Reportaż z Żarnowca
Gorączka atomowa
Ostatni gość hotelowy
Symbolem upadku Elektrowni Jądrowej Żarnowiec jest wielki kompleks hotelowy w Nadolu: położony nad samym jeziorem luksusowy obiekt z kinem, centrum fitness, halą sportową i zakładami usługowymi. Kiedy budowa została wstrzymana, 4 tys. jego gości pozostało bez pracy i perspektyw. – Po dwóch tygodniach picia skończyły się pieniądze, po miesiącu zapasy jedzenia w magazynach – wspomina Leonard Żybiński, ostatni mieszkaniec hotelu. – Wkrótce zawiązała się wspólnota mieszkaniowa, która przez kolejne lata próbowała finansować przynajmniej prąd i ogrzewanie. Szybko jednak przybywało różnych szwagrów, którzy za nic nie płacili. Kiedy odcięto media, część powoli zaczęła się wynosić. Niektórzy zabierali ze sobą witryny okienne, a nawet ściany.
Wydłubane z hotelu cegły można było sprzedać na wolnym rynku albo zainwestować we własną budowę. Złodzieje złomu piłami spalinowymi powycinali nawet zbrojone filary podtrzymujące stropy w pomieszczeniach. – Już tak piłowali, że cała konstrukcja chwiała się na boki. Były dni, że pracowało kilka ekip naraz – wspomina Żybiński.
Dziś hotelem nie interesują się nawet złodzieje złomu, bo wymontowane zostało wszystko, co można wyrąbać średniej wielkości urządzeniami mechanicznymi. Leonard Żybiński, były pracownik laboratorium EJ Żarnowiec, bez gazu, prądu i wody mieszka w ostatnim pokoju z oknem, jaki zachował się w opuszczonym budynku. A raczej w monstrualnej ruinie, która w każdej chwili grozi zawaleniem.
Prawdopodobnie nie da się dziś precyzyjnie ocenić, ile pieniędzy zabetonowano nad Jeziorem Żarnowieckim. Ostrożne szacunki mówią o 500 mln dol., ale największą sumę i tak musiał wyłożyć rząd Tadeusza Mazowieckiego. Do zapłacenia został bowiem rachunek za cały zamówiony sprzęt. Jak liczą specjaliści, razem z nim elektrownia Żarnowiec mogła kosztować nawet do 2 mld dol.
Pompy, wymienniki ciepła, wytwornice pary, zbiornik i stabilizatory ciśnienia: całymi miesiącami sunęły do Polski składy kolejowe, z którymi nie za bardzo było co zrobić. – Większość sprzętu trzeba było sprzedawać po cenie złomu – mówi Janusz Włodarski, dyrektor Polskiej Agencji Atomistyki. – Wiele nowoczesnych urządzeń za ciężkie dolary poszło do przetopienia. Jeden z reaktorów za półdarmo zgodziła się kupić fińska elektrownia Loviisa oparta na radzieckiej technologii, ale z resztą nie było co robić.
Największy problem pozostał jednak na miejscu. Oprócz hotelu w Nadolu do zlikwidowania pozostało jeszcze ok. 650 obiektów na 425 ha. Zgodnie z gwarancją potężne budowle z betonu przetrwają tysiąclecia. Przez kilkanaście lat kolejne ekipy rządowe zastanawiały się, co zrobić z setkami hektarów księżycowych pustyń ciągnących się wokół Jeziora Żarnowieckiego. W miejscach zaprojektowanych pod reaktory atomowe przez chwilę działała rozlewnia wódek. Próbowano też uruchomić mleczarnię, przetwórnię warzyw, browar i hutę szkła.
Utworzona została specjalna strefa ekonomiczna z ulgami podatkowymi. W części hal udało się w końcu uruchomić produkcję konserw sardynkowych i szprotowych, blatów z utwardzanego drewna i artykułów do pielęgnacji roślin. Ale w okolicy bezrobocie i tak dochodzi do 40 proc.
Jądrowa od nowa
Największym pracodawcą w okolicy pozostaje przygotowana dla siłowni jądrowej elektrownia szczytowo-pompowa. W nocy, kiedy energia jest dużo tańsza, pompuje wodę z jeziora do sztucznego zbiornika, jaki wykopano na najwyższym okolicznym wzniesieniu, żeby w dzień spuścić ją w dół i dzięki prądotwórczym turbinom wyjść na swoje.
Mocy w okolicy wciąż jednak brakuje; dotyczy to całego pasma północnych województw. Polscy i amerykańscy biznesmeni próbowali uruchomić w okolicy Żarnowca elektrownię gazową i wiatrową, jednak ani jednej, ani drugiej nie udało się dokończyć. Odważni próbują jednak nadal.
Próbować muszą nie tylko oni. Mniej więcej za 15 lat Polska przestanie się mieścić w unijnych normach odpadów i zanieczyszczeń emitowanych przez tradycyjne elektrownie węglowe. Sam tylko Bełchatów produkuje 3 mln ton odpadów paleniskowych rocznie. Na południu Polski od dawna brakuje miejsc pod kolejne hałdy. W poszczególnych krajach Unii Europejskiej siłownie jądrowe produkują nawet do 80 proc. elektryczności. Nieubłagany wzrost popytu na energię nie zostawia wątpliwości – elektrownia atomowa musi w końcu powstać i w Polsce. Kiedy więc minionej zimy z nadolskiego hotelu wyprowadzali się ostatni sąsiedzi Leonarda Żybińskiego, w Warszawie rząd przyjął dokument pt. „Polityka energetyczna kraju do 2025 r.”, zakładający, że stanie się to najpóźniej za 15 lat.
Niektórzy eksperci mówią, że naturalną lokalizacją dla tej nowej siłowni jądrowej może być... Żarnowiec. Pomysł poparł Instytut Energii Atomowej w Świerku. „Po pierwsze, to północ kraju, gdzie jest mało elektrowni i energię ciągnie się ze Śląska – mówił „Gazecie Wyborczej” prof. Stefan Chwaszczewski, szef IEA. – Po drugie, jest tam gotowa infrastruktura, jak choćby sieci elektroenergetyczne”.
Ale prawo atomowe nie pozwala na kontynuowanie prac przerwanych na dłużej niż rok (a ponadto działa w Żarnowcu wspomniana specjalna strefa ekonomiczna). Wymienia się więc inne lokalizacje: Chełmno, Klempicz, Kopań, Korolewo, Nieszawę, Tczew. Zwolennicy Żarnowca wiedzą już jednak, jak problem ominąć. Elektrownię można zbudować obok starych fundamentów. W pobliżu dawnej wsi Kartoszyno pozostało jeszcze trochę łąk i lasów. Ok. 40 ha wolnego miejsca.
***
Reportaż powstał w 2005 roku. Był publikowany w Tygodniku POLITYKA

