Anna Dąbrowska, Grzegorz Rzeczkowski
17 listopada 2009

Premier na wychodźstwie

Teraz trudniej będzie złapać prezesa w biurze. Jarosław Kaczyński właśnie rozpoczął swą kolejną wielką podróż po Polsce. Tym razem chce dokonać przeglądu kadr przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi. – Będę starał się być w każdym ważnym miejscu na mapie politycznej Polski oraz PiS – ogłosił niedawno na konferencji prasowej w Koszalinie.

Ostatni tydzień października w wykonaniu szefa PiS wyglądał mniej więcej tak: poniedziałek – wyjazd do Koszalina na spotkanie z działaczami i sympatykami PiS. Wtorek – pobyt w Szczecinie na zorganizowanej przez partię konferencji na temat sytuacji przemysłu stoczniowego w Europie. W środę powrót do Warszawy na pogrzeb felietonisty Macieja Rybińskiego. Czwartek poświęcił na spotkania ze współpracownikami i dyżur poselski, w piątek uczestniczył w obradach Komitetu Politycznego PiS, by w sobotę znów wyruszyć w drogę – do Rzeszowa, na spotkanie z lokalnymi działaczami partii. – Prezes jest w ciągłym ruchu – podkreśla Stanisław Kostrzewski.

Ten ruch zapewnia mu jedna z czterech limuzyn będących w posiadaniu PiS (trzy Skody Octavie i Saab). – Jeździ każdym z nich wymiennie, przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa – mówi Kostrzewski. Bo bezpieczeństwo prezesa to sprawa dla jego współpracowników najważniejsza. W PiS panuje silne przekonanie, że Lech i Jarosław Kaczyńscy w latach 90. byli celami kilku zamachów. Miało do nich dochodzić właśnie podczas podróży braci służbowymi samochodami. To dlatego obowiązkowym punktem każdej podróży są telefony do mamy i brata, wykonywane z pilnie strzeżonego, prywatnego numeru prezesa. – Jak dotrze na miejsce, zawsze dzwoni do nich i mówi: dojechałem szczęśliwie – opowiada osoba z bliskiego otoczenia. Ta utarta przez lata reguła działa też w drugą stronę. Najbardziej martwi się prezydent. – Lech dzwoni bardzo często. Zadaje pytania w stylu: Czy dojechałeś? Dużo masz pracy? – mówi osoba z otoczenia prezesa.

Przy tak napiętym kalendarzu szef największej partii opozycyjnej w Polsce ma wyraźne trudności z wypełnianiem poselskich obowiązków. Dobitnie świadczą o tym sejmowe statystyki. Z 45 przemówieniami (tylko trzy z tego roku), które wygłosił z trybuny sejmowej od początku kadencji, jest dopiero 205 w rankingu aktywności poselskiej. Kaczyński nie jest przewodniczącym klubu, ale wszystko ma pod kontrolą. Przemysław Gosiewski, który szefuje parlamentarzystom, wykonuje polecenia i raportuje na bieżąco, co dzieje się na odcinku sejmowym.

Lider sejmowej opozycji nie złożył żadnej interpelacji, o nic nie pytał, nie składał oświadczeń, podpisał się pod jedną tylko uchwałą – z września 2008 r. o odwołanie Bronisława Komorowskiego z funkcji marszałka Sejmu. Nie bywa nawet na ważnych debatach, takich chociażby jak niedawna nad powołaniem komisji śledczej mającej wyjaśnić kulisy afery hazardowej. Z frekwencją 73,48 proc. obecności na głosowaniach Jarosław Kaczyński wśród wszystkich posłów zajmuje dopiero 410 miejsce.

Prezes niechętnie udziela się też w sejmowych komisjach. Od kwietnia ubiegłego roku należy tylko do jednej – odpowiedzialności konstytucyjnej. To najmniej aktywna komisja spośród 25 działających w Sejmie – zbiera się średnio raz na półtora miesiąca. Jarosław Kaczyński zresztą też nie grzeszy gorliwością podczas jej obrad. Zabierał głos zaledwie dwa razy. – Za każdym poruszając zawiłe kwestie proceduralne, stając w obronie swego byłego ministra skarbu, a zarazem bliskiego współpracownika Wojciecha Jasińskiego – mówi wiceprzewodniczący komisji Michał Stuligrosz (PO). Koalicja chce postawić Jasińskiego przed Trybunałem Stanu za zaniedbania przy restrukturyzacji stoczni.

Podróże po kraju to sprawdzony i od dawna praktykowany sposób sprawowania władzy przez prezesa. – Za czasów Porozumienia Centrum co drugi dzień jeździliśmy w Polskę. Rocznie to nawet 100 tys. km się przejeżdżało. Kampania wyborcza, powyborcza, antywałęsowska, samorządowa. Tak przez całe lata – wspomina Tadeusz Kopczyński, były wieloletni kierowca Jarosława Kaczyńskiego. I tak jest do dziś. Podczas takich wypadów szef PiS przede wszystkim spotyka się z lokalnymi działaczami. Teoretycznie to okazja, by dotknąć innej rzeczywistości niż warszawska. Ale tylko teoretycznie, bo terenowi aktywiści PiS organizują wszystko tak, by utwierdzić prezesa, że u nich wszystko jest w porządku.

A przy okazji: prezes nie lubi, jak interesanci czy działacze się do niego zwracają per „panie premierze”. Bo tak się mówi do byłych szefów rządów, którzy już nie wrócą.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»