Roman Frister z Jerozolimy
23 stycznia 2012

Ortodoksyjni Żydzi terroryzują Izrael

Siedem dni w Izraelu

Opisane niżej wydarzenia z końca grudnia zestawiono wybiórczo. Chronologia też nie ma znaczenia. Ale bardzo niepokoi to, o czym coraz mocniej świadczą.

Dzień pierwszy

Jeden z najczarniejszych poranków w życiu prezydenta Szymona Peresa: ledwie zdążył zasiąść za biurkiem, dzwoni telefon. Na linii dr Ron Pundak, dyrektor Centrum Pokoju, które Peres sam założył w 1956 r. Centrum inicjuje izraelsko-arabski dialog i współpracę gospodarczą, kulturalną, naukową i sportową na Bliskim Wschodzie. Instytucja cieszy się szacunkiem krajów Unii Europejskiej oraz licznych organizacji pozarządowych. Z całego niemal świata płyną datki, ale wysokie opodatkowanie w Izraelu utrudnia działalność Centrum. Urząd Skarbowy może przyznać ulgi i o nie starał się dr Pundak. Dostał – w skrócie – taką odpowiedź: „Skarb Państwa zwolni nas z podatków, jednak pod warunkiem, że przestaniemy wypłacać stypendia lekarzom palestyńskim ze Strefy Gazy, specjalizującym się w izraelskich szpitalach”.

„Nie muszę chyba podkreślać, że jest to decyzja sprzeczna z obowiązującym prawem” – mówi dyrektor Centrum, który wręcz wstydzi się cytować treść całego pisma. 180 znanych postaci wpisało się na listę rady gubernatorów Centrum, wśród nich Umberto Eco, Jimmy Carter, Henry Kissinger, baron Edmond de Roth­schild, Michaił Gorbaczow, Aleksander Kwaśniewski i Ahmed Kurei, jeden z inicjatorów porozumień w Oslo. Prezydent Izraela znany jest jako człowiek wielkiej ogłady, ale nikt by się nie zdziwił, gdyby po rozmowie z Pundakiem głośno przeklął. Niełatwo jest być głową państwa, w którym układy polityczne pachnące rasizmem kierują nawet postępowaniem urzędnika skarbowego.

Dzień drugi

Poseł Mosze Gafni z ortodoksyjnej partii Degel Ha Torah proponuje nową ustawę: każdy obywatel Izraela, Żyd czy Arab, będzie musiał podpisać swoistą lojalkę za każdym razem, gdy zechce otrzymać nowy dowód osobisty, świadectwo niekaralności, odpis metryki urodzenia lub jakikolwiek inny dokument wydawany przez urzędy państwowe. Petent potwierdzi własnoręcznym podpisem, że nigdy nie będzie działał na szkodę ojczyzny, np. biorąc udział w antyrządowych demonstracjach lub uczestnicząc w działalności organizacji i stowarzyszeń zwalczających oficjalną politykę kraju.

Poseł Gafni wniósł projekt ustawy do Knesetu i zyskał poparcie ugrupowań religijnych i ultraprawicowych. Na szczęście nie uzyska niezbędnej większości głosów, jednak cała sprawa charakteryzuje nastroje polityczne w kraju u progu 2012 r.

Dzień trzeci

Na Zachodnim Brzegu, za cichym przyzwoleniem rządu, buduje się setki nowych domów. Osadnikom to nie wystarcza. Niemal codziennie wyrastają na dziko budynki mieszkalne i gospodarcze, często wznoszone na prywatnej ziemi Palestyńczyków. Odpowiedzialna za tę akcję jest skrajnie narodowa Młodzież ze Wzgórz, która nie uznaje nakazów i zakazów władz. Bojkotowane są nawet prawomocne wyroki sądowe. Żołnierzy, którzy usiłują je egzekwować, uważa się za wrogów narodu.

W odwecie za akcję wojska, które usiłowało uniemożliwić budowę nowego osiedla, kilkudziesięciu młodych osadników wtargnęło do bazy wojskowej. Podczas starcia osadnicy zranili dowódcę jednostki, płk. Tsura Harpaza. Ten, już leżąc w szpitalu, powiedział: „Bardziej od uderzenia kamieniem w głowę zabolał mnie okrzyk »nazista«. Moja babka przeszła przez nazistowski obóz koncentracyjny; zmarła niedawno w wieku 91 lat...”.

Płk Harpaz, oceniając sytuację na Zachodnim Brzegu, twierdzi, że jeśli premier nie zdusi buntów w zarodku, osadnicy nie poprzestaną na rzucaniu kamieniami, lecz sięgną po broń. Dla narodowych fanatyków nie ma żadnej świętości poza świętością Ziemi Obiecanej.

 

 

Dzień czwarty

Płonie szósty z kolei meczet, tym razem we wsi Brukin, w pobliżu osiedla Alei Zahaw w Samarii. Do pierwszego incydentu tego rodzaju doszło kilka miesięcy temu w beduińskiej wsi w Galilei. Teraz bezczeszczone są muzułmańskie domy modłów na Zachodnim Brzegu i we wschodniej Jerozolimie. Na osmalonych ścianach budynków sprawcy zostawiają swój autograf: Nasza Cena. To nazwa żydowskiej organizacji terrorystycznej, wspieranej przez niektórych rabinów znanych władzom. Licząc się z wewnętrzną i światową krytyką, premier Netanjahu zapowiedział bezpardonową walkę z żydowskim terroryzmem. Jednostki wojskowe na terenach okupowanych po raz pierwszy będą mogły zatrzymać „do wyjaśnienia sprawy” Izraelczyków naruszających prawo. Na razie nie skorzystały z tych uprawnień.

Powołany został specjalny zespół śledczy, aresztowano czterech podejrzanych uczniów szkoły rabinackiej, ale – dotychczas – żaden ze sprawców nie zasiadł na ławie oskarżonych. Media coraz częściej przypominają zamordowanie premiera Icchaka Rabina przez żydowskiego nacjonalistę i ostrzegają przed następstwami polityki koniunkturalnych ustępstw: ­Netanjahu wie, że bezpardonowa walka z rabinami i politykami wspierającymi każdy sposób rozbudowy osiedli na terenach okupowanych może doprowadzić do rozpadu z trudem zmontowanej koalicji rządowej. Utrzymanie władzy wydaje się jego najistotniejszym priorytetem.

Dzień piąty

Organizacje i fundacje pozarządowe – szczególne te, które krytykują politykę Izraela na ziemiach okupowanych i czynnie wspierają Palestyńczyków, na przykład przygotowując im za darmo skargi sądowe na konfiskatę ich prywatnej ziemi – od dawna są solą w oku prawicowej większości w Knesecie. Kilku prawicowych posłów przygotowało projekt ustawy nakładającej wysokie podatki na darowizny dla instytucji sprzeciwiających się polityce kolonizacji Zachodniego Brzegu. W niektórych przypadkach ma sięgać 45 proc. wpłacanych sum. Projekt ustawy wywołał szczególne oburzenie w W. Brytanii i we Francji; rządy obu tych państw zaliczają się do najbardziej hojnych darczyńców. Pisemny protest wysłało do Jerozolimy także pięć delegacji członkowskich Rady Bezpieczeństwa ONZ. Protesty zagraniczne spowodowały interwencję gabinetu izraelskiego, który uznał, iż „nie jest to właściwy czas na inicjatywę tego rodzaju”. Nie oznacza to jednak, że akcja prawicowców na zawsze została odłożona do lamusa.

Dzień szósty

Mieszkańcy jerozolimskiej dzielnicy Mea Szearim ustawiają barykadę wózków z niemowlętami w poprzek jedynej przejezdnej ulicy. Ortodoksyjni fanatycy postanowili w taki sposób uniemożliwić przejazd miejskich autobusów, w których mężczyźni i kobiety mogą siedzieć na wspólnych ławkach. Religijni fanatycy domagają się całkowitej segregacji płci we wszystkich miejscach publicznych. Władze są często bezradne wobec takich demonstracji, ponieważ każda interwencja policyjna może się zakończyć rozlewem krwi. Sąd Najwyższy uznał żądania ortodoksów za bezprawne, ale czasem przedsiębiorstwa transportowe podporządkowują się żądaniom rabinów z przyczyn czysto finansowych – w obawie przed utratą pasażerów.

 

 

Na trasie Aszdod–Jerozolima kursuje autobus, w którym przestrzega się tej (oczywiście nielegalnej) segregacji kobiet i mężczyzn. W piątkowe przedpołudnie kierowca autobusu tej linii zażądał od pasażerki Tani Rosenblit, by przesiadła się na tylne siedzenie. Rosenblit odmówiła i została z pojazdu wysadzona. Wprawdzie minister transportu Izrael Katz zaprosił ją po tym incydencie do siebie i oznajmił, że „w Izraelu w 2012 r. nie będzie żadnej separacji kobiet i mężczyzn” i że szanują przekonania ortodoksyjnych obywateli, ale nie pozwolą na żadną dyskryminację, ale minister powiedział

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną