Kolejna udana premiera Teatru Telewizji
Nieudręczony widz
Poniedziałkowy Teatr Telewizji to – po emisji sensacji „Dawne grzechy” – diametralna zmiana konwencji. „Udręce życia” izraelskiego dramaturga Hanocha Levina (lubi się podkreślać jego polskie korzenie) bliżej raczej do intymnej tragikomedii.
Jan Bogacz/materiały prasowe

Spektakl w reżyserii Jana Englerta przeniesiono na ekran z Teatru Narodowego. W repertuarze od 2011 roku, cieszy się niezmiennym powodzeniem (bilety wyprzedają się z dużym wyprzedzeniem, widownia pęka w szwach). Wszystko za sprawą gwiazdorskiej obsady – Anna Seniuk i Janusz Gajos po mistrzowsku odgrywają role żony i męża z długim, coraz trudniejszym do zniesienia stażem związku. To zresztą teatr nie dwojga, ale trojga wybitnych aktorów. Włodzimierz Press za poboczną, ale znaczącą rolę Gunkela – nieco wścibskiego, osamotnionego przyjaciela – został wyróżniony Feliksem Warszawskim.

„Jestem człowiekiem zgubionym” – zaczyna Jona (Gajos) i próbuje dociec przyczyn. Zamiast nich odkrywa tylko, że nie zostało mu nic prócz żalu, ale i jego nie ma na wyłączność („pokolenie obdarowuje pokolenie rozpaczą”). Z żoną łączy go rodzaj uwiązania („niewidzialny klej”), małżeńskie łoże kojarzy się z grobem, jakimś oszustwem, utratą lepszych możliwości. Nic zatem dziwnego, że gorzknieje na starość i cierpi na bezsenność, podczas gdy jego żonie Lewiwie (Seniuk) – na pozór wolnej od podobnych przemyśleń – śnią się kapelusze. On targuje się z życiem, próbuje jeszcze coś dla siebie ugrać, gotów rozstać się z żoną mimo (albo z powodu) 40 wspólnych lat. Ona wydaje się niewzruszona, a szantaże emocjonalne, które od czasu do czasu stosuje, to raczej (bardzo teatralne, a jakże) sceny niż autentyczne deklaracje. Oboje nie szczędzą sobie gorzkich wyznań, ale ostatecznie perspektywę śmierci łatwiej znieść we dwoje, bo to jedyna szansa, żeby zachować się w czyjejś pamięci. A poza wszystkim „nie można przeżyć życia bez przytulenia”.

Hanoch Levin (znany w Polsce zwłaszcza ze sztuk „Krum” i „Pakujemy manatki”) uchodził za obrazoburcę. Jego spektakle przyjmowano z oburzeniem nie mniej spektakularnym niż to zorganizowane (bo trudno powiedzieć,  że spontaniczne) w krakowskim Starym Teatrze – zdarzało się, że widzowie rzucali na scenę kamienie i puszki z gazem łzawiącym (sic!). W „Udręce życia” Levin jest jednak bliżej poetyki Becketta („Szczęśliwe dni”). Przełamuje tabu śmierci, uchodzące dziś – w dobie kultu życia i młodości – za marginalne.

Uderza brak perspektywy wieczności, lub raczej jej niewystarczalność. Starość to wstyd ograniczeń, pokusa (przymus?) spoglądania wstecz. „Udręka naszego życia polega na tym, że wszystko, co robimy, chcielibyśmy za chwilę zmienić” – mówił o spektaklu Janusz Gajos. Udręką jest zatem przeświadczenie, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej albo zupełnie minęło.

Anna Seniuk twierdzi, że „czekała na tę rolę od lat”. Było warto. „Udręka życia” to przedstawienie wielkiej klasy (wielkie aktorstwo, wielki tekst, przejmująca muzyka). Szczęście, że mogło dotrzeć do szerszej publiczności.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj