Adam Grzeszak
17 listopada 2011

Zamach na polski tytoń

Chcą nas puścić z dymem

Polska stała się tytoniową potęgą Europy. Być może na krótko, bo Bruksela szykuje zamach na nasz tytoń.

Plantatorzy uprawiający odmianę burley, stanowiącą 40 proc. polskiego tytoniowego areału, żyją ostatnio w lęku. Unijna Dyrekcja Generalna ds. Zdrowia i Ochrony Konsumentów (DG SANCO) przygotowała kolejny pakiet zmian dyrektywy tytoniowej. Jej celem jest ochrona zdrowia obywateli UE przed zagrożeniami, jakie niesie nikotyna. Tym razem na celowniku znalazły się między innymi substancje dodawane do tytoniu w trakcie produkcji papierosów. Chodzi o ich eliminację, zwłaszcza tych, które podnoszą atrakcyjność papierosów. Nasycane sztucznymi aromatami zdaniem ekspertów są szczególnie kuszące dla młodzieży wciągając ją w nikotynowy nałóg.

Co jednak wspólnego ma tytoń burley z dodatkami aromatycznymi? Plantatorzy tytoniu i producenci papierosów przekonują, że wiele. Otóż liście odmiany burley w trakcie suszenia tracą naturalny cukier i stają się kruche. Dlatego muszą być podczas obróbki sztucznie nasycone cukrowym roztworem, by nadawały się do dalszych etapów produkcji. Jeśli zostanie wprowadzony restrykcyjny zakaz stosowania wszelkich dodatków, w tym i cukru, z burleya będziemy musieli zrezygnować – twierdzą producenci.

Ok. 90 proc. papierosów produkowanych w Europie, a niemal 100 proc. w Polsce, wytwarzanych jest z mieszanki american blend. Tworzą ją trzy gatunki: virginia, burley i tytoń orientalny. Bez burleya nie ma mowy o produkcji dotychczasowych marek papierosów – wyjaśnia dyrektor Marcin Wiktorowicz z British American Tobacco Poland. A to dla rynku papierosowego oznacza prawdziwe trzęsienie ziemi.

Realizacja zapowiadanych zmian w dyrektywie tytoniowej grozi nieobliczalnymi konsekwencjami. To może być koniec uprawy tytoniu w Europie. Doprowadzi do dramatycznych skutków ekonomicznych, bo z tytoniu żyją tysiące ludzi i to w rejonach słabo rozwiniętych gospodarczo. Tylko w Polsce uprawa tytoniu zapewnia utrzymanie ok. 60 tys. osób – ostrzega Przemysław Noworyta, dyrektor Polskiego Związku Plantatorów Tytoniu.

Tytoniowy gigant

Polska jest drugim pod względem wielkości producentem tytoniu w Europie (za Włochami). Wytwarza 40 tys. ton surowca. Część wędruje na eksport, większość jest przerabiana przez sześć wielkich zakładów przetwórczych. Jesteśmy największym w UE producentem papierosów. 30 proc. kupują Polacy, reszta trafia na eksport. W ubiegłym roku wartość papierosowego eksportu osiągnęła 1,1 mld euro. To jedna z najważniejszych pozycji w polskim bilansie handlu zagranicznego towarami rolno-spożywczymi.

Obok american blend na świecie popularnością cieszą się papierosy produkowane tylko z gatunku virginia. Jednak w Europie należą one do rzadkości, można je znaleźć głównie na Wyspach Brytyjskich. Czy jednak polscy plantatorzy nie mogą przestawić się na uprawę virginii, a producenci zmienić składu papierosów? Przedstawiciele branży przekonują, że to nie takie proste.

– Virginia i burley mają różne wymagania glebowe. Tam gdzie udaje się jedna odmiana, uprawa drugiej może skończyć się fiaskiem. Obie odmiany inaczej się suszy, więc przejście z burelya na virginię oznaczałoby dla plantatorów konieczność zakupienia nowych suszarni kontenerowych – wyjaśnia dyr. Noworyta.

Zdaniem Adama Suchenka z Philip Morris Polska papierosy american blend i virginia na tyle się różnią, że wielu konsumentów takiej zmiany zapewne by nie zaakceptowało. – Spodziewamy się, że doprowadziłoby to do znacznego wzrostu przemytu papierosów zza wschodniej granicy, który i dzisiaj jest dla nas poważnym problemem – przekonuje Suchenek. Ocenia się, że papierosy z przemytu stanowią ok. 15 proc. rynku. Tracą na tym producenci, plantatorzy, ale i budżet, bo w cenie wyrobów tytoniowych większą część stanowi podatek akcyzowy (akcyza i VAT to rocznie ok. 20 mld zł). Rocznie Polacy wypalają 8 mld sztuk papierosów szmuglowanych ze Wschodu. Kiedy zabraknie na legalnym rynku ulubionych marek american blend, opory wobec kupowania przemycanego towaru będą mniejsze.

Ratowanie burleya

Dlatego wszyscy starają się przekonać Komisję Europejską, żeby dała burleyowi spokój. Protestują organizacje biznesowe i związki rolnicze. Sejmowa komisja rolnictwa wystosowała oficjalny dezyderat do rządu, apelując o ratowanie burleya. Sejmik województwa małopolskiego wydał w tej sprawie rezolucję, ostrzegając, że 4 tys. rolników w województwie może stracić źródło utrzymania.

Podczas opracowywania stanowiska rządu w sprawie projektu ewentualnych zmian w dyrektywie, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi będzie przeciwne przyjmowaniu nieuzasadnionych i radykalnych rozwiązań zagrażających utrzymaniu zbytu na krajowy surowiec tytoniowy – zapowiada Dariusz Mamiński, radca ministra rolnictwa, dodając, że sprawy dyrektywy tytoniowej znajdują się w kompetencji ministra zdrowia. Na razie nie ma jeszcze oficjalnego projektu, więc rząd sprawą się nie zajmował.

Kiedy Komisja Europejska ogłosiła społeczne konsultacje na temat swoich propozycji, otrzymała 85 tys. odpowiedzi, w tym 96 proc. od osób indywidualnych. Przytłaczająca większość domagała się odrzucenia proponowanych zmian, wśród których, obok zakazu stosowania dodatków do tytoniu, znalazły się inne równie kontrowersyjne, w tym m.in. zapisy o zakazie ekspozycji papierosów w punktach sprzedaży i wprowadzeniu jednolitego wzoru opakowania (bez efektownych i kolorowych markowych znaków graficznych). Wskazywano, że eliminować należy tylko te dodatki, których szkodliwość została dowiedziona, a zostawić te, które są niezbędne ze względu na proces technologiczny. Autorzy omawiający wyniki konsultacji podkreślili jednocześnie, że dwie trzecie nadesłanych odpowiedzi pochodziło tylko z dwóch tytoniowych krajów: Włoch i Polski.

 

Wojna o tytoń burley dla postronnego obserwatora wygląda absurdalnie, a dla eurosceptyka to kolejny przykład bezsensownych pomysłów unijnych biurokratów. Problem polega jednak na tym, że w projekcie zmian dyrektywy nie ma mowy o burleyu, lecz o substancjach dodawanych do tytoniu w trakcie produkcji papierosów. Firmy tytoniowe nie chcą jednak tego tematu roztrząsać. Koncentrują się na cukrze dodawanym do burleya, wiedząc, że mogą w ten sposób stworzyć wspólny front z plantatorami tytoniu.

Tymczasem lista papierosowych dodatków jest imponująca. Producenci muszą je co roku zgłaszać ministrowi zdrowia. Philip Morris Polska na swej stronie internetowej podaje, jakie substancje trafiają do papierosów produkowanych przez koncern. Czego tam nie ma: kwas octowy, maślan amylu, aldehyd benzoesowy, żywica benzoinowa, olejek bergamotowy, kwas masłowy, olejek kminkowy, olejek kardamonu, ekstrakt ziaren chleba świętojańskiego, olejek rumianu rzymskiego, kakao i wyroby kakaowe, ekstrakt kawy, olejek z różowych pelargonii, guma guar. Tę listę można ciągnąć jeszcze długo, większość skomplikowanych nazw zrozumiała jest tylko dla botaników i chemików. Nie są to jednak substancje konieczne z powodów technologicznych. Niemal wszystkie opatrzone są adnotacją „aromat”. Producenci papierosów twierdzą, że o ile tytoń jest szkodliwy, to dodatki wcale. W każdym razie nikt nie przedstawił im dowodów, które by świadczyły o ich kancerogennym lub uzależniającym działaniu.

Innego zdania jest Krzysztof Przewoźniak z Zakładu Epidemiologii i Prewencji Nowotworów w warszawskim Centrum Onkologii, a jednocześnie dyrektor w Fundacji Promocji Zdrowia.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną