Recenzja filmu: „Eskorta”, reż. Tommy Lee Jones
Western rodzaju żeńskiego
Chyba stęskniliśmy się za takim filmem.
Kadr z filmu „Eskorta”, reż. Tommy Lee Jones
Kino Świat

Kadr z filmu „Eskorta”, reż. Tommy Lee Jones

Już w pierwszych kadrach: bezkresna preria, lekkie chmurki na błękitnym niebie, tylko Indian brakuje, ale ci też pojawią się w swoim czasie. Klasyczny western? Niezupełnie. Jak zapewnia reżyser, to raczej kino kobiece udające western. Bardzo dobrze udające. Schemat fabularny nawiązuje do klasyki gatunku. Tytułowa eskorta zapowiada bowiem podróż przez niebezpieczne tereny, z tym że zamiast dyliżansu mamy dość prymitywny wóz, w którym transportowane są trzy kobiety (w powieści Glendona Swarthouta, będącej podstawą scenariusza, która ukazuje się u nas tydzień przed premierą filmu, kobiety są cztery). Przywiezione zostały z Iowa do Nebraski, by zostać żonami miejscowych, dość prymitywnych farmerów. Teraz nazywane są wariatkami i uznane za zbędne i niebezpieczne dla otoczenia, każda ze swoją traumą, mają być odtransportowane w rodzinne strony. To będzie bardzo wyczerpująca podróż dla nich i dla wiozącej je niedobranej pary. Szefową eskapady zostaje farmerka, kobieta samotna, która wykazała się większą odwagą niż miejscowi mężczyźni. Dołącza do niej obieżyświat, typowy westernowy człowiek znikąd, zrazu sprawiający jak najgorsze wrażenie, lecz zmieniający się w czasie podróży.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną