szukaj
Kościół przejmuje grunty od państwa
Grunt na wiarę
Nikt dokładnie nie wie, ile gruntów Kościół już przejął i ile jeszcze dostanie w ramach rekompensowania mu strat ­poniesionych za czasów PRL. Od lat obowiązuje zasada: dyskretnie i hojnie.

 

Komisję Majątkową pod koniec lat 80. wymyślił Aleksander Merkel, wicedyrektor Urzędu do spraw Wyznań, zajmującego się kontrolą Kościołów w PRL. Chodziło o ostateczne rozliczenie się z Kościołem katolickim, który w latach 50. został ograbiony z majątku przez peerelowskie władze.

– Roszczenia Kościoła sięgały nawet Sejmu Czteroletniego, a nam chodziło, by w końcu wszystko to przeciąć i zakończyć – tłumaczy dziś Aleksander Merkel i przyznaje, że od początku założono wyeliminowanie sądów powszechnych z procesu przywracania sprawiedliwości majątkowej.

– Zależało nam, by kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie literą prawa – dodaje emerytowany dyrektor. – Puszczenie tych skomplikowanych spraw majątkowych na setki sędziów powiatowych, którzy nie byli do ich sądzenia przygotowani, uniemożliwiłoby ich załatwienie.

Komisja Majątkowa w zamyśle dyrektora Merkla miała być sądem polubownym, w którym racje Kościoła ścierają się z racjami państwa, a werdykt strony ustalają na zasadzie kompromisu, w głosowaniu, po wcześniejszym przedstawieniu dogłębnej analizy. Taki właśnie organ został zapisany w ustawie o stosunku PRL do Kościoła katolickiego, którą uchwalono tuż przed upadkiem komunizmu, 17 maja 1989 r. – Szczerze mówiąc, na doszlifowanie ustawy zabrakło nam około trzech miesięcy. Ale władza naciskała, by uchwalić ją szybko, bo chciała mieć argument w wyborach kontraktowych – wspomina były dyrektor. I choć Komisję Majątkową przywracającą Kościołowi katolickiemu utracone mienie oskarżano o nieuczciwość i manipulację, to Aleksander Merkel dostrzega w jej działaniu tylko jeden poważny mankament.

– Nie przewidzieliśmy, że reprezentantami interesów Kościoła będą obie strony sporu. Również ta rządowa – mówi.

Tajemnicza komisja

Komisja Majątkowa przez kilkanaście lat obracała miliardowym majątkiem, ale jej prace były poufne i z rzadka przeciekało coś do opinii publicznej. Decyzje zapadały w pokoiku przy ulicy Domaniewskiej w Warszawie w trakcie spotkań przedstawicieli rządu z Kościołem.

Michał Lesik, wicewójt Świerklańca, przyznaje, że czym jest Komisja Majątkowa, gmina dowiedziała się rok temu, gdy Towarzystwo Pomocy dla Bezdomnych im. św. Brata Alberta w Krakowie niespodziewanie stało się właścicielem 157 hektarów ziemi w Świerklańcu, która przez dziesiątki lat należała do Skarbu Państwa. Według aktu notarialnego przekazana Towarzystwu ziemia warta była 3,2 mln zł, czyli około 2,1 zł za m kw. (Gmina sprzedając działki w przetargach uzyskiwała cenę około 30 zł).

– W naszym przeświadczeniu wycena gruntu była skandalicznie niska – mówi Lesik, który w imieniu gminy zażądał od Komisji Majątkowej informacji, na jakiej podstawie dokonano wyceny.

Gminę Świerklaniec poinformowano, że wszystkie dane dotyczące wyceny gruntu, a także samej transakcji, są poufne. Szczególną tajemnicą objęte są informacje, kto ziemię wyceniał i na jakiej podstawie. Wiadomo jednak, że tzw. operat szacunkowy dostarczyło Komisji Majątkowej samo Towarzystwo zainteresowane przejęciem ziemi i żaden z urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ani członków komisji tego potem nie badał. – Tłumaczono nam, że urzędnik przyjmuje wycenę na wiarę – mówi Lesik. – To bulwersujące. A gdyby ktoś uznał, że ziemia jest warta 1 gr? Czy wtedy też nie budziłoby to zastrzeżeń?

Gmina próbowała odkupić ziemię, oferując co najmniej 2,11 zł za m kw., ale Towarzystwo sprzedało ją szybko, bez rozgłosu, komu innemu. I na dodatek za niższą cenę. – Zdziwiło nas, że woleli to sprzedać taniej, niż my proponowaliśmy – mówi Lesik. – A gdyby tę ziemię wystawić na przetarg, cena na pewno by poszybowała bardzo wysoko.

O przekazaniu ziemi Towarzystwu nie wiedziała ani zarządzająca terenem Agencja Nieruchomości Rolnych, ani dzierżawiąca od niej spółka Agro Sad. Wiadomo, że 157 hektarów kupił od Towarzystwa śląski biznesmen Tomasz Domogała, główny udziałowiec firmy Famur, produkującej urządzenia wydobywcze. Nie wiadomo, jak Domogała przekonał Kościół, by sprzedał mu ziemię taniej, niż chcieli zapłacić inni, bo unika on kontaktów z dziennikarzami. Jego pełnomocnik Stanisław Jasiński twierdzi, że nic nie wie, a właściciela nie może o tę drażliwą sprawę zapytać, bo jest za granicą.

Być może kulisy wyjaśni prokuratura gliwicka, która od września ubiegłego roku sprawdza, czy w trakcie przekazywania ziemi Kościołowi nie popełniono przestępstwa poświadczenia nieprawdy. Oprócz Świerklańca Komisja Majątkowa przekazała Towarzystwu łącznie 1455 hektarów ziemi jako rekompensatę za 69 hektarów, które Kościół utracił w podkrakowskiej Rząsce. Prokurator Radosław Woźniak mówi, że gliwicka prokuratura przygląda się wszystkim 11 orzeczeniom, które Komisja podjęła na rzecz Towarzystwa. Szczególnie wnikliwie badane są wyceny gruntów, według samorządowców zbyt niskie. Weryfikowane są teraz wszystkie wyceny. Prokuratura bada też, czy Towarzystwo składało wnioski w terminie i czy cała procedura ich rozpatrywania została zachowana.

Doniesienie do prokuratury złożył też burmistrz Białołęki, gdy okazało się, że elżbietanki z Poznania dostały 47 hektarów ziemi w tej podwarszawskiej gminie. Podobnie jak w wypadku Świerklańca burmistrz Jacek Karnowski zwrócił uwagę na skandalicznie niską wycenę ziemi. Jego zdaniem ziemia jest warta pięciokrotnie więcej.

Na gruzach PRL

Gdyby szukać korzeni dzisiejszej materialnej uległości państwa wobec Kościoła, trzeba by się cofnąć do głębokiego PRL. Na fali odwilży 1980 r. komunistyczne władze przyciśnięte do muru postanowiły rozpocząć pracę nad ustawą regulującą prawa Kościoła katolickiego. Profesor Michał Pietrzak, specjalista prawa wyznaniowego, który brał udział w przygotowywaniu tych przepisów, mówi, że gdyby nie stan wojenny, to ustawa byłaby gotowa na początku lat 80. A tak zapał legislacyjny władz powoli gasł, aż do grudnia 1983 r., gdy przerwano wszelkie prace.

Wznowiono je dopiero cztery lata później, tuż po wizycie premiera i szefa PZPR Wojciecha Jaruzelskiego w Watykanie.

– Im bliżej wyborów kontraktowych, tym strona rządowa była bardziej uległa – tłumaczy dr Paweł Borecki, specjalista prawa wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Większość kontrowersyjnych przepisów dotyczących spraw majątkowych zaproponowanych przez hierarchię kościelną zostało wprowadzonych do ustawy wiosną 1989 r. Prace nad projektem były niejawne i uczestniczyli w nich tylko przedstawiciele Kościoła i władz komunistycznych.

– Ustępstwa wynikały z przesłanek politycznych, a nie prawnych – mówi dr Borecki. Jego zdaniem ekipa Jaruzelskiego liczyła, że w ten sposób kupi sobie przychylność Kościoła i poparcie społeczne. To wówczas wprowadzono do ustawy tzw. postępowanie regulacyjne, prowadzone przed Komisją Majątkową, a nie przed sądem. I potwierdza słowa Merkla: – Sądy są niezawisłe, mogły bruździć w tak delikatnej sprawie i nie gwarantowały spodziewanych rozstrzygnięć, a Komisja Majątkowa – tak – mówi dr Borecki. Działająca od 1990 r. komisja składała się z 14 członków (obecnie 12) wyznaczanych w równej liczbie przez Urząd ds. Wyznań (obecnie ministra MSWiA) i sekretariat Konferencji Episkopatu Polski. Nie wymaga się od nich żadnych kwalifikacji, nawet świadectwa niekaralności. Teoretycznie mogą to być nawet ludzie z ulicy. Paweł Borecki podkreśla, że choć komisja pełni funkcję sądu, nie jest jak on – bezstronna, niezawisła ani niezależna. Każdego członka można w każdej chwili odwołać, gdy tylko utraci zaufanie swoich mocodawców.

O tym, kto i czy dostanie mienie wartości wielu milionów, decyduje się w trzech czteroosobowych zespołach orzekających, gdzie dwie osoby reprezentują Kościół, a dwie rząd. To, co się dzieje podczas obrad komisji od 19 lat, nie wyszło jeszcze na światło dzienne. Na dodatek orzeczenia zespołu są ostateczne. Nie przysługują żadne odwołania. Orzeczenie o przyznaniu Kościołowi ziemi z momentem złożenia pod nim podpisów dwóch współprzewodniczących komisji uzyskuje klauzulę wykonalności i z tą chwilą staje się prawomocne.

Przez pierwsze 10 lat komisja orzekała zwrot hektar za hektar, ale w 2001 r. Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu ustaliła bardziej korzystny dla Kościoła przelicznik. Chodziło o to, by wycenić wartość gruntu utraconego i oddać Kościołowi ziemię o podobnej wartości. I to otworzyło puszkę Pandory.

– Przez lata grunty orne, które utracił Kościół, zostały włączone w tereny miejskie i dziś ich wartość jest wielokrotnie wyższa – mówi Grażyna Kapelko, rzecznik Agencji Nieruchomości Rolnych.

Komisja kładła dość duży nacisk na sprawność podejmowania decyzji. Z czasem zrezygnowano więc z takich zajmujących czas procedur jak przesłuchanie świadków, biegłego, dokonanie oględzin czy uczestnictwo członków zespołu orzekającego w ekspertyzach. Przestano też zapraszać na posiedzenia zespołu orzekającego przedstawicieli Agencji Nieruchomości Rolnych czy samorządów, więc dowiadywali się oni z gazet, że grunt, którym zarządzali, trafił do klasztoru X lub kościoła Y.

Andrzej Oklejek, pełnomocnik prezydenta Krakowa do spraw prawnych, twierdzi nawet, że przedstawicieli miasta przestano zapraszać, gdy zaczęli kwestionować rozstrzygnięcia zapadające w komisji. Zresztą zgodnie z prawem zespół może rozstrzygać na posiedzeniach niejawnych bez udziału kogokolwiek z zewnątrz.

 

Pół roku trwa 19 lat

Początkowo dość optymistycznie oceniano, że sprawa zwrotu majątku zakończy się dość szybko. Kościół mógł zgłaszać swoje roszczenia do komisji do końca 1992 r. Złożył 3063 wnioski.

Zgodnie z rozporządzeniem szefa Urzędu Rady Ministrów z 8 lutego 1990 r. sprawy, w których Kościół przedstawia dokumenty potwierdzające jego prawo do ziemi lub nieruchomości, powinny być rozstrzygnięte niezwłocznie. W sprawach bardziej skomplikowanych, gdy Kościół nie jest w stanie przedstawić jednoznacznych dowodów, szef URM nakazywał przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego. W takim wypadku decyzja musiała zapaść najpóźniej w ciągu pół roku.

Zamiast kilkunastu miesięcy komisja działa już 19 lat i nie wiadomo, kiedy zakończy pracę, bowiem nadal toczy się 265 postępowań regulacyjnych. Zdaniem Józefa Różańskiego, obecnego dyrektora departamentu ds. wyznań MSWiA i współprzewodniczącego komisji ze strony rządu, sprawy, które pozostały do rozstrzygnięcia, są wyjątkowo skomplikowane i trudne.

To właśnie dziś zbiera żniwo zasada Bogusława Skręty, dyrektora departamentu ds. wyznań z początku lat 90., by najpierw zająć się sprawami łatwymi, a na koniec zostawić te, z którymi trudno sobie poradzić.

Działalności komisji protesty towarzyszą niemal od samego początku. Bo choć wszystkim się zdawało, że ustawa dotyczy mienia zagrabionego Kościołowi po 1945 r. przez komunistów, to prawnicy Kościoła szybko znaleźli furtkę, dzięki której można było zawalczyć o więcej. Powołując się na ustawę, Zgromadzenie Księży Misjonarzy w Warszawie wystąpiło w 1991 r. o zwrot budynków Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu. Księża Misjonarze udowadniali, że sporne budynki zostały skonfiskowane w ramach represji nałożonych na Zgromadzenie po powstaniu styczniowym w 1863 r. I dopiero ustawa z 1989 r. przywraca im prawo dochodzenia swoich racji. Ten spór rozstrzygnął dopiero Trybunał Konstytucyjny, uznając, że nieruchomości skonfiskowane Kościołowi podczas zaborów są zupełnie inną sprawą niż te zabrane przez komunistów. I dzięki temu sprawa roszczeń Kościoła zamknęła się na 1945 r.

– Gdyby komisja miała rozstrzygać wszystkie roszczenia Kościoła, to musiałaby się cofnąć do czasów Kazimierza Wielkiego – mówi profesor Michał Pietrzak.

Ile Kościół stracił, a ile zyskał?

Nie istnieje żaden wiarygodny bilans, ile Kościół stracił w wyniku komunistycznych represji. Przynajmniej nie posiada takich danych Sekretariat Komisji Episkopatu Polski, który w tej sprawie odsyła do kościelnego współprzewodniczącego komisji ks. Mirosława Piesiura. Ks. Piesiur twierdzi, że znalazł w Archiwum Akt Nowych wykaz nieruchomości ziemskich Kościoła, z których wynika, że na rok przed wejściem komunistycznej ustawy o dobrach martwej ręki odbierającej własność Kościołowi posiadał on w całej Polsce 170 tys. hektarów ziemi.

Były dyrektor Urzędu do spraw Wyznań Aleksander Merkel mówi, że Kościół ani podczas tworzenia ustawy w latach 80., ani w trakcie prac Komisji Majątkowej w latach 90. nie ujawnił, jaki majątek utracił. Z własnych badań Merkla wynika, że w tym samym 1949 r. Kościół posiadał połowę tego, co deklaruje ks. Piesiur – czyli 85 tys. hektarów.

Zaś w 1997 r. ówczesny dyrektor departamentu ds. wyznań Andrzej Czohara poinformował Sejm, że na mocy ustawy z 1950 r. państwo przejęło od Kościoła katolickiego 120 tys. hektarów.

Paweł Borecki mówi, że roszczenia Kościoła według niektórych hierarchów sięgają nawet 400 tys. hektarów i dotyczą rekompensaty nie tylko za dobra przejęte w PRL, ale też za utracone 55 tys. hektarów na Kresach Wschodnich, czyli na Litwie, Białorusi i Ukrainie.

Nie wiemy też, czy roszczenia Kościoła zostały już zaspokojone, bowiem ani Sekretariat Konfederacji Episkopatu Polski, ani komisja nie prowadzą żadnych statystyk. O majątku odzyskanym dotychczas przez Kościół nie wiemy nic. Nie znamy jego wartości ani areału. Nie wiemy, komu przyznano najwięcej ziemi, gdzie te ziemie się znajdują i co się stało po ich oddaniu.

Według szczątkowych danych – tylko Agencja Nieruchomości Rolnych od 1992 do końca 2008 r. przekazała wszystkim Kościołom 83 tys. hektarów ziemi (w ubiegłym roku 2,5 tys.), z czego katolickiemu – 90 proc.

Doktor Borecki twierdzi, że według danych samego Kościoła odzyskał on od 1989 r. 160 tys. hektarów. – Nie jest też prawdą, że Kościół utracił wszystkie nieruchomości ziemskie w PRL – dodaje. Według profesora Pietrzaka komunistyczne władze pozostawiły około 30–40 tys. hektarów gruntów.

Żeby zrobić zestawienie, ile Kościół odzyskał dóbr, trzeba by się cofnąć do roku 1971. Wtedy to I sekretarz PZPR Edward Gierek zrobił głęboki ukłon w stronę katolików. Przekazał im dobra pozostałe na Ziemiach Odzyskanych po protestantach: 4800 kościołów i kaplic, 1500 budynków i 900 hektarów ziemi.

Ustawa z 1989 r. oprócz powołania Komisji Majątkowej, która miała decydować w sprawach spornych, dawała Kościołowi możliwość uwłaszczenia się na majątku już przez niego użytkowanym. Wszystko, co w 1989 r. pozostawało we władaniu Kościoła, przeszło na jego własność. Dzięki temu katolicy przejęli 100 cerkwi prawosławnych zajętych w 1945 r. i kilkadziesiąt kościołów protestanckich na Warmii i Mazurach, odbitych ewangelikom w latach 70. Odbywało się to w ten sposób, że procesja katolicka, niosąc proporce Matki Boskiej, wchodziła do mało uczęszczanego zboru i już z niego nie wychodziła. Zbór stawał się Kościołem katolickim.

Kolejny zastrzyk finansowy przyszedł w 1991 r. wraz z nowelizacją ustawy. Dopisano do niej artykuł 70a, który przewidywał wzmocnienie Kościoła na ziemiach zachodnich i północnych. Ustawa zobowiązywała Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa do przekazania Kościołowi gruntów rolnych. Każdy dom zakonny mógł dostać 5 hektarów, parafia 15 hektarów, diecezja i seminarium po 50 hektarów. Żeby stać się właścicielem, wystarczyło tylko zgłosić się do wojewody. W ten sposób w ręce Kościoła trafiło kolejne 70 tys. hektarów. A przepisy regulujące były dość mętne. 46 parafii na Dolnym Śląsku dorabiało sobie na obrocie ziemią. Występowały one o przyznanie ziemi kilkakrotnie.

Dziś walka toczy się jeszcze o dwie sprawy. Ważna jest przygotowywana przez rząd ustawa rekompensacyjna, która pominęła Kościół, a skupiła się wyłącznie na osobach fizycznych. Ale jeszcze ważniejsze jest przejęcie dóbr niemieckiego Kościoła katolickiego na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Od lat Kościół przekonuje kolejne rządy, że jest spadkobiercą niemieckich dóbr. W okresie rządów PiS episkopat nawet zaproponował, by powołać wspólny zespół ekspertów, który raz na zawsze rozstrzygnie sprawę majątków poniemieckich. Zdaniem Kościoła roszczenia takie powinny być również załatwiane przez Komisję Majątkową. Ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro w piśmie z kwietnia 2006 r. instruował nawet arcybiskupa Stanisława Wielgusa, jak zastosować prawo, by polski Kościół mógł w trybie ekspresowym odzyskać mienie Kościoła niemieckiego. Sprawa mimo zabiegów episkopatu nie została do tej pory kompleksowo załatwiona.

Z esbekiem w tle

Aleksander Merkel uważa, że w latach 90. partie zaczęły traktować Komisję Majątkową podobnie jak rady nadzorcze spółek – jako synekurę dla działaczy. Było to miejsce wymarzone na przeczekanie do lepszych czasów. Niewielu w ogóle wiedziało o istnieniu Komisji Majątkowej, a ponadto wszyscy członkowie są sowicie wynagradzani. Członek komisji co miesiąc dostaje 70 proc. wynagrodzenia sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego, czyli około 11 tys. zł. Współprzewodniczący zarabia zaś znacznie więcej.

– Nawet funkcję sekretarza wymagającą sporej wiedzy i przygotowania oddawano partyjnym kolegom – mówi Merkel. – Wobec tego kompetencje komisji ledwie pozwalały rozróżnić mariawitów od marianów.

A prasa przez ostatnie lata opisywała kolejne przypadki roszczeniowej postawy Kościoła i afery związane z komisją. Sześć lat temu po artykułach „Newsweeka” odwołano nawet jej współprzewodniczącego ze strony kościelnej ks. Tadeusza Nowoka. Okazało się, że ks. Nowok, który decydował o tym, kto i jaką działkę dostanie, później odkupywał je sam i w tajemnicy przed swoimi zwierzchnikami obracał ziemią.

Dyrektor Józef Różański mówi, że dwa lata temu Kościół wziął sprawy w swoje ręce. „Urzędnicy reprezentujący Skarb Państwa robią wszystko, żeby wnioskodawca nic nie dostał. Całymi latami ignorują wielokrotnie wydawane postanowienia Komisji Majątkowej, zobowiązującej Skarb Państwa do przygotowania mienia zamiennego. Urzędnicy mówią: Nie damy, bo nie mamy” – skarżył się na łamach biuletynu „Wiadomości KAI” ks. Piesiur.

Kościół na własną rękę zaczął poszukiwać mienia zastępczego i tam, gdzie to możliwe, wyrywać państwu. Od tej pory kluczową osobą prowadzącą polowanie na ziemię jest były funkcjonariusz SB Marek Piotrowski, który sam o sobie mówi, że jest prawnikiem. Dzięki niemu ziemię odzyskali krakowscy cystersi, elżbietanki z Poznania i Towarzystwo św. Brata Alberta. Piotrowski okazał się bardzo skuteczny i dlatego polecany jest kolejnym zgromadzeniom, towarzystwom i klasztorom, które chcą odebrać ziemię państwu. Jest postrachem dla śląskich dzierżawców ziemi z Agencji Nieruchomości Rolnych.

Władysław Butow, szef śląskiego stowarzyszenia dzierżawców, mówi, że Markowi Piotrowskiemu udało się stworzyć spójny system przechwytywania ziemi. – Ma niezłe rozeznanie na lokalnym rynku i współpracowników. Bierze tylko te działki, które łatwo potem sprzedać – mówi Butow. – Realizuje zamówienie pod konkretnego klienta.

Prawdopodobnie działa to tak. Piotrowski prowadzi akwizycję na szeroką skalę i szuka chętnych na ziemię ANR. Gdy znajdzie kupca, jest w stanie zaproponować lepszą cenę niż ANR, bo gwarantuje, że ziemia nie będzie sprzedawana w przetargu. Wiadomo, że sam zamawia operaty szacunkowe i wynajmuje rzeczoznawców. Gdy tzw. kościelna instytucja prawna występuje do Komisji Majątkowej o zwrot mienia zastępczego, już jest na tę ziemię kupiec i ustalona cena. Być może Kościół podpisuje nawet z przyszłym właścicielem umowę wstępną. Dlatego po przejęciu ziemia jest błyskawicznie sprzedawana.

Mecenas Andrzej Oklejak pełnomocnik prezydenta Krakowa do spraw prawnych: – Piotrowski wpadł na genialny pomysł. Gdy tylko miasto wystawi działkę na sprzedaż, on przedstawia ją w Komisji Majątkowej jako mienie zastępcze. Zdarzało się, że w dniu przetargu dostawaliśmy informację z Komisji Majątkowej, że działka jest już zajęta.

Takie działki, podobnie jak tereny rolne, natychmiast są sprzedawane.

– Miasto się denerwuje, więc jako towar gorący Kościół woli to od razu sprzedać i wziąć pieniądze – mówi mecenas Oklejek.

Wszystkie grzechy komisji

Kraków jako pierwszy samorząd w kraju rozpoczął walkę z Komisją Majątkową. Prawnicy miejscy zakwestionowali ostateczność orzeczeń komisji. W ciągu ostatnich dwóch lat złożyli w tej sprawie cztery skargi do sądu. – Uznaliśmy, że komisja jest organem administracji centralnej i od jej orzeczeń przysługuje nam odwołanie – tłumaczy mecenas Oklejak. – Mamy wątpliwości dotyczące legalności przejętych przez Kościół nieruchomości, a nie mamy gdzie ich przedstawić. Jego szczególne wątpliwości budzi przekazanie gruntów cystersom, gdyż wcześniej zakon zawarł z miastem ugodę.

Profesor Michał Pietrzak uważa, że przez lata działalność komisji budziła wiele wątpliwości. Jego zdaniem zdarzały się przypadki, że przyznawano mienie, które się Kościołowi zupełnie nie należało. Tak było z przytułkiem św. Franciszka przy warszawskim Solcu. Szarytki, które na początku XX w. świeckie towarzystwo – właściciel budynku – wynajęło do pomocy, po 90 latach zwróciły się o zwrot nieruchomości. Na nic się zdały protesty spadkobierców. Komisja przyznała rację siostrom ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, choć jak podkreśla profesor Pietrzak, brak było dowodów własności. – Przechodząc ostatnio, zajrzałem przez prześwit w murze – mówi profesor. – Nie ma tam przytułku. Jest bank i luksusowa restauracja. Widać siostry sprzedały ten dom.

Dyrektor Józef Różański mówi, że obecnie prace komisji i zespołów orzekających paraliżują kolejne publikacje prasowe, działania CBA i prokuratury. – Sytuacja jest patowa – mówi Różański. – Wśród członków panuje strach przed podejmowaniem kolejnych decyzji.

Po serii publikacji prasowych komisja od września zeszłego roku zaczęła nawet konsultować wyceny ziemi przedstawiane przez Kościół z Agencją Nieruchomości Rolnych. Dopuszcza też możliwość przedstawienia drugiej wyceny w przypadkach wątpliwych.

Paraliż jednak trwa. Zdaniem dyrektora Różańskiego sytuacja jest tak nerwowa, że ostatnio upadł pewien projekt ugody z Kościołem, który negocjowano od dwóch lat. Kościół miał dostać mienie zastępcze od MON. Gdy informacja o tym wyciekła do prasy, MON wycofał się z transakcji.

Ksiądz Piesiur mówi, że Kościół jest już zmęczony przedłużającą się procedurą i przestaje wierzyć, że doczeka się sprawiedliwości przed komisją. Straszy, że Kościół ze swoimi roszczeniami pójdzie do sądu, bo tam szybciej doczeka się rozstrzygnięcia sprawy.

Paraliż trwa

Paweł Borecki, który we wrześniu ub.r. przygotował dla SLD wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności działalności Komisji Majątkowej z konstytucją, mówi, że przez wiele miesięcy nie udało się zebrać wymaganej liczby podpisów nawet wśród posłów Sojuszu. Jeden z posłów SLD dość blisko związany z Kościołem prawosławnym powiedział, że nie może podpisać takiego wniosku, bo musi najpierw zapytać biskupa. – Prawosławna Komisja Majątkowa działa przecież na analogicznych zasadach – wyjaśnił. – To tak, jakbym kopnął samego siebie.

Dopiero w ubiegłym tygodniu udało się zebrać wymaganą liczbę podpisów pod skargą, w której wnioskodawcy na 12 stronach udowadniają, że komisja jest ciałem niekonstytucyjnym. Zdaniem wnioskodawców przepisy o Komisji Majątkowej są sprzeczne m.in. z zasadą równości wobec prawa, równouprawnienia wyznań, ochrony własności, niezależności samorządu terytorialnego oraz z prawem do rzetelnego procesu sądowego. Ich zdaniem zapisy ustawy nie pozwalają bronić przed sądem konstytucyjnej zasady wolności i praw. Dlatego domagają się likwidacji postępowania regulacyjnego i samej Komisji Majątkowej. – Kościół powinien z nią jak najszybciej skończyć; dla własnej wiarygodności – mówi Borecki.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj