Sposób, w jaki biskupi szczecińscy zareagowali na kierowane wobec jednego z podlegających im księży oskarżenia o seksualne molestowanie nieletnich, jest tylko ostatnim dowodem tej tendencji. Kościół i jego ludzie próbują korzystać z wygodnej drogi na skróty także w wielu innych kwestiach.
– Formalnie, i to mocą samej konstytucji, w Polsce obowiązuje autonomia i niezależność Kościoła i państwa. W praktyce jednak państwo systematycznie nasiąka elementami konfesyjnymi. Jest to nie tylko efekt oczekiwań Kościoła, ale i postawy władzy świeckiej – ocenia dr Jarosław Szymanek, specjalizujący się w prawie wyznaniowym konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego.
Owa życzliwość władzy publicznej wobec Kościoła przechodzi czasem w usłużność. To właśnie wtedy naruszane są konstytucyjne reguły autonomii i równości związków wyznaniowych.
Najpierw do biskupa
To, że zasadność podejrzeń o pedofilię wobec ks. Andrzeja D., założyciela i dyrektora katolickiego ogniska dla trudnej młodzieży w Szczecinie, postanowił najpierw zbadać miejscowy biskup, nie dziwi. Kościół nie jest instytucją demokratyczną. Hierarchia zawsze wolała kontrowersyjne problemy załatwiać dyskretnie i własnymi siłami. Także wedle kodeksu prawa kanonicznego „w każdej diecezji i dla wszystkich spraw wprost przez prawo nie wyjętych” sędzią pierwszej instancji jest lokalny biskup. I jeśli tylko ma wolę rzeczywistego rozwikłania problemu, ten tryb może okazać się najskuteczniejszy.
W Szczecinie rozpatrywanie sprawy trwało aż 13 lat, a na dodatek nie doszło nawet do rozmów ze wszystkimi jej uczestnikami. To musi rodzić podejrzenia o grę na zwłokę i chęć zamiecenia brudów pod dywan. Zwłaszcza jeśli ma się w pamięci niedawne przypadki ukrywania przez polski Kościół podobnych skandali, z których najgłośniejszy dotyczył abp.