Joanna Solska
22 lutego 2012

Nowe zawody - przepustka do oryginalnej kariery

Tajemniczy zawód

Jaki zawód nie sprawi ci zawodu? Lista profesji z przyszłością, w których brakuje ludzi, jest coraz dłuższa.

Drzwi do kariery nie otwiera już automatycznie żaden dyplom. Kiedy Gabriela Jabłońska kończyła Uniwersytet Jagielloński, bezrobotnych socjologów było już na pęczki. – Dla potencjalnych pracodawców są za bardzo humanistyczni – uważa Gabriela. Żeby więc poprawić swoje szanse na zdobycie pracy, musiała się douczyć tego, czego w programie socjologii jest za mało – statystyki i obsługi programów komputerowych. W zdobycie tych umiejętności trzeba zainwestować. Ale bez nich trudno dziś marzyć o jakiejkolwiek pracy. – W Stanach Zjednoczonych ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że umiejętność programowania staje się równie ważna jak obsługa komputera – twierdzi Jabłońska. Przydatna jest w wielu zawodach. Burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg właśnie ogłosił, że w 2012 r. ma zamiar się tego nauczyć.

Obecnie Gabriela Jabłońska jest cenionym analitykiem rynku pracy w krakowskiej firmie Sedlak&Sedlak, zajmującej się badaniem wynagrodzeń. Najwyższe są w zawodach, w których ludzi brakuje najbardziej. Żeby jednak móc je uprawiać, nie wystarczy skończyć studiów. Nawet informatyki. Absolwentom kierunków ścisłych brak bowiem doświadczenia w biznesie, a czasem tzw. umiejętności miękkich, np. zdolności dobrego komunikowania się z klientami. Z kolei ci ostatni nierzadko uważają, że pieniądze wydane na informatyzację firmy w sporej części zostały wyrzucone w błoto. Nie przełożyły się na sprawność jej funkcjonowania ani możliwość osiągania zysków. – Dlatego ogromnym wzięciem cieszą się obecnie analitycy biznesu – opowiada Gabriela Jabłońska. To osoby pełniące funkcję łączników między zbyt hermetycznymi programistami a ich klientami, nie zawsze potrafiącymi ściśle sprecyzować, po co ich wynajmują. Analityk tworzy schemat, czyli wizję, jak nowe technologie mają w firmie działać. Pilnuje, żeby informatycy nie modernizowali dla samej modernizacji.

AAA Aktuariusza zatrudnię

Belgijska grupa KBC sprzedaje właśnie niemieckiej firmie Talanx polską Wartę za 770 mln zł. To największa fuzja ostatnich miesięcy. Zanim do niej doszło, sporo zarobili aktuariusze, czyli specjaliści od oceny przyszłego ryzyka. To oni mieli decydujący wpływ na cenę transakcji. Sam proces szacowania wartości spółki to skomplikowane zajęcie. Trzeba policzyć, jakim kapitałem ze składek klientów obecnie obraca ubezpieczyciel, i oszacować, ile będzie on wart w przyszłości. Zobaczyć, jak został zainwestowany. Po drugiej stronie tego rachunku są przyszłe zobowiązania firmy, wynikające ze sprzedanych polis, rachunku prawdopodobieństwa i tablic średniego trwania życia.

Dopiero po porównaniu przyszłych zysków z przyszłymi zobowiązaniami można określić wartość firmy ubezpieczeniowej – mówi Krzysztof Stroiński, najbardziej znany aktuariusz w Polsce. Jest partnerem w firmie Deloitte. Można też powiedzieć, że jest ojcem chrzestnym wszystkich aktuariuszy w Polsce. Szefuje bowiem państwowej komisji egzaminacyjnej, która nadaje im uprawnienia. Aktuariuszy jest w kraju zaledwie 222. W połowie lat 90. było ich tylko trzech: Krzysztof i jego ojciec Eugeniusz, wcześniej członkowie Międzynarodowego Stowarzyszenia Aktuariuszy, oraz jeden wykształcony jeszcze przed wojną. Rynek tego rodzaju fachowców potrzebuje wielokrotnie więcej. Nie brakuje też klientów w innych krajach Unii.

Eksperci od rynku pracy od dawna powtarzają, że skończyły się czasy, w których można było uprawiać ten sam zawód przez kilkadziesiąt lat. I tak, i nie. Rynek rzeczywiście szybko się zmienia, ale w sposób podobny jak na Zachodzie. Przyglądając się tamtemu, można przewidzieć, jakie zawody będą coraz bardziej potrzebne. Z pewnością nie zabraknie pracy właśnie dla aktuariuszy. Co najmniej kilku takich fachowców musi mieć każde towarzystwo ubezpieczeniowe. Nareszcie ma ich ZUS. Nieodzowni są w funduszach emerytalnych. W Wielkiej Brytanii aktuariusza ma także rząd. W pewnym sensie jest nawet ważniejszy od ministra finansów, jego stanowisko nie zależy od wyniku wyborów. – Mówiąc najkrócej, potrzebują ich wszystkie firmy, które biorą od klientów pieniądze i zaciągają zobowiązania na przyszłość – tłumaczy Krzysztof Stroiński. Na Zachodzie aktuariusze odpowiadają za pomyłki własnym majątkiem.

Na razie żadne studia tego nie uczą kompleksowo. To propozycja dla zdolnych matematyków czy fizyków, którzy do niedawna mogli liczyć co najwyżej na posadę nauczyciela albo marnie płacony etat na uczelni. W zespole Stroińskiego w Deloitte jest aż ośmiu doktorów matematyki. Mogą się też przyuczyć do zawodu osoby, które sporą wiedzę z matematyki zdobyły na SGH. Trzeba poszukać odpowiednich kursów i na zdobycie wiedzy, potwierdzonej potem certyfikatem państwowym, poświęcić trochę czasu i pieniędzy. To świetna inwestycja. Krzysztof Stroiński nie chce mówić o zarobkach kolegów, ale przyznaje, że małe nie są. Niedawno do pracy w Deloitte zgłosiła się świeżo upieczona absolwentka SGH po statystyce. Uczyła się aktuariatu przez rok. Teraz pracuje w Wielkiej Brytanii, bo tam zdobyła klienta. Płaci jej 900 funtów… dziennie.

Liczą, jak leczyć

Lekarze, żeby świetnie zarobić, także nie muszą biegać od przychodni do przychodni. Wystarczy wiedzę medyczną uzupełnić elementami ekonomii. Zawodem przyszłości, który wreszcie zaczyna być ceniony także u nas, jest farmakoekonomista. Ktoś, kto liczy, jak się opłaca leczyć. Krzysztof Łanda był lekarzem, a po skończeniu dodatkowo krakowskiej Szkoły Zdrowia Publicznego został przedsiębiorcą, farmakoekonomistą. Porównuje rzeczy dla wielu ciągle nieporównywalne. Na przykład cenę leku z jego skutecznością. Czasem wychodzi, że lek dużo droższy szybciej przywraca chorego do zdrowia, a bywa też odwrotnie. Taki audyt powinien być wskazówką dla publicznego płatnika.

Raporty farmakoekonomistów przez lobbystów i urzędników przebijają się z trudem, ale jednak. – Jeszcze niedawno publiczne szpitale leczyły nietrzymanie moczu u kobiet czterema metodami – wspomina Łanda. – Tak zwana plastyka była zabiegiem najprostszym dla lekarzy i najtańszym dla placówki. Tyle że na sto leczonych w ten sposób pacjentek wyleczonych było zaledwie 62 proc. Pozostałe metody gwarantowały o wiele większą skuteczność (ponad 90 proc. wyleczeń), ale lekarze nie bardzo chcieli się ich uczyć. Po co, skoro kasy chorych za wszystkie sposoby płaciły tę samą cenę? Dopiero wtedy, gdy na skutek nacisku farmakoekonomistów NFZ zdecydował się najlepiej płacić za leczenie najbardziej skuteczne, chore odczuły poprawę.

Lekarze ekonomiści na brak klientów narzekać nie będą. Dzięki ich pracy możemy być leczeni skuteczniej i taniej. Potrzebni są państwowej Agencji Oceny Technologii Medycznych, której stanowisko powinno decydować o tym, czy lek lub procedura będzie refundowana przez państwo. Ich zdanie powinno być ważne dla NFZ. Sporo dają im zarobić producenci sprzętu medycznego i koncerny farmaceutyczne. Jeśli w końcu rozwiną się w Polsce także dobrowolne ubezpieczenia, popyt na lekarzy umiejących liczyć gwałtownie wzrośnie.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną