Ryszarda Socha
26 listopada 2011

Spór o nową świątynię w Gdańsku

Kościół nie Biedronka

Gdy arcybiskup generał Sławoj Leszek Głódź został metropolitą gdańskim, wiadomo było, że zaiskrzy politycznie. Iskrzenia estetycznego nikt nie przewidział.

Kłopot pojawił się w związku z kościołem pod wezwaniem błogosławionego Jana Pawła II, który ma powstać w Gdańsku Łostowicach. Władze miasta, znając już gust metropolity, zasugerowały ogłoszenie konkursu na projekt świątyni. We wrześniu 2011 r. jury wydało werdykt. Plon konkursu został zaprezentowany publicznie w oliwskiej katedrze. Zwyciężył projekt zespołu Szczepana Bauma i Andrzeja Kwiecińskiego. Nie spodobał się on jednak przyszłemu inwestorowi. Podczas prezentacji abp Głódź powiedział wprost, że gdyby architekci się pomodlili, to wprowadziliby sacrum do projektu. „Kościół – dodał – to nie jakiś tam Lidl czy Biedronka”. Tymczasem wiceprezydent Gdańska Wiesław Bielawski, członek jury, architekt, mówi o projekcie „wybitnym, nietuzinkowym, świetnie wkomponowanym w lokalne uwarunkowania”.

Kościół miałby być na 27 m wysoki, z tego 6 m byłoby schowane w zagłębieniu terenu. Bryła – prosta, skromna, pudełko ze ścianą szkła od frontu i za prezbiterium, wsunięte w drugie pudełko z ażurowymi prześwitami. Bez kopuł i wież. Betonowy krzyż – wpisany w konstrukcję fasady. Ławki dla wiernych wznosiłyby się amfiteatralnie nad ołtarz. Hipermarketu to nie przypomina. Prędzej obiekt kultury.

Baum i Kwieciński to architekci znani. Spod ich ręki wyszedł dom prezydenta Wałęsy. Ich koncepcja zwyciężyła w międzynarodowym konkursie na Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Prof. Baum ma na swym koncie projekty ok. 20 świątyń, bardziej i mniej udanych. Jest wśród nich świątynia we Władysławowie, wzniesiona pół wieku temu i już w 1987 r. wpisana do rejestru zabytków. Znajomi architekta twierdzą, że zabolało go porównanie do Biedronki. On sam nabrał wody w usta. Trwają poszukiwania kompromisu z kurią.

Jak wilkołak w krzakach

Trójmiejski establishment nie powitał z entuzjazmem mianowania abp. Głódzia metropolitą gdańskim (2008 r.). Nowy arcypasterz był kojarzony z tzw. Kościołem toruńskim. Popularności nie przysporzył mu spór o Park Oliwski. Metropolita ostatecznie zrzekł się roszczeń do Parku, gdy otrzymał od miasta wycenioną na 450 tys. zł działkę za 1 proc. jej wartości. Arcybiskup żalił się w wywiadzie dla „Dziennika Bałtyckiego”: „A jak mnie pokazywano, kiedy odzyskałem ten hektar Parku Oliwskiego, który nam się przecież należał? Jak wilkołaka, który siedzi w krzakach i czeka na matkę z dzieckiem w wózku”.

Metropolita stworzył sobie azyl – prywatną siedzibę w zabytkowym kolegium jezuickim w Gdańsku Oruni, wcześniej zaniedbanym, popadającym w ruinę; w kompleksie kurialnym w Oliwie ma tylko biuro. Stopniowo jednak oswoił ze sobą lokalnych włodarzy.

Upodobania estetyczne nowego metropolity uzewnętrzniały się stopniowo. A to ktoś zauważył, że płotek, którym z jego inicjatywy otoczono pomnik księdza Bronisława Komorowskiego, zamęczonego w Stuthoffie, jest jak złoty ząb przy postaci kapłana w obozowych drewniakach. A to zaczęły się namowy, by pomnikami uczcić Jana Pawła II. Prezydenci Gdańska i Sopotu bronili się, że takie już są. Na gdańskiej Zaspie powstał dedykowany Janowi Pawłowi II park. Usłyszeli, że co to za pomnik, który koza może zjeść?

Jesienią 2010 r. ofiarą gustu arcybiskupa (albo może ofiarą własnego pryncypializmu) padł dr Jacek Friedrich, gdański historyk sztuki, który szefował wtedy Wojewódzkiej Radzie Ochrony Zabytków. Poszło o upamiętnienie ofiar katastrofy smoleńskiej. Dr Friedrich nie jest przeciwny upamiętnianiu wydarzenia. Jednak wprowadzenia kiczu do arcydzieła, jakim jest gdański kościół Mariacki, najzwyczajniej nie zdzierżył. Poszło o ogromne epitafium ku czci ofiar, autorstwa Andrzeja Renesa, ozdobione rzeźbą Chrystusa Zmartwychwstałego.

Renes to ulubiony twórca abp. Głódzia, wcześniej (podczas rządów diecezją warszawsko-praską) lansowany w stolicy. Choć dzieło Renesa w kategoriach estetycznych mogłoby rywalizować z Chrystusem ze Świebodzina, pomorski konserwator zabytków zgodził się na jego umieszczenie w gdańskiej Bazylice Mariackiej. Friedrich w proteście zrezygnował z piastowanej funkcji. W liście otwartym do arcybiskupa poparli go historycy sztuki z całej Polski. Innej rzeźbie Renesa – św. Wojciechowi, która miała pełnić też funkcję fontanny na dziedzińcu kurii biskupiej w Oliwie, pomorski konserwator powiedział nie.

Mały Licheń

Ambicje metropolity, by pozostawić po sobie w Gdańsku prawdziwie widoczny ślad, okazałą świątynię, ujawniły się już w październiku 2008 r., gdy Paweł Adamowicz urządził fetę z okazji dekady swojej prezydentury w tym mieście. Arcybiskup przybył z darem: projektem świątyni giganta autorstwa architekta włoskiego (powierzchnia – 6 tys. m kw., kubatura – 169 tys. m sześc., wysokość korpusu 85 m, krzyża – 111 m). „To konkretny prezent, panie prezydencie – mówił metropolita. – Wręczam i żeby tylko nie leżał w urzędowych szufladach. A jeśli nie dacie działki, zbudujemy świątynię gdzie indziej”.

Kościół miał mieścić w murach 4 tys. osób. Arcybiskupowi marzyła się działka na terenach postoczniowych, o krok od centrum miasta. Kłopotliwy dar, Adamowicz miał jednak prosty argument: tereny te są własnością inwestorów prywatnych i miastu nic do nich. Ostatecznie dar spoczął w biurku jego rzecznika prasowego.

Wiosną 2010 r. arcybiskup przyszedł do władz Gdańska z nową inicjatywą, by Jana Pawła II, gdy zostanie błogosławionym, uczcić dedykowanym mu kościołem. Pokazał projekt, który przypominał Bazylikę św. Piotra w Rzymie (potężna kopuła, kolumny). Urzędnicy nie bez powodu nazwali to małym Licheniem. Ale mieszkańcy ulicy, przy której kościół miał powstać, zorientowali się, że ich mieszkania, oddalone o kilkanaście metrów od budowli, zostaną pozbawione światła słonecznego. Zaczęli protestować. Władze miasta zaoferowały wtedy arcybiskupowi inną lokalizację (1,2 ha na Łostowicach, przy ul. Wielkopolskiej, za 1 proc. ceny), sugerując jednocześnie, że dobrze byłoby, gdyby projekt świątyni został wybrany w drodze konkursu. Wtedy duchowny dał się namówić. – To, że arcybiskup zgodził się powierzyć sprawę fachowcom – relacjonuje wiceprezydent Bielawski – uznaliśmy za dobrą zapowiedź. Przecież musiał się spodziewać, że projekty niekoniecznie będą w jego guście.

Gabaryty i limity

Mieszkańcy ul. Wielkopolskiej o tym, że po sąsiedzku powstanie kościół, dowiedzieli się w kwietniu 2011 r., gdy działkę, na której miały być usługi (komisariat i poczta), ogrodzono i postawiono krzyż. Nie protestowaliby – jak mówią – gdyby w grę wchodził mały kościółek. Napisali do prezydenta miasta: „Kupując mieszkania (...) sprawdzaliśmy plan zagospodarowania przestrzennego i m.in. na jego podstawie podjęliśmy decyzję o zamieszkaniu w tym rejonie (...). Nie rozumiemy decyzji podjętej bez naszej wiedzy o oddaniu terenu miasta na cele sakralne, kiedy w okolicy jest sześć innych kościołów. (...) Na terenie dzielnicy Zaspa, gdzie jest o wiele więcej mieszkańców, są zaledwie dwa kościoły. U nas powstaje już siódmy”.

Na święcenie krzyża przybyli duchowni z metropolitą na czele, przybył prezydent Adamowicz. Z okien witały ich transparenty: „Chcemy usług, nie

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną