Wywiad z Bartoszem Arłukowiczem o pracy komisji
Maraton śledczy
Ale skąd premier miałby wiedzieć wcześniej, przed zawiadomieniem od Kamińskiego, że CBA interesuje się pracami nad ustawą hazardową?
Nie wiem czy wiedział. To trzeba ustalić. W Polsce mamy kilka służb specjalnych.
Ale to by znaczyło, że na przykład ABW śledziło poczynania CBA. Trąci absurdem.
To pan powiedział. Wyjaśnienia wymaga jeszcze jedno – dlaczego po rozmowie z Mariuszem Kamińskim premier wezwał najpierw Mirosława Drzewieckiego, następnie Zbigniewa Chlebowskiego, a dopiero na końcu, 26 sierpnia Jacka Kapicę? Logicznie rozumując, to przecież od niego powinien zacząć, bo to on miał największą wiedzę na temat tego, co dzieje się wokół ustawy i kto się nią interesuje.
Mariusz Kamiński twierdzi, że w ten sposób ostrzegł uwikłanych w aferę polityków PO, a premier – co brzmi całkiem logicznie – że po prostu rozmawiał z nimi by dowiedzieć się, jaki był ich stopień zaangażowania w prace nad ustawą.
Ale dlaczego nie zaczął od Kapicy, który wiedział o tej ustawie najwięcej? Wyjaśnienie afery z przeciekiem jest moim zdaniem tak samo istotne jak afery hazardowej. Bo w przypadku tej pierwszej zawiodły instytucje państwa, które powinny strzec tajemnic służb specjalnych. Zadziwia to, że po spotkaniach premiera z Drzewieckim i Chlebowskim prawie urywają się bezpośrednie kontakty z lobbystami, Ryszard Sobiesiak wycofuje córkę z konkursu na wysokie stanowisko w Totalizatorze Sportowym tłumacząc to tym, że siedzi tam CBA i KGB. To trzeba pilnie wyjaśnić.
Przejdźmy do Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego. Pierwszego zapyta pan pewnie o powody lobbowania na rzecz Ryszarda Sobiesiaka i Jana Koska, a drugiego o przyczyny, dla których jako minister sportu zrezygnował z dopłat do hazardu.
Moim zdaniem Chlebowski nie jest głównym bohaterem całej tej sprawy.
To kto?
Dzisiaj tego nie wiem. Wiem, że Zbigniew Chlebowski był tylko zapłonem, który wywołał całą tą aferę. Świadczy o tym jego nieodpowiedzialne zachowanie. Przecież on musiał nie mieć żadnego instynktu samozachowawczego, skoro jako szef największego klubu parlamentarnego był w takiej zażyłości z ludźmi od hazardu. Tak nie zachowują się osoby rozgrywające tego typu afery. Na pewno jest kilka osób, których rolę trzeba wyjaśnić – Mirosław Drzewiecki, jego współpracownik z ministerstwa sportu Marcin Rosół, a także byli wicepremierzy: Przemysław Gosiewski i Grzegorz Schetyna.
A świadkowie wywodzący się z SLD? Wobec nich też będzie pan taki surowy?
Oczywiście. Zapewniam, że im również będę zadawał niewygodne pytania.
Szef komisji Mirosław Sekuła mówi o przełomowych dniach dla jej prac. Pan też tak uważa?
Nie zakładam przełomu. Zakładam postęp. Najbliższe przesłuchania z całą pewnością posuną prace komisji do przodu, ale przełomowe byłyby wtedy, gdyby zostały przeprowadzone na podstawie rzetelnej i pełnej dokumentacji. Moim zdaniem przełom mogą przenieść dopiero zeznania złożone przez premiera.
Czy nie przecenia pan znaczenia Donalda Tuska, podobnie do polityków PiS twierdząc, że to premier ponosi największą odpowiedzialność za całą aferę?
Nie, uważam tylko, że dla wyjaśnienia afery hazardowej kluczowe może być znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego Jacek Kapica dostał polecenie rozpoczęcia prac nad całkiem nową ustawą. Liczę na to, że premier udzieli nam odpowiedzi na nie.
Kiedy będzie zeznawał?
Jeszcze nie wiadomo. Daliśmy Donaldowi Tuskowi wolną rękę w wyborze terminu. Wolałbym, aby nastąpiło to jak najpóźniej, gdy będziemy już po przesłuchaniach najważniejszych świadków.
28 lutego powinniście państwo zakończyć prace. Ale na dotrzymanie tego terminu nie ma szans.
Oczywiście, że nie ma. Choćby właśnie dlatego, że nie mamy dokumentów. Gdybyśmy je mieli, choćby był ich nawet kontener, w maju moglibyśmy skończyć.
Więc co się stanie 28 lutego?
Nie wiem, to zależy od PO, która jest sędzią w swojej sprawie. Mają większość, więc mogą stwierdzić, że komisja skończyła prace i przegłosują swój raport zrzucając całą winę na PiS i SLD. Koniec, kropka.

