Życie uczuciowe przez pryzmat neurologii i medycyny
Nasza kochaina
Jak rozumiano miłość przez wieki, jak ją widzi współczesna neurobiologia i medycyna.
Tristan i Izolda. Malowidło z zamku Neuschwanstein w Fussen w Niemczech
De Agostini/A. Dagli Orti/EAST NEWS

Tristan i Izolda. Malowidło z zamku Neuschwanstein w Fussen w Niemczech

„Jest taka choroba, na którą od wieków szukano lekarstwa i nie znaleziono. Nazywa się miłość”. Tak rozpoczyna jeden z rozdziałów swojej książki „Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny” niezapomniany prof. Andrzej Szczeklik, mistrz leczenia przypadków trudnych i beznadziejnych, który nieraz w kilka sekund potrafił wyczytać z twarzy pacjentów symptomy choroby.

Na miłość ludzkość od wieków poszukuje lekarstwa, a właściwie trzech lekarstw. Jedni pragną wyleczyć się z cierpienia i bólu, jakim jawi im się ten stan, zwłaszcza nieodwzajemniony. Drudzy oczekują eliksiru, który można by zadać drugiej osobie i wzbudzić w niej wzajemne szaleństwo. Trzeci rodzaj „pacjentów” pragnie niezawodnego, godnego naszych czasów specyfiku, superskutecznej pigułki, która bezzwłocznie rozpali namiętność i podniesie erotyczne możliwości partnerów.

Miłość zatem ze wszech miar wydaje się wyzwaniem dla medycyny. Nawet prof. Szczeklik, zdeklarowany przeciwnik rozkawałkowywania jej na wąskie specjalności, zastanawiał się, czy nie należałoby tu stworzyć osobnej dziedziny, skoro leczenia z tej przypadłości podejmowało się tak wielu przed nim.

W poszukiwaniu antidotum

W IV w. Oribasius z Pergamonu pisał, że ugodzonych strzałą Amora cechuje bezsenność i smutek, trzepotanie powiek i zapadnięte oczy. Coś podobnego do melancholii.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj