Barbara Pietkiewicz
17 lipca 2011

Rozmowa z Olgą Morawską, wdową po himalaiście Piotrze Morawskim

Jak narkotyk

Wszystko, co robiłam, robiłam dla Piotrka po to, żeby zrezygnował z gór dla mnie. A właściwie może nie dla niego, ale z powodu głębokiego przekonania, że jeśli się kogoś kocha, zrobi się dla niego wszystko - mówi Olga Morawska.

Barbara Pietkiewicz: – Można przestać być wdową? A ściślej – wdową telewizyjną?
Olga Morawska: – Można. I mieć drugie udane życie. Ludzie po stracie najbliższej osoby często nie chcą tego spróbować, zakleszczają się w żalu: jak on mi mógł to zrobić. Siedzi się, płacze, pije wódkę. W dodatku jest na to zgoda społeczna – na nieporadzenie sobie.

Znam wdowę, która obchodzi na cmentarzu imieniny męża. I chodzi się u niego opalać.
Bo można też sobie nie poradzić tak, że udaje się, iż zmarła osoba jest. Rozmawia się z nią, opowiada, prasuje ubrania.

Podobno rozwód jest jeszcze gorszy, choć co może być gorszego od nagłej śmierci najbliższej osoby?
Nie znam rozwodu, znam śmierć. Ona człowieka zabiera. Jest się kimś innym. Nie chce się jeść, a nawet się o jedzeniu nie pamięta. Nie można spać. Coś czarnego we mnie wchodziło, jakaś mgła. Miałam poczucie, że mnie to dusi, zabija. Przychodziło i odchodziło na zmianę. Nie ma słów.

Jaki był Piotr?
Koszmarny egoista. Jedyny, cudowny, niezwykły. Bardzo trudny do życia. Do każdego człowieka, który ma coś wielkiego do zrobienia, trzeba się dostosować. Czy ja wyglądam na taką, która się dostosowuje? Chyba średnio. Bardzo skoncentrowany na celu. Jasno wiedział, że chce być naukowcem. W wieku 28 lat zrobił doktorat z chemii. Świetnie fotografował. Biegał w maratonach, wciąż poprawiając czasy. Perfekcjonista. Zdobył sześć z 14 ośmiotysięczników.

Ale nie zdążył zrobić wielkiej kariery naukowej?
Bo równie mocno jak naukowcem chciał być himalaistą.

Kochała pani męża?
To była wielka, romantyczna miłość. Byliśmy razem 10 lat. Zmieniliśmy się. Nie wiem. Teraz, kiedy on nie żyje, zdałam sobie sprawę, że bardzo mi brakowało jego uznania, że tak dzielnie znoszę jego nieobecność. Byłam w rodzinie wychowywana na silną osobę, powiedzenie, że nie dam sobie z czymś rady, było niemożliwe.

Można przywyknąć do samotności?
Można. Pracowałam nad nią już wtedy, kiedy Piotrek żył i wyjeżdżał w góry, oswajałam ją. W końcu stała się normalnością. Nawet ją polubiłam. Cieszyłam się na wieczory z książką, kiedy moi synkowie już spali, a ja sama decydowałam, co się będzie dziać.

Ta półsamotność jest teraz udziałem wielu kobiet.
Mieliśmy z Piotrem naszą wielką miłość i przekonanie, pewnie każde z osobna, że ze wszystkim damy sobie radę. Nasze drogi szły równolegle, a nam się zdawało, że idą razem, że wszystko jest normalne. Ale nic normalne nie było. Długie i częste wyjazdy bardzo ludzi od siebie odsuwają. Traci się uważność na drugiego człowieka. Jeśli przez wiele miesięcy robi się coś zupełnie oddzielnie, bardzo trudno jest żyć razem, rozumieć się, mieć podobne spojrzenie na świat.

Nie dało się go zatrzymać w domu?
On sam też by siebie nie zatrzymał. „Ledwie wrócę do domu – pisał w pamiętniku – już tęsknię do kolejnych przygód. Jak kiedyś powiedział mój znajomy: na początku twoje życie toczy się normalnie, czasem przerywasz je wyprawami. Po tym twoje wyprawy toczą się normalnie i czasem przerywasz je życiem”.

Jak narkotyk?
„Człowiek wpadł w ten surowy biały świat i będzie go pragnął do końca życia. Lecz w tym surowym świecie będzie też pragnął rodziny i bliskich. Kompromis nie istnieje” – pisał Piotr.

Miała pani inny pomysł na życie?
Oboje mieliśmy inny. Podróże były naszą naturą. W każdej wolnej chwili jeździliśmy i zawsze dość daleko. Wyobrażałam więc sobie, że jedziemy na jakiś czas do ciekawego kraju, Piotrek pracuje tam naukowo, zwiedzamy, uczymy się nowych języków, poznajemy ludzi, ja rodzę kolejne dzieci. Z takim wspólnym pomysłem na życie wzięliśmy ślub, tak miało być.

W pamiętniku Piotra jest tyle miłości do pani, do synków. Ale góry kochał chyba jeszcze bardziej niż was?
Byłam zazdrosna o to, że on beze mnie, to nadal on, a bez gór, to już nie. Chciałam mu wytłumaczyć, że góry to tylko kawałek jego życia, a nie całe. Chciałam zatrzymać, ale nie było nawet co próbować. Więc mówiłam mu – jedź. Chciałam, żeby powiedział: Jesteś w ciąży, jak mógłbym teraz cię zostawić? Bo przecież nawet najdzielniejsza z żon, wychowywana do dzielności tak jak ja, może nie wytrzymać. Kiedy wyjeżdżał na Nanga Parbat i na K2, Gustaw miał trzy miesiące, a Ignac niecałe dwa lata.

Miała pani poczucie przegranej?
Wszystko, co robiłam, robiłam dla Piotrka po to, żeby zrezygnował z gór dla mnie. A właściwie może nie dla niego, ale z powodu głębokiego przekonania, że jeśli się kogoś kocha, zrobi się dla niego wszystko. Zrozumiałam, że sukcesy Piotrka, z których byłam dumna, to, że był taki sławny, że stanął na szczycie tylu gór, to są mimo wszystko jego sukcesy. Jechaliśmy raz na jakieś spotkanie i on mi mówi, że muszę zrozumieć, że to on jest himalaistą, a ja tylko żoną. A ja? Moje życie do mnie nie pasowało.

 

No i strach. Bała się pani?
Nie zauważałam strachu, stał się codzienną częścią mnie. Został udomowiony, codzienny. Byłam bardzo zmęczona, pracowałam zawodowo w poważnej firmie, w marketingu. A w domu wciąż karmiłam, przewijałam, on w górach, a ja nie spałam już kolejny rok.

Ten niesamowity esemes na pani urodziny…
„Kochanie, byliśmy na szczycie, próbowałem się do ciebie dodzwonić, wszystkiego najlepszego w dniu urodzin”.

Jak zginął?
To się stało pod Dhaulagiri. Szedł po lodowcu, śpieszył się, bo w obozie miała być jajecznica z polską kiełbasą. Zawalił się pod nim most lodowy nad szczeliną. Spadł 20 m. Przeżył, było go słychać. Uczestnicy wyprawy wezwali przez radiotelefon ratowników, którzy szli w innej wyprawie, żeby pomogli go wyciągnąć.

Musiał przeżyć straszne godziny w tej szczelinie.
Śniły mi się miesiącami… Nie mogłam sobie z tym w ogóle poradzić. Był przytomny, wiedział, że może umrzeć. Ale człowiek chyba nigdy nie godzi się ze śmiercią, że to już. Może umierał z myślą, że jest uratowany. Himalaiści mówią, że ludzie często giną w momencie, kiedy nadchodzi pomoc. Odprężają się i umierają.

Pomyślała pani: skoro góry były ważniejsze ode mnie, to zostań z nimi na zawsze?
Konsul chciał go ściągać do kraju. Miała się odbyć sekcja zwłok, identyfikacja. Procedury trwałyby ze dwa miesiące.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną