„Ucho prezesa” – odcinek z Merkel jest najlepszym z dotychczasowych
Serial satyryczny Roberta Górskiego zalicza spore wahnięcie formy – po wyjątkowo nieudanym odcinku siódmym przyszedł czas na nowy, w którym wizytę prezesowi składa Angela Merkel. Tak śmiesznie jeszcze nie było.
„Ucho prezesa”
mat. pr.

„Ucho prezesa”

Potwierdza się przy tym, że gdy „Ucho prezesa” cytuje, opowiadając nam na nowo wydarzenia, które śledziliśmy już w prasie, efekt jest średnio zabawny.

Gdy jednak Górski i spółka stają się bardziej kreatywni, wykorzystując fakty jedynie jako fundament, na którym budują coś większego – wtedy, właśnie wtedy bawią do łez.

W odcinku siódmym, tym słabszym, mieliśmy w zasadzie dwa wydarzenia: wizytę marszałka Kuchcińskiego, który po swoich wybrykach w Sejmie przyszedł do Prezesa na dywanik, oraz odwiedziny kuzyna Prezesa, Jana, w którego wcielał się Jarosław Boberek.

W pierwszym wątku powtórzono nam wszystko to, co wiedzieliśmy od grudnia, opatrzone jedynie komentarzem Prezesa, że nieważne, jaką głupotę palną, jak się zbłaźnią, nie wolno uczynić im kroku do tyłu. W drugim zaś twórcy w bardzo, bardzo mglisty sposób nawiązali do wpływu, jaki na Prezesa ma Jan Maria Tomaszewski – w zasadzie był to wątek bardzo hermetyczny, bo Tomaszewski to raczej postać cienia, dla wielu osób może być niejasne, kim w zasadzie ten facet jest. Z drugiej strony – jeżeli o Tomaszewskim się słyszało, „Ucho…” znowu tylko powtórzy to, co wiemy.

Merkel u Prezesa, czyli „Ucho” wreszcie śmieszy

Odcinek ósmy jest lepszy, bo pokazuje nam coś nowego – wizytę na Nowogrodzkiej kanclerz Niemiec Angeli Merkel. I nie tylko, bo wpadają również pan prezydent Aleksande… znaczy Andrzej, wraz z małżonką, która potrzebna jest jako tłumaczka z niemieckiego, a także posłanka Pawłowicz. W skrócie: dzieje się bardzo, bardzo dużo, w efekcie widzowie dostają najlepsze kilkanaście minut w historii tego serialu satyrycznego.

Tu nie ma cytatów, trzeba tworzyć, pisać nowe wydarzenia, bazując na charakterze postaci. Przykładem Krystyna Pawłowicz, przedstawiona wspaniale jako nieokrzesana kobieta tajfun, wcinająca sałatkę, że aż liście fruwają, bijąca się z Niemcami.

Najciekawiej wypada jednak Agata Kornhauser-Duda, czyli Pierwsza Dama. Z jednej strony „Ucho…” się z niej podśmiewa, przywołując choćby słynne powitanie z biskupami, a także w momentach, gdy w imieniu męża zabiega o uwagę Prezesa. Generalnie jednak pani Duda jawi się jako ta rozsądna, ta jedyna trzeźwo myśląca, w otoczeniu Prezesów, Płaszczaków i Pawłowiczów.

Śmiem stwierdzić, że „Ucho prezesa” wizerunek Pierwszej Damy właśnie znacznie ociepliło, przedstawiając ją jako kobietę otwartą, myślącą, stłamszoną jednak przez środowisko, które nie chce jej głosu usłyszeć.

W efekcie „Ucho...” wspięło się na wyżyny formy, wreszcie w pełni wykorzystując potencjał formatu, pokazując, jak są w stanie walczyć na polu rozbawiania Polaków z samoośmieszającą się władzą.

To co, teraz czekamy na Ziobrę i, rzecz jasna, Witolda Waszczykowskiego?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj