Michał Szpak leci na Eurowizję
Wszystkie tegoroczne piosenki były schematyczne, nudne i zarazem dobrze pasujące do eurowizyjnego standardu. Nawet te najlepsze, między innymi koturnowa, wściekle dramatyczna ballada Michała Szpaka.
TVP

Jak na tak błahą rzecz – chodzi przecież tylko o telewizyjny konkurs piosenki lekkiej, łatwej i przyjemnej – Eurowizja budzi w naszym kraju zaskakująco dużo emocji. Startować? Nie startować? Wybierać naszego reprezentanta w gronie ekspertów i zasłużonych działaczy czy oddać los ojczyzny w niepewne ręce wysyłaczy esemesów? Obrażać się na Europę za to, że nas nie docenili, tropić antypolskie spiski na Bałkanach i w Skandynawii czy cieszyć się, że wieprze się nie poznały, bo znaczy to, że rzuciliśmy perłę? Ściąć pieśniarza wracającego na tarczy czy tylko zelżyć i skazać na banicję?

Nowe władze Telewizji Polskiej zamiast wyciągać naszego reprezentanta z kapelusza, powróciły do formuły krajowych preselekcji. Uczestników zaprasza co prawda jakieś tajemnicze ciało (a łatwego zadania nie ma – uznani artyści, pamiętając cięgi, jakie zebrali Piaseczny czy Szcześniak, nie pchają się na szafot), ale zwycięzcę typują telewidzowie, wysyłając esemesy. I dobrze, dzięki temu możemy – przynajmniej teoretycznie – dowiedzieć się, co w rodzimym popie piszczy, poznać nowe piosenki, polubić śmiałka, który pojedzie w naszym imieniu zabawiać Europę.

Wybór nie był łatwy. Wszystkie tegoroczne piosenki były schematyczne, nudne i zarazem dobrze pasujące do eurowizyjnego standardu. Nawet te najlepsze: koturnowa, wściekle dramatyczna ballada Michała Szpaka, udająca nowoczesny pop piosenka Margaret (skomponowana przez ekipę obsługujących takie okazje najemników ze Szwecji) oraz skonstruowany m.in. przez Monikę Borzym Titanic (nie wiedzieć czemu tu ochrzczony „Grateful”), świetnie zaśpiewany przez Edytę Górniak.

I jeśli po występie Górniak i późniejszym, pozakonkursowym minirecitalu Andrzeja Piasecznego ktoś odniósł wrażenie, że w polskim popie lepiej już było, to przez grzeczność nie zaprzeczę, dodając przy tym, że:

1. To, czego byliśmy świadkami, to tylko telewizyjna rozrywka, na pewno nie gorsza od reality shows o szukaniu żon czy wakacyjnych perypetiach w tureckim kurorcie. Polska muzyka, w całej swej różnorodności i urodzie, jest gdzie indziej. Ba! Nawet polski pop jest gdzie indziej – wiem, co mówię, bo wczoraj oklaskiwałem na koncercie Dawida Podsiadłę, a dzisiaj zaopatrzyłem się w nową płytę Ani Dąbrowskiej.

2. Prezentowane przez Artura Orzecha fragmenty piosenek, które w tym roku wygrały preselekcje w innych europejskich krajach, nie były lepsze od utworu, który zapewnił zwycięstwo Michałowi Szpakowi. Prawdopodobnie były gorsze. Co, oczywiście, nie zwiększa szans Polski na wygraną. Bo – wiadomo – spisek, polityka i kulawy regulamin. Ale nie uprzedzajmy faktów… ten komentarz napiszę w maju.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj