Wywiad: Dlaczego sprawa Madzi stała się taką sensacją
Matka Polka i inne role
Martyna Bunda: – Dlaczego spośród tylu innych historii zaginionych, a czasem też zamordowanych dzieci akurat sprawa Magdy tak porusza publiczność?
Dr Ewa Woydyłło: – Z powodu zbiegu wątków, które zwykle chwytają uwagę mediów. Bo to oczywiście media sprawiły, że ta historia stała się tak głośna. A znaczenie zasadnicze ma tu element szoku, który następuje zawsze, gdy dzieje się coś, co wydaje się nam niemożliwe.
Tutaj te kolejne szokujące wątki następowały po sobie: uprowadzenie dziecka z wózka, potem śmiertelny wypadek – czyli wina matki. Ta wina jest tu ewidentna, niezależnie od tego, jakie intencje miała matka i co faktycznie zrobiła. Jeśli zdarza się wypadek, to matka dzwoni po pogotowie.
Ważny jest zatem wątek winy i kary. Dzieciobójstwo to jest złamanie normy rasy ludzkiej.
To dlatego każda wzmianka w sprawie Magdy wywołuje tyle emocjonalnych komentarzy?
Każdy z nas ma troszkę tęsknotę do zaistnienia w roli opiniotwórczej, roli manifestanta. A Polacy są zbytnimi indywidualistami, żeby zaistnieć np. wokół spraw lokalnych. Inicjatywy typu kosze na psie kupy u nas nie chwytają, bo w takich przypadkach trzeba wygenerować energię i mieć jakieś poglądy, prócz tych politycznych. A przy historiach jak ta nie trzeba mieć poglądów. Wystarczą lęki, smutek, przerażenie: jak ona mogła to zrobić? „Ja tu mam troje dzieci i proszę – zajmuję się nimi, choć też mam dosyć”.
Może część widzów odnalazła w tej historii swoje lęki? Każdy mający dzieci choć raz musiał się zmierzyć ze skalą własnej frustracji, bezsilności. W kraju matek Polek dzieciobójstwo to chyba największy wstrząs.
Na stereotyp matki Polki w kontekście tej historii spojrzałabym pod trochę innym kątem. Mamy Katarzynę, dziewczynę ze wspólnoty chrześcijańskiej, w której istnieje pewien wyraźny system wartości. Zachodzi w ciążę, narzeka na swój los, ale te narzekania są tłumione. Słyszy: jak możesz w ogóle tak myśleć? Moralność katolicka, która była wszak i jej systemem wartości, jest bezwzględnym reżimem. Co się dzieje, kiedy człowiek milknie, tłumi to, co przeżywa? Zawsze wówczas dochodzi do patologii. Taki stan rzeczy generuje napięcie trudne do wytrzymania. W tym wypadku doszło do tragedii.
Teraz czytam, że psychiatrzy orzekli, iż Katarzyna W. była poczytalna. A ja mam za sobą 25 lat pracy w szpitalu psychiatrycznym i choćby dlatego tę poczytalność traktuję trochę jak figurę stylistyczną. Poczytalność to jest konstrukt zamknięty, mechaniczny, koncepcja sztywna, podczas gdy w istocie człowiek jest niesamowicie złożoną, dynamiczną konstrukcją psychiczną. Jeśli ta dziewczyna zamierzała coś zrobić swojemu dziecku, najrozsądniej byłoby po jego upuszczeniu zawołać do domu jakieś służby. To prawdopodobnie zamaskowałoby jej upiorne intencje. Ale ona tego nie zrobiła. Nie działała więc w pełni racjonalnie. Nawet jeśli to zaplanowała, to nie działała ze spokojem. Sądzę, że była w panice, a źródła tej paniki upatrywałabym między innymi w tle kulturowym, społecznym.
Czyli gdzie?
Katarzyna nie miała w sobie – jeszcze czy też w ogóle – genu matki. Nazwijmy to instynktem macierzyńskim, jak chcemy. Kobieta mając własną matkę (czy też opiekuna, opiekunkę), mając z taką osobą dobrą więź, przejmuje całą schedę, z której korzysta, stając się matką. Dobroć, czułość, opiekuńczość. Tak się rozwija ludzkość i tak to ma działać. Tutaj – nie zadziałało.
Z praktyki zawodowej wiem, że część ludzi po prostu nie jest w stanie pokochać swojego dziecka i trzeba im na to pozwolić. To, czy dziecko jest chciane, zależy nie od statusu materialnego, ale od tego, czy rodzic pragnie siebie w nowej roli, czy ta rola będzie jego życie ubogacała (dobre słowo, kościelne, ale pasujące). Nie o to chodzi, w jakiej religii człowiek wychowa swoje dziecko, jak będzie spędzać z nim czas, ale o to, czy umie przyjąć zmiany, jakie pojawienie się dziecka wywołuje w jego życiu.
Ta dziewczyna nie miała wewnętrznej zgody na to, kim jest, gdzie żyje, na to, co wiąże się z jej rolą osoby oczekującej na dziecko, a potem na rolę matki – ale przecież nie mogła powiedzieć: nie, nie będę matką.
Katolicy powiedzą: mogła. Są okna życia.
Ale w społeczeństwie zbudowanym na stereotypie matki Polki nawet taka decyzja może okazać się zbyt kosztowna społecznie. Bo dla matki Polki jedynym wyjściem jest poświęcenie siebie.
I tu dochodzimy do miejsca tego stereotypu w dzisiejszych realiach. Matkę Polkę powołano do życia jako mit w realiach zupełnie innych. Gdy jeszcze istniały sieci wsparcia społecznego – rzesze babć, ciotek, kuzynek, wspierających matkę. Gdy w rolę matki wchodziło się w sposób naturalny, oczywisty, bo alternatywą był tylko klasztor.
Bohaterka tej historii, podobnie jak miliony młodych kobiet, żyje w realiach dzisiejszych i została ze swoim dzieckiem sama. Sama była w domu, sama z tym wózkiem biegła przez zarośla. Nie znając roli, którą ma wypełnić, prawdopodobnie nie potrafiąc jej udźwignąć.
Matek, które są same z niemowlaczkiem, jest w Polsce kilka milionów i są pozbawione wsparcia. I to jest zjawisko, które powinno nami wstrząsnąć. To nasza odpowiedzialność społeczna. Tak jak jej na pewno zabrakło kompetencji rodzicielskich, tak nam wszystkim brakuje kompetencji obywatelskich.
Można inaczej?
W Skandynawii w ciągu pierwszych dni, tygodni, przychodzi codziennie do młodej matki służbowo – pielęgniarka, psycholog, lekarka. Ja nie mówię, że u nas jest pod każdym względem źle. Ale brak przyzwolenia na wolność wyboru, połączony z brakiem szacunku i wsparcia dla matek i z żywym wciąż stereotypem matki Polki, a także z katolicką moralnością, w której nie ma miejsca dla kobiet niebędących w stanie pokochać i wychować dzieci – to jest bomba z opóźnionym zapłonem. Będzie jeszcze wiele takich tragedii.
A inne role w tej historii? Pan Rutkowski na przykład?
To rola wodzireja wodewilowego, jeśli można takiego porównania użyć w kontekście takiej tragedii. Chce być obecny. Zamanifestować sprawność zawodową. Pokazywać się, żeby ludzie się dowiedzieli, usłyszeli. Dla niego to zresztą być albo nie być. Panoszy się w imię własnego interesu, kompletnie nie licząc się z tym, że jego działania mogą paskudnie, obrzydliwie oddziaływać na ludzi. Że mogą ich rozsierdzić. Wobec rodziny, ale może i szerzej wobec oczekiwań społecznych, wziął też rolę ratownika, przewodnika. Osoby niezawodnej.
A rola tabloidów? Krzysztof Rutkowski wysyłał do obu bulwarówek esemesy, że oto Katarzyna czy Bartek o tej i o tej godzinie będą tu i tu.
...[pełna treść dostępna dla abonentów]

