Nie chciałbym się z nim spotkać na ringu nawet w swojej najwyższej formie – uznał bokser ważący o 40 kg więcej niż Lee i wyższy od niego o niemal 25 cm Muhammad Ali. Moc, jaką Bruce potrafił nadać swoim ciosom, była przerażająca. Za pomocą techniki one inch punch („jednocalowy cios” – od odległości, z jakiej uderza się w klatkę piersiową) potrafił odrzucić stukilowego przeciwnika kilka metrów do tyłu, a najszybszy ruch wykonywał w ok. 0,05 s – mniej niż przeciętne mrugnięcie okiem. Bruce’a – jak stwierdził występujący z Lee w filmach Bob Wall – po prostu nie dało się pokonać. Od 40 lat nie ma już gwiazdy „Wejścia smoka”, są jednak tacy, których trenował osobiście.
Na przykład Chuck Norris, z którym spotykali się na treningach. Norris nie omieszkał pochwalić się tym w swojej autobiografii: „Gdy zademonstrowałem mu kilka wysokich podcięć z półobrotu, był zaintrygowany”. Spotkali się też na planie „Powrotu smoka”, w słynnej scenie w rzymskim Koloseum, gdzie Chuck dostał cięgi i stracił włosy na klacie.
Kolejnym uczniem był Ted Wong, najlepszy przyjaciel i sparingpartner Bruce’a. Nigdy nie trenował żadnego innego stylu i po śmierci mistrza lojalnie nauczał tylko tego, czego nauczył go osobiście Lee.
Zajęcia według metody Lee prowadzili również jego asystenci: James Yimm Lee, Take Kimura i Dan Inosanto, którzy później pozakładali własne, prywatne szkoły. Czasy po śmierci Bruce’a Lee to błyskawiczny postęp w dziedzinie sztuk walki, powstało wiele nowych systemów, a już istniejące udoskonalano. „Oglądało się filmy z Bruce’em Lee i chciało się być jak on. Notowałem sobie w zeszycie, jakie filmy obejrzałem, i ile razy” – wspomina w jednym z wywiadów Mamed Chalidow.