Jak zarabiać na freekonomii?
Media w czasach d@rmochy.
- Model więcej za mniej
To rozwiązanie z powodzeniem zastosowali przedsiębiorcy wydający w Polsce gry komputerowe. Choć jest to rynek od dawna trawiony zmorą piractwa (w latach 90 zaledwie jedna na dwadzieścia sprzedawanych u nas gier komputerowych była legalną kopią), wydawcy tacy jak CD Projekt umieli się na nim odnaleźć. Kluczem okazało się stworzenie sensownej alternatywy dla pirackich kopii, często niekompletnych i źle działających. CD Projekt wydawał gry w polskiej wersji językowej, dołączając do nich koszulki, plakaty, naklejki i inne gadżety. Jako jeden z pierwszych wydawców odważył się sprzedawać premierowe tytuły w cenach poniżej 100 zł (np. 59, 79, 99 zł).
Oczywiście nie na wiele by się to zdało, gdyby jednocześnie nie wzrosła zamożność społeczeństwa. Ostatecznie jednak znalazła się grupa kilkudziesięciu tysięcy klientów, którzy zamiast męczyć się szukając pirackiej gry dla dziecka, dla świętego spokoju kupią ją z supermarketowej półki w promocji.
Podobną ścieżką poszedł gigant oprogramowania Microsoft – dostęp do dodatkowych opcji (np. aktualizacje on-line, poprawiające bezpieczeństwo systemu) mają tylko użytkownicy oryginalnych, zarejestrowanych kopii Windows. Ten model biznesowy polega więc na stworzeniu na tyle interesującej oferty, aby klient zechciał jednak za produkt zapłacić.
- Model freemium – czyli weź za darmo, zapłać za ekstra.
Z kolei Chris Anderson w swej książce przekonuje, że podstawą nowej ekonomii darmochy będzie model freemium (połączenie słów free oraz premium). Zdaniem Andersona najważniejszym dobrem XXI wieku będą czas i uwaga odbiorcy (klienta). A tej nic nie przyciąga bardziej, niż słówko „darmocha”. Liczyć się więc będzie masa potencjalnych widzów, których uda się danemu medium zgromadzić. Im właśnie będzie można pokazać (sprzedać) reklamy oraz – co da znacznie większe przychody – ekstra płatne usługi dodatkowe. Według autora „Free” jeżeli choć jeden na stu odbiorców zdecyduje się zapłacić w internecie za usługę dodatkową, wystarczy to na utrzymanie darmowych treści dla pozostałych 99.
Według tego modelu muzyk wpuszcza swe piosenki do sieci, zaś utrzymuje się dzięki sprzedaży ekskluzywnych płyt dla kolekcjonerów (w designerskim pudełeczku, limitowanych ręcznie rzeźbionych, numerowanych, podpisanych itp.). Poza tym – sporo zarabia na koncertach (w tym również ekskluzywnych pół-prywatnych), kontraktach reklamowych, sprzedaży czapeczek, koszulek, dzwonków na komórki. Choć przyzwyczajony do innych standardów Kazik Staszewski może uznać to za uwłaczające, tak już postępują młodzi muzycy, wchodzący dziś na rynek. Modna wokalistka Gaba Kulka większość piosenek z nowej płyty umieściła w sieci. Zachęca internautów, aby metodą kopiuj-wklej umieszczali je na swoich stronach. Mimo to jej płyta „Hat, Rabbit” uzyskała właśnie status złotej, a artystka nie przestaje koncertować w całej Polsce.
Anderson ma też pocieszenie dla mediów, które czują się zagrożone ekspansją internetowej darmochy: zapotrzebowanie na sensowne treści spadać nie będzie. W końcu znajdzie się grupa ludzi, którzy będą chcieli za nie zapłacić pieniądze większe niż dzisiaj. Nie da się jednak ukryć, że media straciły już monopol na informację oraz uwagę widzów. I od tego nie ma odwrotu.
- Model wolnej kultury – czyli każdy jest twórcą
Zapewne wraz z rozwojem sieci będzie coraz więcej treści darmowych, tworzonych przez pasjonatów. Również artystów, którzy za pomocą sieci będą docierać bezpośrednio do fanów. W ten sposób eliminuje się pośrednika w postaci wytwórni płytowej i de facto właśnie to obserwujemy aktualnie na rynku muzycznym. – To grono pośredników coraz bardziej nerwowo stara się walczyć o swoje wpływy – pisze w swej książce Anderson.
W sieci kontakt między wytwórcą treści a ich konsumentem jest na wyciągnięcie ręki. Muzycy tworzą utwory, które pozwalają dowolnie wykorzystywać kolegom po fachu. Programiści-pasjonaci piszą darmowe programy, które ułatwiają życie użytkownikom sieci. Blogerzy poświęcają swój czas, aby tworzyć i udostępniać profesjonalne analizy polityczne czy społeczne (choć oczywiście materiały na naprawdę wysokim poziomie stanowią jedynie promil blogosfery). Flickr stał się największą na świecie bazą darmowych zdjęć. Niektóre z nich są na tak wysokim poziomie, że korzystają z nich profesjonalne komercyjne media (np. nasza strona). – Nie docenia się roli Internetu jako powszechnego, darmowego źródła profesjonalnej wiedzy. I milionów osób, które chcą się tą wiedzą dzielić – mówi Mirosław Filiciak ze Szkoły Głównej Psychologii Społecznej, koordynator finansowanego przez Ministerstwo Kultury projektu „Nowe media a uczestnictwo młodych Polaków w kulturze”. Podaje ciekawy przykład – jeden z uczestniczących w projekcie chłopaków był zapalonym fotografem-amatorem. Ale jego wiedza w tym temacie – pochodząca z sieci – w niczym nie ustępowała towarzyszącemu ekipie profesjonalnemu reporterowi, który skończył liczne renomowane szkoły.
Skoro tak wielu ludzi chce tworzyć i wrzucać do sieci za darmo efekty swej pracy, czy idea praw autorskich ma jeszcze sens? – Może się okazać, że wobec tej wielkiej masy twórców ochrona majątkowych praw autorskich to przeżytek. Po prostu podaż przewyższy popyt. Tworzyć każdy może, mimo że ze środowisk twórczych, płyną głosy, że tworzenie darmo jest psuciem rynku. No, ale mamy swobodę działalności twórczej – tłumaczy Piotr Waglowski, prawnik i specjalista od internetu.




