentu, którego pierwsze słowa przeszły do historii: „W miejscu, w którym stoję przed wami, panowie sędziowie, stoi ze mną sześć milionów oskarżycieli”.

Niespełna 10 lat przed pojmaniem Eichmanna Niemcy podpisały z Izraelem umowę o odszkodowaniach za zagrabiony żydowski majątek oraz za cierpienia i śmierć europejskich Żydów. Stronę niemiecką reprezentował osobiście kanclerz Konrad Adenauer, stronę izraelską minister spraw zagranicznych Mosze Szaret. Rokowania toczyły się pół roku; 10 września 1952 r., w gmachu Urzędu Miejskiego w Luksemburgu, podpisana została ostateczna wersja dokumentu zapewniającego ratalną wypłatę 3 mld marek państwu żydowskiemu oraz miesięczne renty dla tych, którzy przeżyli Holocaust. Dla raczkującej gospodarki Izraela był to potężny zastrzyk finansowy. Ben Gurion, nie chcąc urazić kanclerza, własnoręcznie poprawiał w akcie oskarżenia słowo „Niemcy” na „Niemcy nazistowskie”. Potem, już w trakcie procesu, uzgadniał z Hausnerem listę świadków oskarżenia. Premier pragnął wyeliminować zeznania osób, które znane były ze swego negatywnego stosunku do powojennych Niemiec. Istniała obawa, że członkowie lub sympatycy partii prawicowych – które sprzeciwiały się przyjęciu odszkodowań – wykorzystają salę sądową do wygłaszania swoich poglądów politycznych. Prokurator Hausner, pisząc wspomnienia z procesu, nigdy nie wspomniał tej bezprawnej ingerencji premiera.

 

Ben Gurion był świadom edukacyjnego znaczenia procesu. W pierwszych latach po powstaniu państwa uwaga społeczeństwa koncentrowała się na budowie nowego bytu, a bohaterem sagi narodowej było pokolenie, które z bronią w ręku wywalczyło niepodległość. Żydzi, którzy bez oporu szli do komór gazowych, nie wywoływali należnego im szacunku; ocaleni z Holocaustu imigranci nie mogli liczyć na powszechne zrozumienie ich cierpień. Ku wielkiemu zadowoleniu premiera proces Eichmanna, nagłośniony przez środki masowego przekazu (telewizji w owym czasie w Izraelu jeszcze nie było), zmieniał tę rzeczywistość niemal z dnia na dzień. Skutki tej zmiany widoczne są do dziś, choćby w dorocznych podróżach 30 tys. młodych Izraelczyków, którzy w hołdzie pomordowanym odwiedzają nazistowskie miejsca zagłady w Polsce.

W gruncie rzeczy jednak Ben Gurion szczególną wagę przykładał do politycznych aspektów przewodu sądowego. Podczas licznych narad z prokuratorem generalnym szukał sposobu, aby obok Eichmanna symbolicznie posadzić na ławie oskarżonych żyjącego w ukryciu byłego Wielkiego Muftiego Jerozolimy Mohammeda Amina al-Husajna. Pełnił on również obowiązki przewodniczącego Najwyższej Rady Muzułmańskiej i był zawziętym wrogiem syjonizmu. Jego ludzie organizowali zbrojne napady na osiedla żydowskich rolników. Nienawidził także Anglików, którzy administrowali Palestyną na podstawie mandatu Ligi Narodów. W 1936 r. zażądał utworzenia rządu arabskiego oraz całkowitego wstrzymania imigracji żydowskiej. Na odmowę odpowiedział powszechnym strajkiem społeczności arabskiej. Władze brytyjskie zrewanżowały się nakazem aresztowania.

Al-Husajn ratował się ucieczką, najpierw do sąsiednich krajów arabskich, a potem do Trzeciej Rzeszy. Podczas spotkania z Hitlerem, w grudniu 1941 r., zaproponował stworzenie Muzułmańskiego Legionu Waffen SS. Jego przekonania dobrze oddaje fragment przemówienia z 1 marca 1944 r., gdy z berlińskiego radia nawoływał: „Arabowie, powstańcie jak jeden mąż i walczcie o swoje prawa. Zabijajcie Żydów, gdziekolwiek ich znajdziecie. To podoba się Bogu, historii i religii. Allah jest z wami”.

Podczas procesów norymberskich kapitan SS Dieter Wisliceny, urodzony w Możdżanach koło Giżycka zastępca Adolfa Eichmanna, zeznał, że Amin al-Husajn ściśle współpracował z jego szefem w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. W toku procesu Gideon Hausner posłużył się wyjątkami z protokołów tych zeznań. Odmówił jednak szerszego ustosunkowania się do współudziału Wielkiego Muftiego w Holocauście; twierdził, że przesadne eksponowanie al-Husajna odwróci uwagę sędziów i obserwatorów od osoby Eichmanna.

Ben Gurion był wściekły. Nie mógł jednak wyładować swej złości na prokuratorze. Wiedział, że wkrótce będzie mu on bardziej potrzebny niż kiedykolwiek w przeszłości. Na horyzoncie zarysowało się niebezpieczeństwo rysy w dobrych stosunkach z Bonn.

Adolf Eichmann osobiście wybrał Roberta Servatiusa na swego obrońcę. Servatius był wówczas wziętym, zarabiającym krocie, adwokatem w Kolonii. Eichmann, uprowadzony z Argentyny bez grosza w kieszeni, nie mógł sobie pozwolić na opłacenie prawnika tej rangi. Rządy w Bonn i Jerozolimie zgodziły się wspólnie pokryć koszt wynagrodzenia – przypuszczalnie 60 tys. dol. Żadna ze stron nie przypuszczała wówczas, że

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną