Premier na wychodźstwie
Teraz trudniej będzie złapać prezesa w biurze. Jarosław Kaczyński właśnie rozpoczął swą kolejną wielką podróż po Polsce. Tym razem chce dokonać przeglądu kadr przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi. – Będę starał się być w każdym ważnym miejscu na mapie politycznej Polski oraz PiS – ogłosił niedawno na konferencji prasowej w Koszalinie.
Ostatni tydzień października w wykonaniu szefa PiS wyglądał mniej więcej tak: poniedziałek – wyjazd do Koszalina na spotkanie z działaczami i sympatykami PiS. Wtorek – pobyt w Szczecinie na zorganizowanej przez partię konferencji na temat sytuacji przemysłu stoczniowego w Europie. W środę powrót do Warszawy na pogrzeb felietonisty Macieja Rybińskiego. Czwartek poświęcił na spotkania ze współpracownikami i dyżur poselski, w piątek uczestniczył w obradach Komitetu Politycznego PiS, by w sobotę znów wyruszyć w drogę – do Rzeszowa, na spotkanie z lokalnymi działaczami partii. – Prezes jest w ciągłym ruchu – podkreśla Stanisław Kostrzewski.
Ten ruch zapewnia mu jedna z czterech limuzyn będących w posiadaniu PiS (trzy Skody Octavie i Saab). – Jeździ każdym z nich wymiennie, przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa – mówi Kostrzewski. Bo bezpieczeństwo prezesa to sprawa dla jego współpracowników najważniejsza. W PiS panuje silne przekonanie, że Lech i Jarosław Kaczyńscy w latach 90. byli celami kilku zamachów. Miało do nich dochodzić właśnie podczas podróży braci służbowymi samochodami. To dlatego obowiązkowym punktem każdej podróży są telefony do mamy i brata, wykonywane z pilnie strzeżonego, prywatnego numeru prezesa. – Jak dotrze na miejsce, zawsze dzwoni do nich i mówi: dojechałem szczęśliwie – opowiada osoba z bliskiego otoczenia. Ta utarta przez lata reguła działa też w drugą stronę. Najbardziej martwi się prezydent. – Lech dzwoni bardzo często. Zadaje pytania w stylu: Czy dojechałeś? Dużo masz pracy? – mówi osoba z otoczenia prezesa.
Przy tak napiętym kalendarzu szef największej partii opozycyjnej w Polsce ma wyraźne trudności z wypełnianiem poselskich obowiązków. Dobitnie świadczą o tym sejmowe statystyki. Z 45 przemówieniami (tylko trzy z tego roku), które wygłosił z trybuny sejmowej od początku kadencji, jest dopiero 205 w rankingu aktywności poselskiej. Kaczyński nie jest przewodniczącym klubu, ale wszystko ma pod kontrolą. Przemysław Gosiewski, który szefuje parlamentarzystom, wykonuje polecenia i raportuje na bieżąco, co dzieje się na odcinku sejmowym.
Lider sejmowej opozycji nie złożył żadnej interpelacji, o nic nie pytał, nie składał oświadczeń, podpisał się pod jedną tylko uchwałą – z września 2008 r. o odwołanie Bronisława Komorowskiego z funkcji marszałka Sejmu. Nie bywa nawet na ważnych debatach, takich chociażby jak niedawna nad powołaniem komisji śledczej mającej wyjaśnić kulisy afery hazardowej. Z frekwencją 73,48 proc. obecności na głosowaniach Jarosław Kaczyński wśród wszystkich posłów zajmuje dopiero 410 miejsce.
Prezes niechętnie udziela się też w sejmowych komisjach. Od kwietnia ubiegłego roku należy tylko do jednej – odpowiedzialności konstytucyjnej. To najmniej aktywna komisja spośród 25 działających w Sejmie – zbiera się średnio raz na półtora miesiąca. Jarosław Kaczyński zresztą też nie grzeszy gorliwością podczas jej obrad. Zabierał głos zaledwie dwa razy. – Za każdym poruszając zawiłe kwestie proceduralne, stając w obronie swego byłego ministra skarbu, a zarazem bliskiego współpracownika Wojciecha Jasińskiego – mówi wiceprzewodniczący komisji Michał Stuligrosz (PO). Koalicja chce postawić Jasińskiego przed Trybunałem Stanu za zaniedbania przy restrukturyzacji stoczni.
Podróże po kraju to sprawdzony i od dawna praktykowany sposób sprawowania władzy przez prezesa. – Za czasów Porozumienia Centrum co drugi dzień jeździliśmy w Polskę. Rocznie to nawet 100 tys. km się przejeżdżało. Kampania wyborcza, powyborcza, antywałęsowska, samorządowa. Tak przez całe lata – wspomina Tadeusz Kopczyński, były wieloletni kierowca Jarosława Kaczyńskiego. I tak jest do dziś. Podczas takich wypadów szef PiS przede wszystkim spotyka się z lokalnymi działaczami. Teoretycznie to okazja, by dotknąć innej rzeczywistości niż warszawska. Ale tylko teoretycznie, bo terenowi aktywiści PiS organizują wszystko tak, by utwierdzić prezesa, że u nich wszystko jest w porządku.
A przy okazji: prezes nie lubi, jak interesanci czy działacze się do niego zwracają per „panie premierze”. Bo tak się mówi do byłych szefów rządów, którzy już nie wrócą.


