Dariusz Miłek: twórca potęgi butów CCC
Jazda na butach
Na mecze koszykarek CCC Polkowice przychodzą tłumy. Miłkowie też im kibicują. Zanim dziewczyny wybiegną na boisko, prowadzący imprezę uroczyście wita sponsora. Miłek się kłania, ludzie biją mu brawo. Jak wtedy, gdy sam – o całe 30 kg lżejszy – stawał na podium.
Koszykarki są ozdobą największej firmy obuwniczej kraju – CCC właśnie. Gdy w ubiegłym roku wchodziła na giełdę, rynek wycenił akcje wysoko. Jej właściciel (nadal zachował ponad 60 proc. udziałów) stał się bardzo bogaty. – Gdyby debiut nie wyszedł, bylibyśmy bankrutami – przyznaje dziś Mariusz Gnych, najbliższy współpracownik Miłka. – Mieliśmy zastawione domy, górę długów. Przeinwestowaliśmy, brakowało nam powietrza.
Szczęki 2, czyli Galeria Cuprum
Zawsze mogę zostać mistrzem świata – myślał kiedyś Darek, nie bardzo wiedząc, co chce robić w przyszłości. Ścigał się wyczynowo od trzynastego roku życia i tak naprawdę przykładał się tylko do kolarstwa. Marzenia o mistrzostwie świata nie były nierealne. – Mój rówieśnik, z którym mieszkałem w jednym pokoju na zgrupowaniach, Joachim Halupczok, został mistrzem świata mając dziewiętnaście lat – wspomina Dariusz Miłek. Edukację zakończył na Technikum Górniczym w Lubinie. To sport, a nie dyplom uczelni, dawał wtedy perspektywy.
Idol Miłka, starszy o trzynaście lat kolarz Czesław Lang, za olimpijskie srebro zdobyte w Moskwie został w nagrodę sprzedany do Włoch. Klub i związek ustaliły rynkową cenę wicemistrza olimpijskiego na... 8 tys. dol. – Ale byłem szczęśliwy, że wyrwałem się z Polski stanu wojennego – zapewnia Lang. Jego kłopot z uczeniem się zasad gospodarki rynkowej polegał na tym, że długo jeszcze wstydził się powiedzieć Włochom, ile chce zarabiać. Lang był naszym pierwszym kolarzem-zawodowcem, zarabiał prawdziwe pieniądze.
Darkowi wydawało się to szczytem sportowej kariery. On sam uczył się rynku podczas zagranicznych wyścigów. W Rosji po dwie marki kupował gumy kolarskie i sprzedawał w Austrii lub Berlinie Zachodnim z dziesięciokrotnym przebiciem. Potrafił sprzedać wszystko – i krem Nivea, i wielkie pudło radiomagnetofonu Kasprzak. Jako kolarz był w drużynie sprinterem, jako handlowiec miał zapewnić sobie i kolegom jak największy zysk. Obie te role świetnie dało się pogodzić, pod warunkiem szybkiej i wnikliwej analizy sytuacji, niezbędnej tak w czasie wyścigu, jak i w wielkim biznesie.
– Sprinter jest od wygrywania – objaśnia Miłek. – Reszta drużyny wykonuje dla niego czarną robotę – ciągnie peleton, likwiduje ucieczki. Jeśli wygrałem kilka etapów i zdobyłem dla drużyny punkty, mogłem wycofać się pod koniec wyścigu, żeby zdążyć sprzedać towar i odpocząć przed następnym startem.
Kiedy zmieniał się ustrój, Darek kończył 21 lat. Jak na kolarza, to mało. Prócz medali dorobił się dwóch złamań podstawy czaszki, miał też kilkakrotnie pogruchotany obojczyk. Raz przez tydzień był nieprzytomny i lekarze nie chcieli wyrokować, czy z tego wyjdzie. Kolarstwo to sport bardzo urazowy, upieranie się przy mistrzostwie świata oznaczało zgodę na kolejne kontuzje. A tymczasem, żeby dostać paszport, nie trzeba już było zdobywać medali. Z analizy sytuacji wynikało, że więcej zarobi przesiadając się z roweru na łóżko polowe. Na tym łóżku handlował na lubińskim bazarku, czym popadło. Najpierw, żeby zarobić na mieszkanie.
Do dziś uważa, że jego pierwszym największym sukcesem w biznesie były szczęki. – Już nie musiałem zabierać towaru z bazaru do domu i dźwigać go na siódme piętro, gdy winda się psuła. I nareszcie mogłem się wyspać. Szczęki stały w jednym miejscu, a z polówką trzeba było przychodzić na bazar jak najwcześniej, żeby zająć dobrą pozycję. Kolarstwo nauczyło go uporu i cierpliwości.
Sentyment szefa do bazarowych szczęk znają dziś wszyscy w CCC. Nikt się nie zdziwił, że właśnie kupił od gminy cztery hektary lubińskiego bazarku. Zbuduje tu najładniejszą galerię w zagłębiu miedziowym – pięć poziomów, 80 tys. m kw. powierzchni. Kiedy więc Miłek ogłosił w firmie konkurs na jej nazwę, wygrały Szczęki 2. Ta galeria urodą ma dorównać Staremu Browarowi Grażyny Kulczyk w Poznaniu. – A skoro tak, może powinna nazywać się ładniej? – zastanawia się firmowy PR. – Przynajmniej oficjalnie. Na przykład Galeria Cuprum?
Żółta Stopa
Gdy Miłek stał się już właścicielem kilku kontenerów na lubińskim bazarku, wykalkulował, że pora oderwać się od peletonu. Budy wydzierżawił, sam zajął się hurtem. Najpierw zaopatrywał swoich dzierżawców, potem 60 hurtowni w całym kraju.
W tanie buty wszedł na skutek kryzysu rosyjskiego. Jego odbiorcy dusili się pod niesprzedanym towarem. Handel szedł coraz gorzej, więc nie mieli mu czym płacić. By odzyskać część pieniędzy, odbierał od nich niesprzedane obuwie i na kiermaszach upłynniał za pół ceny. Po buty, na które wcześniej nie było popytu, zaczęły się ustawiać kolejki. Zanosiło się na braki w zaopatrzeniu.
Miłek wyczyścił magazyny polskich fab-ryk i ruszył na podbój Włoch, także dotkniętych nadprodukcją. Płacił grosze, ale gotówką. W Polsce te włoskie buty sprzedawał po 10 zł. Tanie sklepy nazywały się Żółta Stopa. Ta stopa zaczęła rosnąć błyskawicznie.
Miłek czuł, że obuwniczy peleton szybko go dogoni. Niską cenę mógł utrzymać tylko przy wielkiej skali sprzedaży. Musiał też zacząć się reklamować. Ale co pokazywać w telewizji? Zaczął mu doskwierać brak – jak mówi – imidżu i kolekcji. Zlikwidował Żółtą Stopę w szczycie powodzenia.
W 1999 r. powstaje CCC, czyli skrót od Cena Czyni Cuda. Wysiłki Miłka, żeby umieścić swój produkt na wyższej półce, pozostawiając niską cenę, uważnie obserwuje Mariusz Gnych, wtedy wiceburmistrz Polkowic. – Ten facet ma niesamowitego nosa do biznesu – twierdzi Gnych. – Wielki samorodny talent.
Nos czasem jednak byłego kolarza zawodzi. Kiermasze Żółtej Stopy przerabia na bardziej eleganckie sklepy CCC. Na półkach wystawia modne wzory. Wszystko w bardzo konkurencyjnych cenach. – A jednak się zmuliło – wspomina. – Dotychczasowi klienci...
[pełna treść dostępna dla abonentów]

