Mimo że w swoim nowym wcieleniu prawicowego mięsożercy nie ma już żadnych ograniczeń, Gowina nadal poważnie obciąża wiele elementów jego biografii. Po pierwsze, platformerska przeszłość i imponująca kariera pod Tuskiem, dla którego także chciał robić wszystko. Łącznie z zastąpieniem swego przyjaciela Rokity, kiedy Tusk, po politycznej likwidacji premiera z Krakowa, zaproponował Gowinowi wakujące stanowisko nieformalnego lidera konserwatystów w Platformie. (...)
Ale jeszcze bardziej obciąża Gowina to, że kiedyś jednak naprawdę był liberalnym inteligentem krakowskim. Wychowało go środowisko „Tygodnika Powszechnego”, Kościoła otwartego, jego realnymi mistrzami byli Turowicz i Tischner. O czym Marek Jurek czy Tadeusz Rydzyk – już nie mówiąc o Jacku Kurskim czy Ziobrze, którzy po teologię polityczną sięgają z łatwością – w każdej chwili mogą sobie przypomnieć. I mogą to przypomnieć fanatyzującej się coraz bardziej polskiej prawicy parareligijnej, dla której bycie – choćby bardzo dawno – zwolennikiem Kościoła otwartego czy kulturowego liberalizmu to dzisiaj wystarczający powód do linczu. Dlatego Gowin musi bardziej się starać.
Obserwujemy dziś przesuwanie się całego polskiego pejzażu politycznego, ideowego i kulturowego na prawo. A także wciąż postępującą radykalizację prawicy. Gowin tego ruchu nie rozpoczął, nie wpłynął nawet na jego dynamikę. On się po prostu do tego przyłączył. „Wreszcie dojrzałem” – jak sam tłumaczy swoją przemianę z liberała w konserwatystę, a później z konserwatysty w prawicowego i katolickiego integrystę. Podobnie jak Chazan czy Piecha „dojrzeli” czy wręcz „nawrócili się” z bycia ginekologami chętnie wykonującymi aborcje w świeckim PRL w bycie obrońcami zarodka, zygoty, a nawet plemnika w kraju, gdzie Kościół i prawica już rozdają karty.
Szkoda, że te dojrzewania czy nawrócenia odbywają się zawsze po linii oportunizmu. Dojrzewamy czy nawracamy się w kierunku zgodnym z narastaniem nowej siły i słabnięciem starej. Gowin nie jest tu wyjątkiem, przeciwnie, potwierdza regułę.