Kapuściński: czy teraz trzeba go czytać inaczej?
Nowa twarz Pana Ryszarda
Nie byłem z Ryszardem Kapuścińskim na „ty”. Także poza jego plecami nie mówiłem o nim – jak niektórzy – „Rysiek”. Zwracałem się do niego „Panie Ryszardzie”. Nie mogę też uznać się za jego ucznia. Ale oczywiście miałem go – jak wielu innych – za jednego z mistrzów dziennikarskiego fachu w Polsce. Możliwość spotykania się z Kapuścińskim przez ponad piętnaście ostatnich lat jego życia traktowałem jako, zapoczątkowany poręką Jerzego Turowicza, mojego ówczesnego i jedynego w życiu Szefa, dar losu. Te dziesiątki przegadanych godzin posłużyły po części jako materiał do obszernych rozmów publikowanych w dawnym „Tygodniku Powszechnym”. Teksty te, uzupełnione uwagami autorskimi, złożyły się potem na książkę „Kapuściński: Nie ogarniam świata”, którą – wespół z Witkiem Beresiem – ogłosiliśmy ze sporym powodzeniem wiosną 2007 r. Marzyliśmy też oczywiście, by kiedyś napisać jego reporterską biografię (Kapuściński, który nie umiał wprost odmawiać, na wzmiankę o tym zaczynał kluczyć, jak tylko on potrafił).
Teraz, po ukazaniu się książki Domosławskiego, bywam pytany, jak to, co dziennikarz „Wyborczej” odkrywa o reporterze, ma się do naszych opublikowanych rozmów z Kapuścińskim, czy zmienia odbiór tamtych słów?
W tamtym czasie działo się jednak tak wiele, że to bieżące – a równocześnie historyczne – wydarzenia zajmowały najwięcej czasu w naszych rozmowach. Mówiliśmy więc o końcu imperium sowieckiego (któremu Kapuściński pojechał przypatrywać się na miejscu) i o upadku muru berlińskiego oraz scalaniu się podzielonej dotąd Europy (mieliśmy okazję spędzić wtedy razem z Kapuścińskim tydzień właśnie Berlinie, co dawało szczególną perspektywę). O upadku apartheidu w Afryce, symbolizowanym przez pierwsze demokratyczne wybory w RPA (i on, i my obserwowaliśmy je naocznie) oraz o symbolizowanym przez przełom wieków (ale też atak na World Trade Center) nowym porządku światowym.
Właśnie wtedy też Kapuściński zaczął być postrzegany – głównie w świecie zresztą – nie tyle jako dziennikarz, co badacz cywilizacji i kultur. Nie bez przyczyny: jego analizy i wnioski były błyskotliwe, a na dodatek często szły pod prąd opiniom popularnym na Zachodzie. On sam również zaczął chyba doskonale odnajdywać się w tej roli.
Dlatego w książce „Kapuściński: Nie ogarniam świata” próbowaliśmy nakreślić sylwetkę intelektualną myśliciela, którym stał się reporter, przedstawić jego poglądy na temat kluczowych wyzwań współczesności. Opowieść o jego życiu – które przecież również wyglądało na fascynujące – postanowiliśmy odłożyć na później. Zwłaszcza że i ona musiałaby w dużej mierze przybrać także charakter biografii intelektualnej.
Teraz okazuje się, że wybory Kapuścińskiego, jakie odtworzył Artur Domosławski, choć skomplikowane, a dla wielu pewnie kontrowersyjne, akurat tej warstwy jego dorobku, z jakiego my Kapuścińskiego „odpytywaliśmy”, w żadnym razie nie podważają. Te linie się nie przecinają, choć dotyczą tej samej postaci. Nam autor „Cesarza” przedstawiał życiową summę, Domosławski natomiast pokazuje, w jak skomplikowany sposób i przy jak wielu kontrowersyjnych epizodach Kapuściński do tej summy dochodził.
Uczeń podgląda mistrza
Pytanie: jak traktować teraz dzieło Kapuścińskiego, staje przed jego czytelnikami niezależnie od tego, co sądzą o samej książce Domosławskiego. Tu akurat nie ma znaczenia, czy autora biografii uzna się za ucznia, który chce zrozumieć Mistrza, czy za Judasza (bo i takie określenie padło w pełnej emocji dyskusji), który w istocie zdradził swojego przyjaciela. Czy też za żądnego mołojeckiej sławy (i tantiem) tabloidowego sensata, który naruszył zawodowe reguły i ludzkie obyczaje, wchodząc z butami w sferę prywatną opisywanego człowieka i szargając na dodatek uczucia jego żyjącej żony. Bądź wreszcie, czy Domosławskiego oceni się jako antykomunistycznego siepacza, który bezwzględnie obnażył flirty starszego kolegi z totalitarnym systemem.
Książka bowiem się już – na szczęście! – ukazała i zaczęła żyć własnym życiem. Zawsze więc będzie stanowić punkt odniesienia (przynajmniej jeden z wielu) przy ocenie dzieła Pana Ryszarda.
Owszem, autor i wydawnictwo powinno dłużej zastanowić się, czy opowieść o stosunku bohatera do kobiet jest istotna dla analizy fenomenu Kapuścińskiego. Oraz – co ważniejsze – czy można upubliczniać takie detale z prywatnego życia bohatera, jeśli wciąż może to razić członków jego rodziny? Nawet jeśli jest to ważny element opisu jego charakteru, a najbliżsi mieli tego od dawna świadomość. Już na pewno zaś należało zrezygnować z upubliczniania historii o młodzieńczej „wpadce” (i jej konsekwencji) kogoś z kręgu licealnego młodego Ryśka – wszak akapit ten brzmi jak obrzydliwa sugestia, nie mówiąc już, że zdarzenie to nijak się ma do tematu książki.
Nieporozumieniem jest natomiast zarzut, jakoby Domosławski z lustratorskim zapałem chciał zdemaskować ideologiczne zaangażowanie i afiliacje Kapuścińskiego (w tym bliskie relacje z prominentnymi funkcjonariuszami partii komunistycznej). Akurat w tej kwestii Domosławski z maksymalną precyzją relacjonuje peerelowską rzeczywistość ze wszystkimi jej niuansami i barwami. Więcej: zdaje się mieć dużą sympatię do lewicowych przekonań swojego bohatera. Ich autentycznością i żarliwością tłumaczy nawet jego kontakty z wywiadem PRL. Niestety, dotychczasowa dyskusja nad „Kapuściński non-fiction” koncentruje się na obyczajowo-lustracyjnej warstwie książki. Tymczasem, na dłuższą metę, dużo ważniejsze są te partie, które tyczą samego dzieła Ryszarda Kapuścińskiego.
Raport z życia reportera
Tu Artur Domosławski wykonał gigantyczną robotę. Podążając śladami Kapuścińskiego rozszyfrował tajniki jego warsztatu. Oczywiście na tyle, na ile to jest możliwe, bo przecież upływ czasu zrobił swoje, a na dodatek reporter pracował często sam, w zupełnie innej epoce i warunkach, w trudno dostępnych miejscach. Efektem musi być całkiem inne podejście do dzieła Ryszarda Kapuścińskiego. Reportaż jest rzemiosłem sprowadzającym się do relacjonowania faktów – i to najlepiej takich, których reporter był naocznym świadkiem. Tego właśnie oczekuje czytelnik. Siłą rzeczy ograniczać to musi dowolność w posługiwaniu się rozmaitymi środkami artystycznymi. To wiarygodność, a nie zabawa formą – także ta służąca podniesieniu atrakcyjności czytelniczej – jest istotą tego gatunku. Tymczasem Domosławski punkt po punkcie dowodzi, że jego – i całych pokoleń polskich dziennikarzy – mistrz od początku dość swobodnie traktował faktograficzną stronę swojej twórczości. Efekt i dramatyzm narracji przeważały często nad wiernością faktom.
Owszem, w reportażu literackim nie ma może znaczenia, czy trawa, którą się opisuje, była wysoka na dwa metry, czy też w rzeczywistości miała ledwie metr (ten przykład z Kapuścińskiego również stał się ostatnio przedmiotem debaty). Może nawet dopuszczalne jest posłużenie się rzeczywiście robiącym wrażenie obrazem korytarza o kształcie sylwetki idącego, jaki powstawać ma w ślad za maszerującym na magadańskim mrozie (zwłaszcza że wrażenie takie wydaje się nader
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

