NA EKRANACH: "Pianomania", czyli kto stroi wariata

Kto stroi wariata?
Wchodzący właśnie na ekrany polskich kin dokument „Pianomania” może przypaść do gustu i „umiłowanym w Bachu”, i tym, którym Lang Lang bardziej kojarzy się z Baden Baden niż np. z koncertem fortepianowym Czajkowskiego.
materiały prasowe

„Pianoman” Stefan Knüpfer, z zawodu – stroiciel fortepianów, związany na stałe z firmą Steinway & Sons, żyje w cieniu wielkich muzycznego świata, co mu jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkadza. Grunt, by Mistrz (kimkolwiek by nie był, czy to Lang Lang, czy Pierre-Laurent Aimard, wariat pozytywnie zakręcony na punkcie wyśnionych brzmień) był ostatecznie zadowolony. A nie jest to łatwe, bowiem w  tym nieco autystycznym, (za?) bardzo skupionym na muzyce świecie każdy jest,  a przynajmniej – stara się być perfekcjonistą. Cóż więc  począć, gdy kolejne strojenie fortepianu nie upodobniło jego brzmienia, zgodnie z życzeniem, do... oboju, a ewidentnie brzmi jak klawikord? Bo wymagania Mistrzów bywają kosmiczne, zważywszy na fakt, że fortepian jest w stanie dźwiękowo odwzorować w zasadzie wszystko – kwestia pomysłowości stroiciela.  Może to co prawda Stefana przyprawić o kilka nieprzespanych nocy i zszargać mu nerwy (jak o 0,7 milimetra grubsze niż być powinny młoteczki!), ale – da się zrobić. Na kłopoty – biedny pan Knüpfer. Napoci się, nasapie. I zadowoli.

Z jednej strony takie zaangażowanie przeraża, z drugiej jednak dziwić nie powinno, ponieważ wszystko to możliwe jest dlatego, że tytułowa „Pianomania” jest udziałem absolutnie każdego, kto ma zawodowo do czynienia z wielkimi koncertmistrzami, od filharmonijnego wózkowego po realizatora dźwięku. Jest też udziałem wielkiej nieobecnej - żony stroiciela Stefana, faceta z obrączką na palcu.  W filmie pojawia się na tej samej zasadzie, co połowica porucznika Colombo. Pan Knüpfer zdaje się bowiem nie mieć życia osobistego, jeździ tylko jak wariat od jednego „strojnego” zlecenia do drugiego, obdarzając widza na trasie swoimi wynurzeniami na temat natury jego pracy oraz przytaczając (arcyzabawne!) historyjki z muzycznego świata wzięte.

Film „Pianomania” w świetnej, bo dyskretnej reżyserii Roberta Cibisa i Lilian Franck ma swój klimatyczny odpowiednik w literaturze. Kto czytał „Romancę na trzy nogi” o wariacjach i wariactwach geniusza Glenna Goulda  - poczuje się jak w domu. I nie chodzi tu tylko o wszechobecną postać stroiciela, dążność do perfekcji czy ekstrawagancję bohaterów. Oba te światy łączą też muzyka Bacha,  oraz –przede wszystkim chyba - idée fixe o istnieniu instrumentu idealnego. Jak wiadomo, te produkowane seryjnie są jedynie pustymi (acz kosztującymi bajońskie sumy) pudłami, którym to dopiero artysta (przy dużym udziale całych zastępów „panów Knüpferów”) nadaje ten jeden jedyny i niepowtarzalny charakter. Duszę, jednym słowem.  „Pianomanię” też można nazwać filmem z duszą.

Do tego wszystkiego jeszcze lekko prześwitujący na każdym kroku humor, często na granicy absurdu. To m.in. dzięki niemu widz (zakładając, że melomanem nie jest) ani razu nie spojrzy na zegarek w trakcie seansu. Bo to świat tak odległy dla zwykłęgo śmiertelnika, jak rzeczywistość w „Hobbicie” u Tolkiena. Tak nieznany, że zadziwia do samego końca, odkrywając kolejne swe obszary.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj