Kulturalne menu Polaka
Terror kultury
Rozmowa z prof. Tomaszem Szlendakiem, socjologiem, o wielkomiejskich wszystkożercach i prowincjonalnych jedno­żercach oraz o tym, dlaczego kultura coraz bardziej dzieli, niż łączy.
Prof. dr hab. Tomasz Szlendak jest dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Wojtek Szabelski/freepress.pl

Prof. dr hab. Tomasz Szlendak jest dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Joanna Podgórska: – Zanikł podział na kulturę niską i wysoką. Zatarła się różnica między kulturą a rozrywką. Jak w tej sytuacji definiować kulturę wielkomiejską? Przez kontrast z małomiasteczkową?
Prof. Tomasz Szlendak: – Niedawno zacząłem analizować wyniki najnowszych badań na temat uczestnictwa w kulturze, które przeprowadziliśmy dla Ministerstwa Kultury. Okazuje się po pierwsze, że festyny, czyli imprezy, podczas których podaje się kulturę o – powiedzmy – najniższym wspólnym mianowniku, przyciągają większość, bo ponad 60 proc. mieszkańców dowolnych miast, obojętnie czy są to miasta maleńkie, średnie czy duże. Ale jak widać nie przyciągają wszystkich. Chciałoby się pewnie myśleć, że to inteligenci jadą w trakcie festynów gdzie indziej albo zostają w domach. Nic z tego. Idą na festyn, co jest sporym zaskoczeniem. Nawet w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców na festyny najczęściej nie chodzą osoby o najniższych dochodach i wykształceniu. To największa pula osób, która w ogóle nigdzie nie chadza, nawet jeśli coś jest za darmo. Aż 65 proc. ludzi z wykształceniem podstawowym nie było ani razu w ciągu ostatniego roku na festynie. Wśród osób z wykształceniem wyższym to jest tylko 26 proc. Gdy zatem w dużym mieście odbywa się festyn z disco polo, to prędzej spotkamy tam osoby ze średnim lub wyższym wykształceniem, jako tako lub nieźle zarabiające. Oznacza to, że wielkomiejscy Polacy, jeśli już konsumują kulturę, to od awangardowego jazzu po disco polo. Polacy poza wielkimi miastami są po prostu mniej wszystkożerni, także dlatego, że mają tam krótsze kulturalne menu. To tam telewizja nadal wiedzie prym jako forma kulturalnej aktywności.

Wielkomiejski eklektyzm

Wpatrzona w ekran prowincja i wielkie miasto, które coraz częściej wystawia telewizor na śmietnik?
To silny trend. Faktycznie, duże miasta są coraz bardziej nietelewizyjne, bo wybucha tam właśnie – jak malowniczo to nazwali Wojciech Burszta i Barbara Fatyga – supernowa kultury. Tak wiele dzieje się na zewnątrz, w przestrzeni miejskiej, że nie warto siedzieć w domu. A jak się jest w domu, to się ściąga z sieci najnowsze seriale, do czego telewizor jest zbędny. Nowi mieszczanie zauważyli, że kultura telewizyjna jest kompletnie zglajszachtowana, jednowymiarowa, krojona przez osoby, którym tylko wydaje się, że wiedzą, co tym mieszczanom podać. A porządny heretyk kulturalny, zwłaszcza w erze sieci, nie zniesie, żeby ktoś mu dyktował wybór. Telewizor staje się niedemokratyczną, obciachową formą kultury, bo oznacza zgodę na gotową wizję świata. Dla nowego mieszczanina może być co najwyżej jednym z wielu kanałów kontaktu z kulturą.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj