Joanna Podgórska
11 grudnia 2009

Rozmowa z Grzegorzem Lindenbergiem

Wróciłbym mądrzej

Oprócz pisania przewodników co pan właściwie dzisiaj robi?

Kilka rzeczy jednocześnie. Z niczym nie jestem związany na stałe umową. Żyję z gry na giełdzie, choć ostatnio też jestem tym zmęczony, bo to wyjaławiające intelektualnie i emocjonalnie zajęcie. Od paru miesięcy zajmuję się doradztwem marketingowym dla wydawców książek. Przedtem zajmowałem się konsultingiem dla pism.

Robił pan lifting „Tygodnika Powszechnego”.

Próbowałem. Chciałem zrobić to, co zrobili parę lat później przy pomocy ITI, gdy już byli pod ścianą, ale wtedy to jeszcze nie było możliwe. Od paru lat już się nie zajmuję prasą. Zafascynował mnie rynek książek, który jest zdumiewający. Po 20 latach kapitalizmu mamy rynek, który jest mieszanką XIX w. i PRL. Robię też marketing dla firmy recyklingowej i nowej przychodni kardiologicznej.

Trochę się pan rozmienił na drobne.

Może i tak. Nigdy nie miałem natury biznesmena, bardziej menedżera. Interesowały mnie chwilowe wyzwania. Przez ostatnie lata nie dostałem propozycji, które by spowodowały, że miałbym ochotę się stąd ruszyć.

Pan, wspominany przez współpracowników jako energetyczny wulkan, furiat niemal, znosi tę sielskość? Nie nosi pana?

Ja się złoszczę na ludzi, na sytuacje, na siebie, ale nie na przestrzeń. To była kwestia stresu, w jakim żyłem, poczucia, że się nie wyrabiam z ilością spraw, które na siebie biorę. Z tej perspektywy większość z nich jest bez znaczenia. Jestem niecierpliwy, chcę, żeby wszystko było szybko, nie umiem odpuścić, a jednocześnie uwielbiam spokój i swobodny oddech. Zawodowo jestem dziś spokojniejszy, ale niestety, nie bardziej wyrozumiały wobec ludzi. Czuję się jak bohater satyrycznego rysunku, na którym Kaczor Donald mówi: z każdym rokiem rośnie liczba tych, którzy mogą mnie pocałować w dupę.

Zaczął pan hodować marchewkę w ogródku?

Nie, ja jestem antytalent hodowlany. Ale zobaczyłem, jak wygląda sójka. Pod dom podchodzą bażanty, czaple, żurawie, sarny. Budzi mnie dzięcioł, który stuka w ściany. Raz nawet pokazały się dziki. Na werandzie trzymamy lornetkę, żeby patrzeć co nas odwiedza.

A myśliwi się pokazują?

Nie podchodzą. Na najbliższej ambonie kupę zrobiłem, więc już jej nie używają. Czasem z daleka słychać jakieś strzały.

Jak pana przyjęli sąsiedzi?

Z autochtonów zostały tu dwie osoby. Reszta to przyjezdni z Warszawy, łatwo się wpasować. Mam też sąsiadów amiszów, mój syn chodzi do nich codziennie na angielski. Ich krowy pasą się na naszym terenie. Bardzo sympatyczni ludzie, uczynni, porządni. Nie są ortodoksyjni, mają prąd, samochód, komputer, telefon, tyle że dziewczynki chodzą w długich sukienkach.

Syn się zaaklimatyzował? Dla nastolatka to chyba niełatwe.

Bardzo trudne. Szkoła była dla niego szokiem, zresztą dla mnie też. Wcześniej chodził do prestiżowej warszawskiej podstawówki Przymierza Rodzin i myślał, że wszystkie szkoły są takie. Tu poszedł do gimnazjum. Okazało się, że koledzy nic nie czytają, z nauczycielami nie da się dyskutować i bronić własnego zdania, nie ma samodzielnych prac. Szkoła ma w sumie niezłe wyniki, lekko powyżej ogólnopolskich, a według mnie poziom jest katastrofalny. Uczą dokładnie o budowie liścia, a nie uczą sprawnego czytania, wypowiadania się, formułowania swojego stanowiska, krytycznego myślenia. W bibliotece oprócz lektur są też streszczenia lektur. Publiczne pieniądze wydaje się na to, żeby dzieciaki nie przemęczały się czytaniem. Wszystkie dzieci w klasie mają komputery i dostęp do szerokopasmowego Internetu. Używają go wyłącznie do grania. Na informatyce uczyli się definicji myszy i klawiatury, ale wyszukiwania i porównywania informacji już nie.

Jak policzyłem, ile mają dni wolnych..., a to testy takie, a to śmakie, to jedno święto, to drugie, i okazuje się, że na naukę prawie nie ma czasu. To, oczywiście, nie jest kwestia tej jednej szkoły, ale systemu. Chciałbym poznać człowieka, który wymyślił, żeby religia była trzy razy w tygodniu, a rosyjski – raz. To musi być człowiek głębokiej wiary. Wiara w to, że jakiekolwiek dziecko nauczy się języka obcego przez godzinę tygodniowo, może przenosić góry. Istnieje inna opcja, że to kompletny kretyn, i ku niej się skłaniam.

Po tym, jak przeniósł się pan na wieś, wziął się pan za nowelizację ustawy o ochronie zwierząt.

Zobaczyłem to, czego w Warszawie nie widać. Mnóstwo porzuconych, błąkających się zwierząt. Mam już w domu dwa psy i trzy koty. Upchnęliśmy po krewnych i znajomych mnóstwo zwierząt, ale te możliwości kiedyś się kończą. Pomyślałem, że trzeba by coś z tym zrobić systemowo, znowelizować ustawę, ograniczając hodowle i pseudohodowle, obligując samorządy do wprowadzania programów zwalczania bezdomności, choćby poprzez sterylizację.

Myślałem też o wprowadzeniu instytucji inspektora ds. zwierząt, który pilnowałby przestrzegania ustawy, sprawdzał, jakie warunki panują w schroniskach i sklepach zoologicznych. Dziś teoretycznie zajmuje się tym Inspekcja Weterynaryjna, ale tak naprawdę obchodzi ją wyłącznie jakość mięsa. Pierdoły typu schroniska dla zwierząt mają gdzieś. Niestety, powoli idzie z tą ustawą, bo ja sam nie jestem w stanie jej napisać, a na zawodową kancelarię, która by to zrobiła, w tej chwili mnie nie stać. Poza tym nie wiem, czy Sejm będzie chciał się tym zająć.

Wróciłby pan dzisiaj do mediów?

Wróciłbym trochę mądrzej, wydatkując mniej energii, a więcej czerpiąc. Nie mam ideologicznych oporów wobec mediów. Problem w tym, że nie bardzo wiem, co miałbym dziś w nich robić. Próby zostania doradcą czy szefem gazet, którym się kiepsko powodziło, nie wypaliły. Nie widzę na rynku luki, w którą mogłoby wejść coś nowego. Nie widzę jakichś ekscytujących wyzwań. Większość tego, co powstaje, to powielanie zagranicznych formatów. To mnie nie kręci. Pisma, które powstają, też są klonami.

Po doświadczeniach z „Wyborczą” i „Super Expressem” mówił pan: Bóg idzie mi na rękę. Przestał?

Tamte wielkie wyzwania po prostu się pojawiły. Dziś jestem z boku, zmieniłem styl życia. Jeżdżę prawie codziennie do Warszawy, ale nie bywam na żadnych imprezach, bo albo mnie nie zapraszają, albo mi się nie chce, albo jedno i drugie. Znam coraz mniej ludzi, coraz mniej ludzi zna mnie. Poza tym, jak się tu już wróci z miasta, człowiek trochę zapada się mentalnie. Nie chce się jechać wieczorem drugi raz. Jak się tu sprowadzałem, wyobrażałem sobie, że to będzie miejsce ładowania baterii: będę odpoczywał i nabierał energii do pracy. Wręcz przeciwnie. Zacząłem rozumieć, dlaczego rolnikom wszystko tyle czasu zajmuje. Zanim człowiek wstanie, podrapie się, wyjrzy za okno, robi się jedenasta. Człowiek się przestawia, nie chce mu się tak strasznie zasuwać.

Nie brakuje panu adrenaliny z dawnych lat?

Brakuje, ale nie potrafię znaleźć niczego, co by mi jej dostarczyło.

 

Grzegorz Lindenberg (ur. 1955 r.), doktor socjologii po UW, pracował jako wychowawca w przedszkolu, był stypendystą na Harvardzie. W 1989 r. znalazł się w gronie założycieli „Gazety Wyborczej”, dwa lata później został twórcą i pierwszym naczelnym „Super Expressu”. W latach 1996–2004 był w zarządzie Fundacji Stefana Batorego. Od 2001 r. pracuje jako doradca dla różnych wydawnictw prasowych i książkowych. Jest współautorem przewodników po Toskanii i Umbrii. Mieszka na wsi 40 km od Warszawy.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»