Gaba Kulka o tym, dlaczego jej nowej płyty lepiej nie słuchać na laptopie
Jestem sitem
Rozmowa z Gabą Kulką o rozbuchanych pasjach, scenicznych zakazach fotografowania i życiu koncertowym.
„Wykonuję bardzo dziwny zawód. Pracuję emocjami swoimi i słuchacza”.
Justyna Jaworska/materiały prasowe

„Wykonuję bardzo dziwny zawód. Pracuję emocjami swoimi i słuchacza”.

POLITYKA: – Zaczynałaś grać na początku lat dwutysięcznych, nowa polska scena muzyczna dopiero się budziła. Od paru lat mówimy o lokalnym boomie. Jak ty to widzisz?
Gaba Kulka: – Od środka wszystko wydaje się jeszcze bardziej rozbuchane niż z zewnątrz. Dużo się dzieje, co chwila ktoś wydaje płytę. Choć świadomość tego wśród publiczności wcale nie jest taka powszechna. Chciałabym myśleć, że to stan – nazwijmy to – normalny. Że nie przebijamy górnych warstw stratosfery, tylko doczekaliśmy się wreszcie warunków do uprawiania tego zawodu. W przypadku muzyki niszowej wiele zależy od wsparcia finansowego. Ambitna muzyka potrzebuje grantów. Te pieniądze na szczęście się znajdują.

Czujesz się w ogóle częścią polskiej sceny muzycznej?
Nie skupiam się na rodowodzie muzyki. Jeśli usłyszę coś dobrego i niepolskiego, jestem tak samo podekscytowana. Wydaje mi się, że zmiany, które można teraz w Polsce zaobserwować – pojawia się coraz więcej niezależnych ruchów muzycznych – to część krajobrazu ogólniejszego, światowego. Przybywa zespołów działających na własną rękę i narzędzi, które umożliwiają im tę samodzielność. Docierają do słuchaczy bez pośrednictwa dużych firm płytowych i mainstreamowych mediów. Pewne metody pracy przychodzą do nas z zagranicy, od kolegów starszych stażem, choć czasem młodszych wiekiem. Dla muzyki to w pewnym sensie moment przełomowy. Kończą się dotychczasowe źródła finansowania, odbiorcy przestawiają się z płyt na streaming.

A ty?
Moja nowa płyta przez jakiś czas w streamingu nie będzie dostępna. Jestem wielką fanką wygody, jaką on daje, ale obcuję z albumami w nieco inny sposób niż część moich słuchaczy. Nie chcę tych swoich sposobów nikomu narzucać... Ale byłabym szczęśliwa, gdyby przynajmniej na początku słuchano jej w całości, w skupieniu. Swoją drogą, Polska jest ciekawym miejscem. Nie nastąpiła u nas rewolucja empetrójkowa. Od razu pojawił się streaming, przeskoczyliśmy jeden etap. Rzuciliśmy się na Spotify i Deezera [serwisy sprzedające dostęp do muzyki w streamingu – red.].

I na YouTube. Jest najpopularniejszym na świecie odtwarzaczem muzyki.
To akurat niesamowite i nie do końca dla mnie zrozumiałe. Mam nadzieję, że ludzie przestawiają sobie chociaż jakość odtwarzania na wyższą. Kiedy pomyślę, że siedzimy w studiu i przepuszczamy naszą muzykę przez specjalnie zamówiony mikser lampowy – a nikt tego brzmienia potem nie usłyszy? Apeluję: proszę nie słuchać tej płyty przez głośniki w laptopie. Bo nie będzie słychać basu. A bas jest bardzo fajny.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj