Paweł Wrabec: – To oczywiste, że dzieci uczą się od rodziców. Szkoła szkołą, ale cały ogrom wiedzy o świecie, o tym, jak radzić sobie z życiem, to sprawa edukacji domowej. Pani zdaniem rodzice mają się czego uczyć od dzieci? Taka teza pewnie oburzy niejednego pedagoga.
Anna Resler-Maj: – Możliwe, gdyż w naszej kulturze popularne jest przekonanie, że wzajemnie uczyć się mogą dwie osoby dorosłe. Tymczasem w myśleniu o interakcji dorosłego i dziecka dostrzega się jedynie jednostronny przekaz wiedzy i doświadczenia, a w roli jedynego nauczyciela ustawia się rodzica. Takie założenie pomija osobę dziecka, nie uwzględnia jego autonomii, ustawia dziecko w pozycji przedmiotu, a nie podmiotu. A przecież wychowanie (analogicznie jak relacje dwóch dorosłych) to wzajemne oddziaływania. Dorosłym trudno jest przyjąć, że dzieci wobec nich również występują w roli wychowawców.
W jakim sensie własne dzieci nas wychowują?
One nas uczą chociażby bezinteresownej życzliwości czy doceniania prostych przyjemności. Kontakt z dzieckiem stwarza okazję do patrzenia na świat i otaczające zjawiska oczami dziecka, zachęca do przeżywania go w odmienny sposób. Jedni pod ich wpływem stają się asertywni, np. kobieta, która wcześniej tolerowała palącego teścia, już jako mama nie pozwali mu dymić przy dziecku. Ale ważniejsze są te zmiany mniej oczywiste. Rodzic starając się wpłynąć na swoje dzieci, chce być dla niego przykładem. Analizuje swoje reakcje, zachowania i postawy. Stara się trzymać nerwy na wodzy. Pod ich wpływem uzyskuje wiedzę na swój temat i modyfikuje swoje nawyki.