Wybory samorządowe rozleniwiły PO i ożywiły polityków Platformy. Rozleniwiły, bo partia jako całość uznała, że nawet jeśli jesienną batalię o Sejm nieznacznie wygra PiS, to i tak władzę utrzyma obecna koalicja. Ożywiły, bo skoro Jarosław Kaczyński okazał się niegroźny, to można zacząć walkę o jak najlepszą pozycję wyjściową we własnej partii. W PO zaczęły się już przymiarki do nowego rozdania.
Mało kto widzi w nim miejsce dla Radosława Sikorskiego, dla którego 2014 r. okazał się najgorszy w karierze. Początek był niezły, w marcu ówczesny szef dyplomacji był drugi w rankingu zaufania CBOS. Ufało mu 54 proc. Polaków, nie ufało 15 proc. Był wówczas znacznie popularniejszy od premiera Donalda Tuska. Na koniec roku zaufanie do Sikorskiego stopniało do 36 proc., a nieufność podskoczyła do 31 proc.
Lordowski wizerunek podkopała afera taśmowa, karierę międzynarodową zablokowała unijna przeprowadzka Donalda Tuska, Ewa Kopacz zabrała mu MSZ, a do tego doszły wpadki już na stanowisku marszałka. Tego fotela raczej nie straci, bo oznaczałoby to kolejne roszady w partii, ale politycy Platformy bronili Sikorskiego raczej rutynowo niż żarliwie; marszałek latami pracował na to, żeby nie mieć partyjnych przyjaciół.
– Trudno się z nim współpracuje. Uważa, że jest z lepszego stopu metali niż inni, nie słucha rad – tłumaczy polityk z władz Platformy. Poseł koalicyjnego PSL: – Na czym polega problem Sikorskiego? Zraża do siebie ludzi. I to się raczej nie zmieni, bo to kwestia charakteru.
Kiksy Sikorskiego widzi nawet jeden z jego obrońców. – Oczywiście, że robi błędy. Siedem lat w MSZ uśpiło jego czujność.