Opowieści z rodzinnego grodu
W dramatycznych latach, wbrew największym przeciwnościom losu, Polacy i Węgrzy wspierali się wzajemnie. Na przykład w Stanisławowie, który w II RP znajdował się dosłownie o krok od południowej granicy.
Na karpackim Pokuciu mieszkało wiele narodowości – Polacy, Ukraińcy, Rusini, Huculi, Żydzi, Niemcy, Ormianie, Węgrzy, Rumuni, Cyganie – i od stuleci przenikały się tu różne kultury. Podkarpacie było polskie, Zakarpacie węgierskie, bez względu na to, czy tereny te należały do Polski, Węgier czy – od początków XIX w. – do Austrii. Właśnie w tym czasie Polaków i Węgrów po obu stronach Karpat najmocniej połączyło dążenie do odzyskania niepodległości. Było, minęło. Od 1945 r. tereny te znalazły się pod władzą radziecką, a dziś należą do niepodległej Ukrainy. W 1962 r. Nikita Chruszczow, przywódca ZSRR, przemianował Stanisławów (po ukraińsku Stanislaw) na Iwano-Frankowsk. I tak już zostało.

Wiosna Ludów

Dobre imię Węgrów ugruntowało się w Stanisławowie w czasie Wiosny Ludów. W skład stacjonującego w mieście austriackiego garnizonu wchodził również szwadron węgierskich huzarów, dowodzony przez kapitana Janosa Lenkeya. Tuż po wybuchu powstania 15 marca 1848 r. w Budapeszcie doszło również na początku kwietnia do rozruchów w Stanisławowie. Podobnie jak na Węgrzech, polska ludność w Galicji domagała się wolności. Dowódca garnizonu polecił węgierskim huzarom spacyfikowanie demonstracji. Kapitan Lenkey odmówił wykonania rozkazu. Demonstrację stłumili Austriacy. Padły strzały, było wielu rannych i jeden zabity. Jego pogrzeb stał się okazją do jeszcze większej demonstracji. Znów wyszło wojsko.

Jakież jednak było zdumienie Austriaków, kiedy okazało się, że trumnę niosą na ramionach węgierscy huzarzy, w pogrzebie uczestniczy cały szwadron z bronią w ręku, a obok polskich flag łopoce i węgierska. Dzięki temu uniknięto kolejnej masakry. Następnego dnia Lenkey został aresztowany. Wtedy szwadron zbuntował się i ruszył na Węgry. Dowódca garnizonu zwolnił wówczas kapitana z aresztu i wysłał go za huzarami, by rozkazał im zawrócić. Lenkey dogonił szwadron i dla zachowania pozorów dał się wziąć podwładnym za jeńca. Faktycznie natomiast poprowadził oddział przez zaśnieżone Karpaty na Węgry, co było już jawną dezercją – kula w łeb za to – i dotarł do kraju, gdzie węgierskie oddziały przechodziły na stronę powstańców. Na Węgrzech jest czczony do dziś jako jeden z bohaterów powstania, którego największymi wszakże postaciami byli Ludwik Kossuth oraz polski generał Józef Bem.

Węgiersko-polskie rodziny

W Stanisławowie było dużo polsko-węgierskich małżeństw. Na ulicy 3 Maja znajdował się sklep z materiałami odzieżowymi Kerekgyarto. Właścicielem był Węgier o tym trudnym do wymówienia nazwisku, chyba inżynier, miał trzy córki: Irmę, Linę i Olgę. Kerekgyartowie byli bardzo zamożni. Irma i Lina były pannami, a Olga wyszła za mąż za Polaka, wysokiego rangą urzędnika kolejowego, który podróżował służbowo po całej Europie i przy okazji zawsze kupował obrazy. Wszystkie ściany w mieszkaniu Kerekgyartów były obwieszone obrazami niczym w galerii. Moja matka, z którą raz i drugi byłem u państwa Kerekgyartów, zachwycała się kolekcją i niejednokrotnie wspominała później, że były tam cenne dzieła francuskich impresjonistów. Bez wątpienia była to najwartościowsza prywatna kolekcja w Stanisławowie.

Węgierki będące żonami Polaków założyły kółko towarzyskie i regularnie się spotykały. Oczywiście było to kółko miejscowej inteligencji, a więc wyższej sfery. Najważniejszą postacią była żona generała Romualda Dąbrowskiego – Elżbieta Brulik, córka barona węgierskiego, który był znanym tenorem i śpiewał w operach w Budapeszcie i Wiedniu. Elżbieta bywała na dworze cesarzowej Sissi i tam poznała urodzonego na Bukowinie młodego Polaka, oficera C.K. – Dąbrowskiego, który był adiutantem wyższego rangą wojskowego dostojnika na cesarskim dworze. Romuald ukończył szkołę kadetów w Budapeszcie, a następnie słynną Akademię Wojskową Ludovica. Od 1895 r. służył na Węgrzech, naprzód jako dowódca batalionu, a potem pułku piechoty. Wyróżnił się w czasie I wojny światowej na froncie rosyjskim i doszedł w armii austro-węgierskiej do stopnia podpułkownika. Następnie już w wojsku polskim zyskał w wojnie z bolszewikami sławę świetnego dowódcy dywizji. Generałem został mianowany w 1927 r. Mówił świetnie po węgiersku. Po przejściu na emeryturę zamieszkał w Stanisławowie. Był moim ojcem chrzestnym. Dąbrowscy mieli dwóch synów: Franciszka i Romualda. Obaj byli oficerami, kapitan Franciszek Dąbrowski zasłynął jako zastępca dowódcy Westerplatte majora Sucharskiego.

Węgierką była też żona doktora Erazma Niemczewskiego – Katarzyna Hezser z miasta Nagyszollos, mistrzyni Stanisławowa i Lwowa w tenisie. Startowała w mistrzostwach Polski i walczyła nawet z samą największą sławą tamtych lat Jadwigą Jędrzejowską. To właśnie ona była duszą towarzystwa, wiecznie organizowała spotkania, odczyty, wycieczki. Niemczewscy mieli starszych ode mnie – córkę Verę i syna Kazimierza. To Katarzyna ściągnęła do Stanisławowa swoją młodszą koleżankę, a moją matkę, i doprowadziła do małżeństwa z moim ojcem, również lekarzem. Z Niemczewskimi byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Doktor Niemczewski służył w Legionach Piłsudskiego i kiedy wypowiedziały one posłuszeństwo Austriakom, wraz z innymi polskimi legionistami został internowany w Maramorossziget (dziś Maramures w Rumunii). Gdy padła monarchia i rozwiązano obóz, polscy oficerowie w poszukiwaniu kwater trafiali pod gościnne dachy Węgrów. W taki sposób zupełnym zbiegiem okoliczności kapitan dr Erazm Niemczewski zatrzymał się w Nagyszollos u państwa Hezserów i poznał swą przyszłą żonę. Wielu polskich legionistów zakochało się wówczas w Węgierkach, z którymi wkrótce się pobrali.

Również trzeci lekarz dr Chorzemski miał węgierską żonę oraz trzech synów. Węgierką była Irma Ulbrich, żona właściciela cukrowni. Ich wnukiem jest Stefan Kudelski, twórca magnetofonu Nagra, żyjący w Szwajcarii. Węgierkami były żony dwóch ukraińskich lekarzy – ginekologów Małaniuka oraz Wojewidki, a także ukraińskiego adwokata Ławryszki. Do tego towarzystwa należała też rodzina ożenionego z Polką węgierskiego lekarza Ludwika Morvaya z Tyśmienicy. Nie chciał on złożyć przysięgi wierności Czechom i osiedlił się na Pokuciu. Miał syna i dwie córki. Wszystkie dzieci z tych polsko-węgierskich małżeństw mówiły lepiej lub gorzej po węgiersku, bo matkom bardzo na tym zależało.

Środowisko węgierskie było liczniejsze: sto, a może więcej rodzin. Poza pamięcią nie zachowała się żadna dokumentacja. Madziarzy spotykali się w kościele ormiańskim 15 marca, w dniu narodowego święta Węgier. Kościół był zawsze pełny, a mieściło się w nim co najmniej 400 osób. To w tym kościele po raz pierwszy w życiu usłyszałem pełen dostojeństwa i podobny w nastroju do „Boże coś Polskę” hymn „Isten ald meg a Magyart” („Boże pobłogosław Węgrom”), śpiewany niemal przez wszystkich po węgiersku.

Niezwykle aktywną na polu krzewienia węgierskości była córka doktora Morvaya, energiczna panienka Wanda, która uczyła się i mieszkała w internacie gimnazjum sióstr urszulanek przy ul. Kamińskiego. A my w 1938 r. zamieszkaliśmy dosłownie obok klasztoru. To na akademii u sióstr urszulanek w dniu 15 marca usłyszałem węgierski hymn śpiewany przez polskie uczennice. A potem oglądałem, jak polskie dziewczyny tańczyły czardasza.

Stanisławowscy Węgrzy utrzymywali kontakt ze swoimi ojczystymi stronami. Nie były to jednak wtedy Węgry, lecz Czechosłowacja. Dopiero w marcu 1939 r. tereny te wróciły do Węgier (aczkolwiek w dość ponurych okolicznościach, jako odprysk hitlerowskiego planu rozbioru Czechosłowacji; Polska weszła wtedy na Zaolzie). Na krótko mieliśmy wspólną granicę. Wywieszono wtedy na balkonach i w oknach polskie i węgierskie flagi.

Wojna i sowiecka okupacja

Wspólna granica nabrała ogromnego znaczenia z chwilą wybuchu wojny. Węgry wprawdzie znalazły się po stronie III Rzeszy, ale odmówiły Hitlerowi zgody na przemarsz wojsk niemieckich i uderzenie na Polskę od południowej flanki. Umożliwiły też ewakuację dziesiątków tysięcy Polaków, w tym całych jednostek wojskowych z brygadą pancerną płk. Maczka oraz personelu lotniczego. Zapewniły opiekę nad uchodźcami i tolerowały konspiracyjną działalność oraz przerzuty kurierskie, aż do chwili zajęcia Węgier przez Niemców w marcu 1944 r. Znaczenia nabrały więc polsko-węgierskie rodzinne powiązania, zwłaszcza w przygranicznym regionie Pokucia.

Po wejściu Sowietów węgierskie środowisko poniosło natychmiast stratę. NKWD zniszczyło generała Dąbrowskiego. W mojej pamięci, a miałem wtedy 9 lat, pozostaje, że Dąbrowskich wywieziono razem zaraz w pierwszej wywózce na Sybir. I choć pani generałowa była chorowita – leczył ją mój ojciec – a generał dziarski, to w zatłoczonym wagonie został po prostu zaduszony. Generałowa natomiast dzielnie wytrzymała podróż, czuwając przy zwłokach męża, a potem zniosła zsyłkę do Kazachstanu, gdzie zmarła pod koniec wojny. Ówczesną rzeczywistość dokładnie opisał wiarygodny i bezpośredni świadek wydarzeń Stanisław Fudalej w książce „80 miesięcy w kleszczach sierpa i młota”. Miał wówczas 12 lat i znalazł się 12 kwietnia 1941 r. na tej samej ciężarówce i w tym samym wagonie co generałowa Dąbrowska w transporcie do Kazachstanu.

Rodzinę Kerekgyarto, jako klasycznych kapitalistów, Sowieci natychmiast wyrzucili z mieszkania, ograbili z majątku i wysiedlili na peryferia. Siostry Lina i Irma były tam napastowane przez pijanych sołdatów Czerwonej Armii. Jedna z nich nie wytrzymała tych przejść i zmarła.

Węgierski garnizon

Bodaj w cztery dni po panicznej ucieczce Sowietów ze Stanisławowa, w czerwcu 1941 r., do miasta wkroczyli Węgrzy. Natychmiast położyli kres pogromom żydowskim prowadzonym przez uzbrojone grupy ukraińskie. Ukraińscy nacjonaliści w oczekiwaniu na wejście Niemców zorganizowali się, zdobyli broń, sterroryzowali miasto i polowali na Żydów. Byli pewni, że wreszcie nastanie nezawisła Ukraina.

Mieszkaliśmy wtedy na ul. Kamińskiego 13, naprzeciw kliniki dr. Gutta, obok urszulanek, i przez te kilka dni ukrywało się u nas trzech synów dyrektora banku Weissberga, dawnego sąsiada. Węgierskie dowództwo ulokowało się w klasztorze i szkole urszulanek. Nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności dowódcą garnizonu był płk Domokos Ayckler, którego żoną była serdeczna przyjaciółka mojej matki z lat młodzieńczych. Ayckler dobrze też znał braci mojej matki – Arpada i Sandora Simenfalvych, którzy zajmowali wysokie stanowiska w administracji regenta Horthyego.

Arpad Simenfalvy był liderem mniejszości węgierskiej na Zakarpaciu i po odzyskaniu jej przez Węgrów w 1939 r. został wojewodą trzech komitatów – Ugoczy, Beregu i Ungvaru (dziś na Ukrainie – Winohrady, Beregowo i Użhorod), graniczących naprzód z Polską, a w czasie wojny z Generalną Gubernią. Właśnie przez te komitaty przenikali polscy uchodźcy na Węgry, a po 1941 r. tędy wiódł szlak kurierów. Sandor Simenfalvy był natomiast dyrektorem KEOKH, czyli Państwowego Centralnego Urzędu Kontroli Cudzoziemców w Budapeszcie, a więc instytucji, która obok IX departamentu ministerstwa spraw wewnętrznych zajmowała się sprawami wszystkich uchodźców, również Polaków, na Węgrzech. Pułkownik Ayckler był ich przyjacielem i mimo niemieckiego nazwiska nie był zwolennikiem sojuszu z III Rzeszą. Oczywiście moja matka z doktorową Niemczewską natychmiast nawiązały z nim kontakt. Węgrzy szybko wprowadzili porządek i zorganizowali wydawanie żywności. Przed urszulankami ustawiły się kolejki po wydawany przez Węgrów chleb oraz gorącą zupę z polowych kuchni. Węgrzy przez kilka tygodni stanowili garnizon Stanisławowa, ale potem pojawiło się gestapo ze sławetnym hitlerowskim zbrodniarzem obersturmführerem Hansem Krugerem.

W tych pierwszych dniach pobytu honvedów (żołnierzy węgierskich) w Stanisławowie stała się rzecz niezwykła: polska ludność wrogie w końcu wojska potraktowała jako opiekunów i przyjaciół. A to z tego względu, że Madziarzy na każdym kroku okazywali Polakom pomoc i serdeczność. Jednym z wielu dowodów niech będzie choćby fragment pamiętnika Genowefy Jop-Stenzel „Sybir – wspomnienia przez łzy”. Wywieziona w 1940 r. z małymi dziećmi na Sybir, gdzie jedno z nich zmarło, zdecydowała się na ucieczkę, która cudem jej się udała, i powróciła w rodzinne strony. Tam jednak wiosną 1941 r. znów ją złapało NKWD i z dwuletnim synkiem trafiła do więzienia w Stanisławowie. Tu znów cudem uniknęła śmierci, choć Sowieci, tuż po wybuchu wojny z Niemcami, rozstrzelali w stanisławowskim więzieniu kilkaset osób. Jej nie zdążyli już zabić. Młoda, kompletnie wyczerpana kobieta z dzieckiem na ręku znalazła się całkowicie samotnie na ulicach obcego miasta.

„Wlokłam się wprost przed siebie, dziecko zaczynało podnosić rączki, coś zaczynało seplenić pa, pa, ja nawet nie zwróciłam uwagi do kogo, pochłonięta myślą – skąd zdobyć coś do jedzenia. Wtem ktoś z tyłu zaczął machać do dziecka ręką, ono zaś coraz częściej odpowiadało pa, pa. Obejrzałam się i spostrzegłam tuż za plecami starszego, szpakowatego pana w mundurze żandarmerii węgierskiej wojskowej trzymającego paluszek mego dziecka. (...) Prawda o niemowlęciu, więzieniu i moich losach wstrząsnęła tym człowiekiem. Natychmiast poprosił mnie, bym z nim udała się do kwatery wojskowej, gdzie dostałam posiłek dla siebie i dziecka oraz trochę zapasów na przyszłość. Przez okres następnych dni posyłał mi ordynansem żywność gotowaną i suchą, ale wnet Węgrzy opuścili Stanisławów i więcej już tego pana nie widziałam”.

Otwarcie granicy dla Żydów

W 1938 r. Stanisławów miał ponad 60 tys. mieszkańców, w tym jedną trzecią ludności żydowskiej. Po zajęciu Czechosłowacji przez Niemców napłynęło dodatkowo do miasta tysiące czeskich Żydów. Oni nie mieli wątpliwości, co ich czeka pod panowaniem Hitlera. Inaczej polscy Żydzi. Pamiętam rozmowy moich rodziców z Weissbergami. On, jako dyrektor banku, sporo wycierpiał pod okupacją sowiecką, siedział nawet kilka miesięcy w więzieniu.

Natychmiast uciekajcie! – przekonywał Weissbergów mój ojciec. – Niemcy wszystkich was zamordują! Korzystajcie z tego, że są tu Węgrzy i granica w tej chwili nie istnieje. Rzeczywiście, przez całą pierwszą połowę lipca granica była pilnowana tylko od strony Węgier i kto był przytomny, ten z tego korzystał. Była to druga po wrześniu 1939 r. fala uchodźców, którzy ruszyli na Węgry. Ale dyrektora Weissberga nie można było przekonać. Najgorsze sowieckie lata już za nami, twierdził, Niemcy to kulturalny naród, nie zrobią nam krzywdy.

Do ewakuacji czynnie włączył się, prawdopodobnie dzięki Aycklerowi, węgierski garnizon. Z Węgier przychodziły transporty kolejowe z zaopatrzeniem. Wagony nie wracały puste, lecz właśnie z tymi, którzy chcieli wyjechać. W dwa lata później, w innych okolicznościach, poznałem osobiście technikę tych przerzutów, ale wtedy, latem 1941 r., odbywało się to wręcz jawnie. Na rampie towarowej na Majzlach, w pobliżu willi państwa Ulbrichów, zaczęli koczować ludzie z tobołami, głównie Żydzi. Lato było niezwykle upalne i często razem z matką chodziliśmy do Ulbrichów, skąd było blisko do płynącej opodal rzeki Bystrzycy, w której beztrosko się kąpaliśmy. Warto podkreślić, że Żydzi otrzymywali na Węgrzech dokumenty polskich uchodźców bez wymieniania ich żydowskiego pochodzenia. Pozwoliło to im przetrwać całą wojnę.

W tej fali przedostało się na Węgry co najmniej kilka tysięcy uchodźców, m.in. doktorowa Niemczewska. Przyjechał po nią specjalny samochód z Węgier. Pani Niemczewska błagała męża, aby jechał razem z nią na Węgry, gdzie zresztą były już ich dzieci. Doktor Niemczewski na swoją zgubę odmówił.

Wkracza gestapo

Dopiero na początku sierpnia 1941 r. granicę Guberni zabezpieczyły niemieckie formacje grenschutzu. Węgierski garnizon opuścił Stanisławów i nastały rządy szefa gestapo Hansa Krugera. To on dokonał wcześniej brutalnej eksterminacji inteligencji polskiej we Lwowie – profesorów i pisarzy, a następnie przeprowadził identyczną akcję w naszym mieście. Od 10 sierpnia rozpoczęły się aresztowania zakończone zwołaniem przez gestapo narady polskich nauczycieli pod pretekstem przygotowań do nowego roku szkolnego. Oczywiście, nikt już z tej sali nie wyszedł. Tylko w sierpniu wymordowano pod Stanisławowem w miejscowości Czarny Las blisko 200 polskich nauczycieli, lekarzy, księży, urzędników, wśród nich znalazł się doktor Niemczewski. Kruger na własną rękę podjął się też likwidacji Żydów i w październiku, w ciągu dwóch dni, wymordował na kirkucie 10 tys. osób, a do końca 1942 r. kolejnych 25 tys.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że mój ojciec uratował się z tej pierwszej rzezi dzięki temu, że miał żonę Węgierkę. Niemniej wyrzucono nas z mieszkania przy Kamińskiego i przenieśliśmy się do skromnego domku na rogu Zarzewia i 3 Maja. Przez Stanisławów nadal przejeżdżali Węgrzy, tędy szło zaopatrzenie dla I armii węgierskiej walczącej na froncie wschodnim. Często zaglądali do nas oficerowie węgierscy z korespondencją oraz paczkami żywności i odzieży dla mojej matki. Nazwisko jednego z nich dobrze zapamiętałem – był to major policji Batisfalvy, adiutant jednego z moich wujków. Pomoc przekraczała nasze potrzeby, więc dzieliliśmy ją wśród znajomych. Jesienią 1941 r. rozegrał się dramat doktora Wojewidki, który mieszkał na Lipowej. Jego żona była piękną kobietą, Węgierką, ale żydowskiego pochodzenia. Upodobał ją sobie Kruger. Wojewidka był bardzo zamożny, więc Kruger naprzód łudził go, szantażował i wyciągnął wszystkie skarby, a w końcu nie dotrzymując obietnicy wypuszczenia na Węgry aresztował i zamordował oboje.

W maju 1942 r. aresztował też całą rodzinę Morvayów. Zaangażowali się oni w przerzut Polaków na Węgry. Mieli willę w Jaremczu, która stała się punktem przerzutowym. W dodatku młody Kazimierz Morvay jako porucznik polskiego wojska po kampanii wrześniowej znalazł się w Budapeszcie. Ponieważ doskonale mówił po węgiersku, został oficerem łącznikowym między przedstawicielstwem internowanych na Węgrzech polskich żołnierzy a węgierskim ministerstwem obrony, o czym doskonale wiedział niemiecki wywiad. 16-letnia Wanda Morvay współpracowała czynnie z kurierami, odbierała ich w Stanisławowie, przewoziła do willi w Jaremczu, skąd przedostawali się na Węgry. To właśnie ją ścigało gestapo, ale ponieważ nie mogli jej złapać, aresztowano rodziców. Wanda, aby ich ratować, zgłosiła się dobrowolnie. Natychmiast ją zamknięto, ale rodziców nie wypuszczono! Morvayowie byli torturowani i głodzeni. Węgrzy stanęli w ich obronie.

Doskonale pamiętam, jak piękna Marta Simenfalvy, żona wojewody Arpada Simenfalvy, a więc mego wujka, przyjechała jesienią 1942 r. do Stanisławowa ze specjalną misją i spotkała się z Hansem Krugerem. Przywiozła węgierskie paszporty dla Morvayów wystawione przez szefa KEOKH Sandora Simenfalvyego i wręczyła odpis oficjalnej noty węgierskiego MSZ do rządu III Rzeszy, żądającej uwolnienia Morvayów jako swoich obywateli. Przedmiotem jej misji była też interwencja w sprawie aresztowanej przez Krugera i trzymanej w stanisławowskim więzieniu hrabiny Karoliny Lanckorońskiej. Przyjeżdżała ona do Stanisławowa z ramienia zalegalizowanej przez okupanta Rady Głównej Opiekuńczej. Oprócz udzielania pomocy rodzinom aresztowanych przez gestapo RGO prowadziło znacznie szerszą działalność, było w kontakcie z ruchem oporu. Kruger aresztował hrabinę Lanckorońską w maju 1942 r., osobiście ją przesłuchiwał, dręczył, usiłując za wszelką cenę zdobyć dowody na jej współpracę z polską konspiracją. W toku tych przesłuchań pienił się, dostawał szału, a w jednym z takich ataków ujawnił, że to on wymordował lwowską oraz stanisławowską inteligencję. Mówił tak z przekonaniem, że hrabina nie wyjdzie żywa z jego rąk. Pomylił się. Pod wpływem wielu nacisków musiał pod koniec maja wypuścić hrabinę, która wszystko opisała w swoich wspomnieniach. To stało się koronnym dowodem w powojennych procesach, m.in. przeciw Krugerowi.

Być może przedstawione przez Martę Simenfalvy prośby węgierskiej arystokracji mogły mieć wpływ na uwolnienie hrabiny Lanckorońskiej, ale w sprawie rodziny Morvayów niewiele wskórała. Dr Morvay zmarł w więzieniu, córkę Wandę wywieziono do Majdanka. Chorą na tyfus Morvayową wypuszczono dopiero jesienią. Przyjęliśmy ją do nas, wykurowaliśmy i dopiero po miesiącu wyjechała do Lwowa, gdzie działała komisja Węgierskiego Czerwonego Krzyża, która zajmowała się repatriacją Węgrów zamieszkałych na dawnych polskich terenach. Znacznie dłużej trwały oficjalne starania, już dyplomatyczną drogą via Berlin, o uwolnienie 16-letniej Wandy, którą wypuszczono w końcu z Majdanka w stanie skrajnego wyczerpania. Opisała ona dokładnie tę całą historię w wydanych w Polsce i na Węgrzech „Wspomnieniach polskich uchodźców na Węgrzech”.

Więcej niż pomoc

Po tragicznym 1942 r., kiedy wydawało się, że nic nie powstrzyma zwycięstwa Niemców, nastąpiło wreszcie załamanie i zmiana sytuacji. Coraz częściej zaglądali do nas węgierscy oficerowie. Pamiętam doskonale wizytę spokrewnionego z matką majora Imre Szentpalyego z otoczenia szefa sztabu generalnego węgierskiej armii generała Szombathelyego. Było to latem 1943 r. Wkrótce potem spotkał się on u nas z zaprzyjaźnionym z nami księciem Puzyną (imienia nie zapamiętałem). Puzyna należał do jednego z najznamienitszych arystokratycznych polskich rodów. Był wysoki, chodził w długim, ciemnozielonym płaszczu, nosił myśliwski kapelusik, dokładnie taki jak volksdeutsche. Mówił kilkoma obcymi językami, doskonale po niemiecku, francusku, rosyjsku. Utrzymywał się też z nauczania języków.

Na spotkanie z majorem Szentpalym książę Puzyna przyszedł z dwoma nieznajomymi mężczyznami. Już po wojnie ojciec opowiedział mi, że byli to przedstawiciele lwowskiego okręgu AK. Ale dopiero po 1989 r., kiedy z wydanych w Londynie pamiętników hrabiego Stefana Badeniego dowiedziałem się, że ostatnim rezydentem polskiego wywiadu na Węgrzech był hrabia Andrzej Sapieha, z którym spowinowaceni byli Puzynowie – połączyłem w całość wydarzenia. Zwłaszcza że, jak pisze Badeni, Andrzej Sapieha za jego pośrednictwem po przyjeździe do Budapesztu w grudniu 1943 r. został przyjęty przez generała Szombathelyego. Być może od tego spotkania zaczęły się pertraktacje AK ze stacjonującymi na Podolu oddziałami I armii węgierskiej. Uwieńczone porozumieniem o neutralności, wzajemnym informowaniu się, a nawet odstępowaniu przez Węgrów uzbrojenia.

W latach sześćdziesiątych, kiedy jako dziennikarz zacząłem jeździć na Węgry, wielokrotnie na rodzinnym już gruncie spotykałem się z majorem Szentpalym i usiłowałem uzyskać od niego informacje o kontaktach węgierskiej armii z AK. Zdecydowanie odmawiał, bo uważał, że nadal wiąże go wojskowa przysięga. Bolał nad tym, że Węgry w czasie wojny znalazły się po stronie Niemiec, ale z kolei kontakty z AK uważał za złamanie sojuszu z Niemcami i nigdy ich nie ujawnił.

To, że w czasie wojny spotkania odbywały się u nas, było w pełni uzasadnione tym, że ojciec był jednym z niewielu lekarzy w Stanisławowie i przyjmował prywatnie pacjentów. Pracował dzień i noc, był wzywany do nagłych wypadków i miał ausweiss upoważniający do poruszania się nocą, a po drugie miał żonę Węgierkę z dobrymi koneksjami, o czym doskonale wiedzieli Niemcy.

Ucieczka na Węgry

We wrześniu 1943 r. do Stanisławowa znów zawitał węgierski garnizon, a jego dowódcą znów był pułkownik Ayckler. Jednocześnie nasiliła się akcja repatriowania Polaków, którzy mogli wykazać się węgierskim pochodzeniem lub powiązaniem. Była ona prowadzona przez hrabiego Pala Domszkyego, który rezydował wprawdzie w Warszawie, ale jego wysłannicy dostarczali odpowiednie papiery Aycklerowi, a ten pakował ludzi do wagonów, które wracały na Węgry. W taki sposób wyjechała babcia Stefana Kudelskiego pani Irma Ulbrich razem ze swoją wnuczką Lilą. Madziarzy sami plombowali wagony i nie podlegało to kontroli bahnschutzpolizei.

Nasiliły się spotkania z Węgrami w naszym mieszkaniu, a ojciec wzywany był często pod pozorem uczestniczenia w konsylium lekarskim do pozostającego pod niemiecką kontrolą szpitala, gdzie leżeli również węgierscy żołnierze. Gdzieś na początku listopada 1943 r. pojawił się u nas Ayckler i oświadczył, że natychmiast musimy wyjeżdżać. Zaczęliśmy się pakować, bo przed północą miała po nas zajechać ciężarówka. Ojciec dosłownie szalał, bo nie chciał wyjeżdżać, a także zostawić swojego wspaniałego księgozbioru, kilku tysięcy tomów cennych książek medycznych, astronomicznych i historycznych. W końcu ustąpił, bo przecież dobrze wiedział, co spotkało jego kolegów lekarzy zamordowanych przez Niemców. Ciepło ubrani, z walizkami w ręku i jedną skrzynią, do której ojciec wrzucił trochę książek, w tym oryginalną biblię księdza Wujka, czekaliśmy, kto pierwszy się pokaże: Węgrzy czy gestapo?

Ciężarówka z madziarskimi honvedami była pierwsza. Zostaliśmy zawiezieni na rampę kolejową przy moście nad torami kolejowymi naprzeciw rafinerii. Rampa była obstawiona przez węgierskich żołnierzy. Czekało już kilka polskich rodzin. Do dwóch wagonów pakowano różne sprzęty, worki, jakieś meble. Do trzeciego wszystkich nas. Uprzedzono, że pod żadnym pozorem nie możemy zdradzić naszej obecności w wagonie. Wypuszczą nas dopiero Węgrzy, już u siebie. Zasunięto i zaplombowano drzwi towarowego wagonu. Ruszyliśmy jeszcze nocą. Kilka razy stawaliśmy, minął dzień i druga noc, było potwornie zimno, więc ścisnęliśmy się wszyscy w jednym kącie i okryliśmy kocami, aby wzajemnie się ogrzewać. Szybko skończyła się ciepła herbata w termosach i zabrany przez ojca medyczny spirytus.

W Karpatach leżał śnieg. Chyba najdłużej staliśmy w Ławocznej, która znajdowała się jeszcze na terenie GG. Tam słyszeliśmy niemieckie rozmowy, stukanie młotkami. Wreszcie pociąg ruszył. Pół godziny później zazgrzytały drzwi i węgierski żołnierz słowami Itt vannak ezek a Lengyelek! (Tu są ci Polacy!) oznajmił dotarcie do celu. Stacja nazywała się Korosmezo. Na wpół zamarzniętych wydobyto nas z wagonu, zawieziono do łaźni, poddano dezynfekcji, wymyto, nakarmiono i napojono. Na transport czekał również przedstawiciel Komitetu Obywatelskiego Uchodźców Polskich na Węgrzech, który wręczał dokumenty osobiste – legitymacje polskiego uchodźcy, pieniądze, bilety kolejowe oraz skierowania do różnych ośrodków i obozów polskich na Węgrzech. Rodzice udali się do rodzinnego majątku mojej matki w Nagy Tarna, a ja otrzymałem bilet do Balatonboglar i pojechałem prosto do jedynego wówczas w Europie polskiego gimnazjum i liceum, gdzie uczyło się w sumie w czasie II wojny światowej blisko 600 uczniów.

Nigdy nie zapomnę, kiedy ogrzanych już i wykąpanych przyprowadzono nas do kasyna oficerskiego na posiłek. Na nakrytym stole dymiły ogromne wazy zawiesistej zupy. Gdy siedliśmy do stołu, młody oficer węgierski, który cały czas nam towarzyszył, podniósł szklankę z winem i powiedział: – Eljen Lengyelorszag! Niech żyje Polska!

Po wojnie

Niemal wszyscy Polacy, repatriowani z Pokucia w czasie wojny jako Węgrzy, po jej zakończeniu powrócili do ojczyzny. To prawda, że już nie do Stanisławowa czy Lwowa, bo te znalazły się poza granicami Polski. Byli potrzebni jako przedstawiciele nielicznej, ocalałej polskiej inteligencji. Do końca dni swoich zachowali w umysłach pamięć, a w sercach wdzięczność do przyjaciół Węgrów za to, co uczynili dla Polaków w najtrudniejszych latach zagłady. W splocie polsko-węgierskich losów dodatkowym dramatem stał się narzucony w czasach komunizmu okres milczenia o tej świadczonej wbrew trudnościom politycznym pomocy.

Na Węgrzech nie wolno było eksponować niczego pozytywnego o administracji regenta Miklosa Horthyego. W niezwykle bezczelny sposób skwitowano opisywaną akcję tezą, że to „węgierska burżuazja pomagała polskim burżujom” i nie miało to nic wspólnego z prawdziwą polsko-węgierską przyjaźnią, która rozkwitła dopiero w latach socjalizmu. Z ogromnym trudem prawda o tym, jak nam Węgrzy pomogli, zaczęła się przebijać najpierw w Polsce, pod koniec lat pięćdziesiątych, i znacznie później, bo dopiero w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, na Węgrzech. W Polsce było to zasługą głównie Boglarczyków, ludzi, którzy doświadczyli możliwości nauki na Węgrzech w latach wojny. Na Węgrzech stało się to głównie za sprawą dwóch ludzi: dr. Józsefa Antalla juniora (syna Józsefa Antalla, wspaniałego opiekuna Polaków w czasie wojny, pierwszego premiera wolnych Węgier po 1989 r.) oraz historyka dr. Karolya Kapronczay. To dzięki nim w 1985 r. nakładem Wydawnictwa Europa w Budapeszcie ukazał się pierwszy obszerny tom wspomnień polskich uchodźców na Węgrzech pod tytułem „Baratok a bajban” („Przyjaciele w biedzie”), który w latach 1978–81 skompletowałem wspólnie z historykiem Jerzym Robertem Nowakiem. Dopiero w ślad za tym poszły inne, coraz liczniejsze publikacje odkrywające nieznane fakty.


Ważniejsze źródła: Stefan Badeni „Wczoraj i przedwczoraj”, Veritas, Londyn 1963; Genowefa Jop-Stenzel „Sybir – wspomnienia przez łzy”, Mała Poligrafia Redemptorystów, Tuchów 1997; Karolina Lanckorońska „Wspomnienia wojenne”, Znak, Kraków 2001; Wanda Morvay-Heiler „Z Majdanka na Węgry”, we „Wspomnienia polskich uchodźców wojennych na Węgrzech w latach 1939–1945”, ZWS, Warszawa 1999; István Nemeskürty „Kik érted haltak...”, Magvetö, Budapeszt 1977

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj