W przeciwieństwie do Europy, gdzie przy każdej okazji wypomina się chińskim władzom łamanie praw człowieka i cenzurowanie wolnego słowa, w Korei o tych sprawach przezornie nie rozmawiano. W kraju, który dopiero niedawno sam otrząsnął się z kultury wojskowej, ma problemy z utrzymaniem demokracji i wie, co to znaczy cena przetrwania, takie sprawy niekoniecznie budzą kontrowersje. Dlatego, zamiast krytyki, padało sporo ciepłych słów pod adresem sterników socjalistycznej gospodarki rynkowej, naśladujących koreańską drogę do kultu pieniądza i hedonizmu.
W niepewnych czasach globalnego kryzysu, szczęśliwie omijającego ten zakątek świata, Chińczycy potrafili zadbać o imponujący rozwój przemysłu filmowego, do niedawna nastawionego głównie na produkcję kostiumowych widowisk oraz propagandowych agitek. W ubiegłym roku w Kraju Środka nakręcono zawrotną liczbę ponad 400 tytułów (bez Tajwanu i Hongkongu), co daje trzecie miejsce w skali światowej, zaraz za Hollywood i Bollywood. Mimo plagi piractwa zyski z dystrybucji przekroczyły w Chinach kilkaset milionów dolarów – aż o 25 proc. więcej, niż wynosi historyczny rekord odnotowany na tamtym rynku. Szybkość i skalę modernizacyjnych przemian jeszcze lepiej ilustruje postęp w infrastrukturze. Przed igrzyskami olimpijskimi poza Pekinem tylko w niewielu miastach działały multipleksy. Teraz jest ich grubo ponad 1500. A to dopiero początek medialnej rewolucji.
Pośrednim skutkiem szokującego tempa rozwoju branży filmowej są znaczące sukcesy chińskiego kina odnoszone na arenie międzynarodowej. Tylko w minionym sezonie Chińczykom udało się sprzedać 19 swoich produkcji aż do 61 krajów.